Uniwersytet jest fabryką

Polemika z artykułem Dawida Krawczyka Mamy prawo do protestu. Na uniwersytecie

Piotr Antoniewicz
23.01.2012

W ostatnim roku mogliśmy obserwować, zarówno w polu teorii, jak i praktyki, wzrost zainteresowania krytyką szkolnictwa wyższego w Polsce. Prawie wszystkie najważniejsze krajowe pisma kojarzone z szeroko rozumianą lewicą radykalną publikowały na ten temat: „Przegląd Anarchistyczny”, „Le Monde Diplomatique”, „Bez Dogmatu” czy „Krytyka Polityczna”. Nie można również pominąć polskiej odsłony „EduFactory”, która w najpełniejszy sposób prezentowała nam dorobek teoretyczny i strategiczny ruchów społecznych z całego świata. Obserwowaliśmy również mobilizację związaną z wprowadzaniem tak zwanej reformy Kudryckiej – mobilizację tę wiązać należy przede wszystkim z działaniami Demokratycznego Zrzeszenia Studenckiego. Przy okazji działań DZS pojawiła się też dyskusja dotycząca taktycznych i strategicznych wyborów tej organizacji. Dyskusja, zapoczątkowana przez tekst Krystiana Szadkowskiego i Pawła Pieniążka1, dotyczyła nie tylko konkretnych działań DZS, ale poruszała także dużo szersze problemy związane z antykapitalistyczną, anarchistyczną i lewicową krytyką szkolnictwa wyższego, instytucji uniwersytetu oraz jego roli i miejsca w polityce zmiany społecznej.

I co? I nic.

Tekst Dawida Krawczyka o Inicjatywie Paragrafu Czwartego2, a zwłaszcza same jej działania, pokazują, że tak zwany ruch studencki w Polsce nie tylko nie uczy się na wcześniejszych błędach, nie toczy dyskusji programowej, ale też politycznie niewiele ma wspólnego z globalnym ruchem powstałym w kontekście neoliberalnych przemian szkolnictwa wyższego. I co najsmutniejsze, pogłębia tylko alienację studentów.

Tekst Krawczyka i działania Inicjatywy są irytujące przynajmniej w dwóch wymiarach, na których się tutaj skupię: arogancji w stosunku do wcześniejszej historii działań na uniwersytecie i ignorancji wobec teoretycznego i praktycznego dorobku globalnego ruchu.

Zacznę od pierwszej z tych kwestii. W swoim tekście Krawczyk pisze: „Na początku grudnia [2011 – przyp. red.] grupa studentów z Instytutu Studiów Międzynarodowych rozwiesiła na Uniwersytecie Wrocławskim plakaty z hasłem, którego akademia nie widziała od ponad dwudziestu lat: PROTEST!”3. Nie do końca wiadomo, czy zdanie to odnosi się tylko do Wrocławia, czy dotyczy całej Polski. Jednak w obu przypadkach mija się z prawdą. Nie ma tutaj oczywiście miejsca, jak i mi nie starczyłoby najprawdopodobniej kompetencji, na napisanie historii protestów na uniwersytecie czy w ogóle protestów organizowanych przez studentki i studentów w Polsce po 1989 roku. Przytoczę tylko parę przykładów z Wrocławia, które miałem okazję współorganizować, w których miałem możliwość współuczestniczyć lub tylko je obserwować. Uniwersytet Wrocławski i Wrocław były miejscem, gdzie odbywały się spotkania, debaty czy happeningi (współ)organizowane przez DZS, jak i ludzi związanych z innymi organizacjami i środowiskami. Dotyczyły one zmian w szkolnictwie wyższym wprowadzanych wraz z tak zwaną reformą Kudryckiej. Sam roznosiłem wtedy, między innymi w Instytucie Studiów Międzynarodowych, ulotki ze słowem „protest”. Pojawiło się ono również przy okazji działań na rzecz poprawy warunków materialnych doktorantek i doktorantów na Uniwersytecie Wrocławskim w roku 2010. Wraz z paroma innymi osobami próbowaliśmy także w okresie protestu doktoranckiego i akcji przeciwko reformie Kudryckiej zorganizować strajk na uniwersytecie. W 2009 roku, między innymi na Wydziale Nauk Społecznych UWr, powstały Miasteczka Edukacji Krytycznej, gdzie słowo protest odmieniano na wszystkie przypadki. To właśnie Wrocław i Wydział Nauk Społecznych (w ramach którego funkcjonuje Instytut Studiów Międzynarodowych) były jednymi z najbardziej aktywnych ośrodków organizowania się studentek i studentów w latach 2009–2010, z wiodącą rolą ludzi związanych ówcześnie z Sekcją Edukacyjną Zrzeszenia Syndykalistów Polski i Otwartym Komitetem Uwalniania Przestrzeni Edukacyjnych OKUPÉ. Większość materiałów – odezwy, ulotki i dokumentację fotograficzną tych działań – można bez trudu znaleźć w Internecie


