Rola mediów (oraz policji) w prowokowaniu przemocy i histerii

Laure Akai
22.04.2004

Nie może być co do tego żadnych wątpliwości: przemoc jest łakomym kąskiem dla mediów. Choć dziennikarze i redaktorzy bardzo starają się pokazać, jak bardzo brzydzą się przemocą, przemoc sprawia, że media rozkwitają. To jest jedyny temat, które media są gotowe przedstawiać z zapałem. Temat, który gwarantuje wysoką sprzedaż coraz gorszej jakości gazet i czasopism i który sprawia, że dziennikarze zaczynają się ślinić. Ich symboliczne potępienie przemocy nie przeszkadza im cieszyć się z faktu, że artykuły z lubością opisujące przemoc pomogą im w karierach dziennikarskich.

W warszawskich mediach pogoń za sensacją spowodowała katastrofalny spadek poziomu dziennikarstwa (czy zachowały się jeszcze jakieś standardy dziennikarstwa?). Świeżo upieczeni dziennikarze i wydawcy nastawieni wyłącznie na zysk robią co mogą, by znaleźć jak najwięcej tytułów przyciągających uwagę i wzbudzających niepokój. Pisma, o które niegdyś były na dobrym poziomie stoczyły się do poziomu brukowców. Liczne ostatnio artykuły o „antyglobalistach atakujących Warszawę” pełne są rażących błędów. Nie jest jasne, czy dezinformacja znajduje swoje źródło w policji (policja chętnie udostępnia swoje raporty dziennikarzom i zachęca do pisania negatywnie nastawionych artykułów), czy też błędne informacje są po prostu wymysłem dziennikarzy. Na przykład informacja, jakoby antyglobaliści mieli rozbić obóz na lotnisku Bemowo, lub informacja o fikcyjnych „przywódcach” antyglobalistów, którzy mieli zarezerwować pokoje w hotelu Hyatt. Niezależnie od podobnych „wpadek” jedno jest jasne: media nie mogąc się doczekać wspaniałych scen do sfotografowania celowo zachęcają do działań pełnych przemocy. Fotografie przedstawiające „zadymiarzy” w akcji na pierwszych stronach szmatławców takich, jak „Życie Warszawy” i „Metro” sprawiły, że to co zapowiadało się jako skromny protest stało się „apokalipsą”.

Niektórzy mogą nie zrozumieć mojej tezy, że media są w dużej mierze odpowiedzialne za wydarzenia, które mogą nastąpić. Pozwolę sobie więc wyjaśnić to dokładniej.

Żyjemy w świecie, w którym ludzie często nie zauważają istnienia tego, co nie posiada postaci medialnej prezentowanej przed masową publicznością. Istnieją równoległe świadomości, być może równoległe rzeczywistości. Jedna z tych rzeczywistości, to „prawdziwy” świat. Działania, które podejmuje każda osoba niezależnie od tego, czy ktoś inny o tym się dowie. Drugim światem jest świat istniejący w masowej świadomości społeczeństwa i który nie jest oparty na bezpośrednich empirycznych doświadczeniach, ale informacjach pochodzących z mediów. Stopień, w którym media zdołały zastąpić społeczność w roli głównego dostarczyciela informacji może być różny, ale gdy postrzegana rzeczywistość zaczyna być kształtowana w przeważającej części przez media własna egzystencja jednostki nabiera sensu w oczach jej samej tylko wtedy, gdy obraz jej stylu życia, przekonań i przynależności etnicznej (czy jakiegokolwiek innego wyznacznika tożsamości) znajduje swoje odbicie w mediach.

Jak działa ten proces w odniesieniu do antyglobalistów? Nawet samoidentyfikacja jako „antyglobalisty” jest przejawem tego samego zjawiska. „Ruch antyglobalistyczny” nie istniał dopóki nie został wymyślony przez dziennikarzy. Niektórzy przyjęli tą nazwę, gdyż wydawało im się, że społeczeństwo skojarzy tą nazwę nie tyle z ideą, którą miała reprezentować, ale z faktem, że ONI, „antyglobaliści” zdołali dokonać czegoś na tyle dużego i ważnego, że uzyskali uznanie stacji telewizyjnych na całym świecie.

W rzeczywistości ruch nie pojawił się nagle z nikąd. Wielu ludzi tworzących ruch, jeśli nie wszyscy, od lat prowadzili codzienną działalność anarchistów i alterglobalistów: prowadzili ośrodki społeczne, banki żywności, spółdzielnie, księgarnie i projekty wydawnicze, pracowali z biednymi i bezdomnymi, uczyli się, organizowali wydarzenia kulturalne, i tak dalej.. Wyglądało jednak na to, że media nie były w stanie dostrzec tej działalności. Było tak, jakby ta działalność w ogóle nie miała miejsca. W świadomości znajdującej się pod kontrolą mediów, to co nie jest pokazywane przez CNN po prostu nie istnieje. Mit o nagłym pojawieniu się dziesiątek tysięcy ludzi znikąd wydaje się bardziej logiczny niż możliwość, że ten ruch istniał cały czas, ALE nikt o nim nie wiedział do czasu, gdy wybuchła przemoc.

To jest klucz problemu. Ponieważ pojawiła się przemoc, świat coś zauważył. W takich okolicznościach następujące rozumowanie wydaje się logiczne: jeżeli chcesz zostać szybko zauważonym, najlepiej daj się pobić gliniarzowi.