Wrocław posiada również historię organizowania się studentek i studentów nie tylko w obronie spraw i interesów własnych czy uniwersytetu, ale także w obronie innych grup. To tutaj, w salach i na terenie uniwersytetu, odbywały się w latach 2003–2004 spotkania, debaty i wiece przeciwko wojnom w Iraku i Afganistanie. To studentki/studenci i doktorantki/doktoranci stanowili znaczną część osób zaangażowanych w działania Wrocławskiej Koalicji Antywojennej. We Wrocławiu powstał też Studencki Komitet Obrony Robotników – efemeryczna i luźna organizacja wspierająca strajk okupacyjny robotników we Wrocławskiej Jedynce w 2004 roku. Część spośród jej uczestniczek i uczestników współtworzyła później Komitet Pomocy i Obrony Represjonowanych Pracowników. Nie można zapominać również o działającej w formie organizacji studenckiej Interdyscyplinarnej Grupie Gender Studies, której już ponad dziesięcioletnia działalność od zawsze dotyczyła nie tylko problemów pojawiających się wewnątrz uniwersytetu, ale także protestów wobec klasowego i genderowego ucisku poza jego murami.

Aroganckie i nie mające nic wspólnego z prawdą twierdzenie, że we Wrocławiu akademia nie widziała od dwudziestu lat słowa protest, jest symptomem głębszego problemu i przekłada się na inne słabości Inicjatywy Paragrafu Czwartego.

Z tekstu Krawczyka wyłania się obraz niezwykle prężnej inicjatywy, która jako pierwsza podejmuje ważne zagadnienia i wymusza zmiany. „Przejrzenie się” w lustrze doświadczeń inicjatyw opisanych powyżej i porównanie z globalnymi doświadczeniami dostępnymi w formie wspomnianej na samym początku tekstu, umożliwiłoby Inicjatywie Paragrafu Czwartego bardziej wyważone oraz bliższe rzeczywistości ocenienie własnych dokonań i możliwości. W rezultacie, mam nadzieję, przełożyłoby się to również na szersze postulaty i zmiany w formie organizacyjnej.

Pomogłoby to także uniknąć niejednoznaczności przekazu i wyborów strategicznych, które Inicjatywa przejawia od samego momentu zaistnienia. Jak czytamy w tekście Krawczyka, na uniwersytecie pojawiły się plakaty z hasłem „Protest!” i wezwaniem do zajęcia sali, ale „[i]dąc na dyskusje, chyba nikt nie spodziewał się, że faktycznie zostaną one potraktowane jako protest – w dodatku z góry spacyfikowany”4. To w takim razie, jak miały być potraktowane i jak były traktowane przez samą Inicjatywę? W świetle doświadczeń z innych części świata, w które wydaje się chcieć wpisać Inicjatywa Paragrafu Czwartego, w tym i doświadczeń z Europy Wschodniej – Ukrainy i Chorwacji – wydaje się, że właśnie protestu i okupacji należało się spodziewać. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Po problemach z dopełnieniem formalności i uzyskaniem zgody władz na legalne zajęcie i okupowanie (sic!) sali, zrezygnowano z tej formy, wybierając zamknięte dla osób z zewnątrz spotkania z kadrą i dyrekcją. Jako życzliwy i zaciekawiony obserwator poczułem się całkowicie zignorowany. Do dzisiaj nie jest dla mnie jasne, czy wezwania do okupacji i podjęcia protestu formułowano na poważnie i z poczuciem odpowiedzialności za słowo i ludzi, którzy zamierzali na nie odpowiedzieć.

Działania takie idą w zupełnie przeciwną stronę niż te obserwowane na świecie. Brakuje w nich dwóch podstawowych spraw, o których dyskutują studentki i studenci w innych krajach, i które starają się wcielać w życie w codziennej praktyce. Po pierwsze, zarówno w formie, jak i w postulatach, nie wychodzą „na zewnątrz” uniwersytetu. Po drugie – ignorują praktykę demokracji bezpośredniej. Globalne doświadczenia ruchu studenckiego pokazują jednak, że współcześnie problemem nie jest taka a nie inna forma zaliczenia czy brak interakcji prowadzących zajęcia ze studentami, ale neoliberalne przekształcenia i nowa rola uniwersytetu. Do znudzenia można by tutaj przytaczać argumenty i nazwiska – zarówno po stronie teoretyków, jaki i praktyków, kadry uniwersyteckiej i studentów – na rzecz tezy, że współcześnie uniwersytet to forma produkcji i dyscyplinowania w imię kapitalistycznego wyzysku i niestabilnych form zatrudnienia. Jako miejsce poddane neoliberalnym reżimom urynkowienia/komercjalizacji i regulacji nie różni się istotnie od innych miejsc produkcji i usług: fabryk, stref ekonomicznych, sklepów wielkopowierzchniowych.

Inicjatywa poza kontem na Facebooku praktycznie nie ma żadnych narzędzi do komunikacji i dyskusji z ludźmi spoza niej samej. Nie wypracowała – pytanie, czy w ogóle o tym ktoś pomyślał? – sposobów na możliwie szerokie włączenie osób, grup czy organizacji spoza uniwersytetu we własną wewnętrzną dyskusję dotyczącą postulatów, strategii i organizacji. Zgodziła się na narzucony przez dyrekcję wymóg debaty zamkniętej dla osób z zewnątrz. Być może najważniejszym zarzutem jest niewłączenie w dyskusję pracownic i pracowników uniwersytetu spoza kadry akademickiej, a przecież to ich i je neoliberalne przekształcenia również dotykają. Dziwi również, wyrażony wprost w tekście Krawczyka, brak chęci do zbudowania demokratycznej, trwałej reprezentacji studentów i studentek, która miałaby realny wpływ na funkcjonowanie uniwersytetu. Pisze on: „Wskażemy na problemy, nazwiemy je i będziemy postulować ich rozwiązanie. Mamy prawo do protestu. Mamy prawo oczekiwać zmian. Nie zamierzamy jednak przedstawiać rozwiązań, nie będziemy wyręczać struktur administracyjnych z ich obowiązków”5.

Inicjatywa Paragrafu Czwartego jawi się jako ograniczona – w zakresie postulatów i samoświadomości – grupa studentów i studentek wierzących, że poprzez wymuszenie na kadrze poprawienia jakości nauczania, zmieni uniwersytet i świat; że dzięki własnemu wysiłkowi uda się im odnaleźć po studiach na wysokich pozycjach na rynku pracy; że ominie ich koszmar bezrobocia i umów śmieciowych. „Uniwersytet to nie fabryka” – brzmi jedno z ich haseł. Zastanawia ukryta w nim, z jednej strony, pogarda dla pracy fizycznej i robotników fabrycznych, z drugiej zaś naiwność, że współcześnie uniwersytet jest czymś więcej niż miejscem produkcji i dyscyplinowania przyszłej elastycznej siły roboczej. Hasło to jest całkowicie odmienne od doświadczenia, praktyki teoretycznej i organizacyjnej globalnych ruchów studenckich. Uniwersytet JEST fabryką, dlatego bój o jego kształt i społeczne znaczenie powinien toczyć się we współdziałaniu ze znajdującymi się „na zewnątrz” ruchami społecznymi. Jak pokazuje walka i opór w wielu miejscach świata, współcześnie ich główną charakterystyką jest oddolna i demokratyczna edukacja na rzecz dobra wspólnego oraz na użytek ruchów społecznych. Uniwersytetu nie da się uratować poprzez podniesienie wewnętrznych standardów nauczania. Taka strategia nie zmieni jego sytuacji i umiejscowienia w neoliberalnym kapitalizmie, ale przyczyni się tylko – czego uczą nas zwłaszcza doświadczenia amerykańskie i brytyjskie – do pogłębienia nierówności, w tym klasowych, w ramach edukacji wyższej. W obecnej sytuacji żadna okupacja sali uniwersyteckiej nie będzie miała sensu bez wsparcia z zewnątrz i umiejscowienia krytyki poza jej ścianami. Inaczej pozostanie alienujące wezwanie do walki o interakcję z prowadzącym zajęcia i pisemną formę pracy licencjackiej. Nawet w formie okupacji, jeśli tylko dyrekcja się na to zgodzi.

Przypisy:

1. K. Szadkowski, P. Pieniążek, Jak odbić się od dna? [@:] http://www.krytykapolityczna.pl/Opinie/PieniazekSzadkowskiJakodbicsieoddna/menuid-197.html (data dostępu: 19 stycznia 2012).

2. D. Krawczyk, Mamy prawo do protestu. Na uniwersytecie [@:] http://www.krytykapolityczna.pl/Opinie/KrawczykMamyprawodoprotestuNauniwersytecie/menuid-1.html (data dostępu: 19 stycznia 2012).

3. Tamże.

4. Tamże.

5. Tamże.

Piotr Antoniewicz – kończy doktorat dotyczący ruchu alterglobalistycznego w Polsce, który pisze w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego.  W aktywności naukowej koncentruje się na zagadnieniach ruchów społecznych i globalizacji. Działa w oddolnych i nieformalnych grupach, skupionych na postulatach antykapitalistycznych, prawach pracowniczych i antyfaszyzmie.