Większość aktywistów bynajmniej nie aspiruje do pokazywania się w mediach, ale rośnie liczba ludzi, których przyciągają bitwy uliczne na których koncentrują się media. Ci ludzie pojawiają się na demonstracjach licząc na powtórkę. Gdyby media koncentrowały się na spółdzielniach organizowanych przez anarchistów zamiast pokazywać ludzi wybijających szyby w oknach prawdopodobnie więcej ludzi poczułoby chęć organizowania spółdzielni. W chwili obecnej nie ma żadnej pozytywnej reakcji na działania pozytywne. Wszystko, co powinno wydawać się mniej „odrażające” tym rzekomym „strażnikom publicznego spokoju” takim jak Życie Warszawy nie jest w żaden sposób promowane. Redakcja „ŻW” może twierdzić, że nie nakłania do aktów przemocy, ale to nie anarchistyczni organizatorzy demonstracji zaprosili pseudokibiców, by niszczyli witryny sklepowe (zresztą anarchiści popierają małe sklepy, które rzekomo mają chcieć zniszczyć). To media za pomocą atrakcyjnych zdjęć na pierwszych stronach poinformowały i zachęciły kibiców do udziału w demonstracji. Nie wydaje nam się, by kibice interesowali się polityką, lub tym co robimy. Nawet nie wiedzieli by o tym wydarzeniu gdyby nie agresywne nagłówki gazet obwieszczające, że Warszawa będzie miejscem na zadymę.

Nie oznacza to wcale, że gwarantujemy iż nikt nie będzie próbować niszczyć baru McDonalds (lub redakcji „ŻW”). Protesty są publiczne. Ale choć przypadki przemocy są wyizolowane, szanse na eskalacje przemocy znacznie się zwiększają, gdy przemoc jest tematem numer jeden w mediach. Zachowanie policji również jest istotnym czynnikiem. Im bardziej represyjnie będzie się zachowywać policja, tym bardziej gwałtowna będzie reakcja demonstrantów.

Trudno uwierzyć, że media i policja nie rozumieją popełnianych przez siebie błędów. Zamiast tego, dążą do sprowokowania przemocy zamiast uczyć się na swoich błędach, zmienić taktykę, lub po prostu pozwolić, by sprawy toczyły się swoim naturalnym torem. Spodziewamy się, że zarówno policjanci, jak i dziennikarze z utęsknieniem czekają na spełnienie swoich wizji pełnych przemocy. Dzięki temu będą mogli udawać, że bronili świat, lub przynajmniej wykonywali dobrą robotę informując o tym. Jednym słowem, będą mogli dzięki temu zapewnić sobie stanowiska pracy. Trudno uwierzyć w to, jak nisko upadło dziennikarstwo i że nikt nie jest w stanie rozliczyć dziennikarzy z ich odpowiedzialności za skutki ich działań na świadomości społecznej i decyzjach politycznych władz.

Dziennikarze z „Metro” chcą zobaczyć więcej rozlewu krwi

„Nudno i pokojowo”. To ocena dziennikarzy „Metro”. Takie jest ich zdanie, gdy dowiedzieli się, że jednak nie zamierzamy spalić miasta. To właśnie rodzaj mentalności najgorszego sortu, ludzi wychowanych na oglądaniu bezmyślnych filmów akcji i grających w zbyt wiele gier komputerowych. Przesłanie dziennika jest takie: „gadanie jest nudne – dajcie nam zamaskowanych demonstrantów, płonących gliniarzy, wybite okna i rozlew krwi; chcemy rozrywki: scen pościgu i bitew; nie interesuje nas, co macie do powiedzenia”.

Kolejny raz dziennikarze i wydawcy postanowili nie drukować informacji o wydarzeniach planowanych podczas Forum. Musieli dojść do wniosku, że z pewnością nikogo to nie zainteresuje. Zapewne nikt nie interesuje się alternatywną ekonomią. Jedyne co jest potrzebne, to zdjęcia „zadymiarzy” o których można łatwo snuć moralizatorskie wywody. Kolejny raz przesłaliśmy informację o wydarzeniach do mediów, a te – uznając, że historia nie jest sensacyjna – postanowiły po prostu to zignorować.

Wygląda na to, że rzucanie w nas epitetu „nudni” ma stanowić dla nas wyzwanie, byśmy wystąpili w sposób bardziej spektakularny niż poprzednio planowany, dzięki czemu redakcje gazet mogłyby lepiej sprzedać swoje brukowce.

Co ciekawe, tego samego dnia ukazał się artykuł dużo bardziej utalentowanej dziennikarki w „Gazecie Stołecznej”. Okazało się jednak, że prawdziwy opis podejmowanych przez nas działań nie jest aż tak „nudny”. Dziennikarze z „Metra” muszą uważać prawdę za strasznie nudną rzecz.

Metro, choć też należy do Agory, podąża drogą sensacji (pamiętamy okładkę z tytułem „Szczyt Apokalipsy”). Nie jest jasne, czy redakcja uznaje swoich czytelników za zbyt ograniczonych, by zrozumieć inteligentny tekst, czy specjalnie wyznaczono głupich dziennikarzy do „Metro”, by zająć tą niszę rynkową. Tak daleko idące próby zaniżania poziomu dziennikarskiego wydają się nam szokujące. Dziennikarze w niezwykle arogancki sposób ocenili inteligencję swoich czytelników.

Laure Akai – publicystka i międzynarodowa aktywistka anarchistyczna urodzona w Nowym Jorku. Tematami jej publikacji są, oprócz kwestii pracowniczych, także edukacja alternatywna, antynacjonalizm i feminizm. W latach dziewięćdziesiątych działała w Rosji, obecnie mieszka w Warszawie, gdzie jest zaangażowana między innymi w prowadzenie Infoszopu. Współorganizowała wiele konferencji i protestów, między innymi Alternatywne Forum Ekonomiczne w Warszawie w 2004 roku, a ostatnio międzynarodową konferencję pracowniczą. Jest członkinią Związku Syndykalistów Polski.