Makamy afgańskie bomby

Olga Matuszewska (Ścięta Głowa Marii Antoniny)
24.12.2008

Akty wandalizmu nie są tym samym, co akty kreacji. Takich mądrości się od nas dowiecie. Kupienie sobie samochodu po uprzednim zdaniu na prawo jazdy nie jest tym samym, co nasikanie na niego lub jego podpalenie, tym bardziej gdy jest to radiowóz. Akty wandalizmu wynikają z potrzeby zrobienia czegoś nadprogramowo, czegoś, czego się nie wymaga od człowieka, za co nie dostanie się pieniędzy, co nie jest zapisane w umowie. Czegoś, co nie jest wejściem do autobusu, skasowaniem biletu, następnie wysiadką na przystanku, na którym znajduje się szkoła lub praca. Akty wandalizmu są wyrazem stosunku do rzeczywistości, są powiedzeniem jej: nie, nie podobasz mi się, idź stąd.

Wywracamy autobus, podkładamy bombę. Uważaj teraz.

Destrukcjone cum figuris

Wyglądało to tak. Nie układało nam się. Generacja „nic” w praktyce, gazetowa socjologia powołała nas chyba, stworzyła. Nic, nic nie działa, nic się nie dzieje, nic, niczewo niet. Nasze życie zawodowe było wcieleniem lęków proroków wyżu demograficznego. Wyżu kapitalistycznego raczej. Dostawaliśmy tak około dwójki na rękę, za co taki jebany kretyn powrzaskiwał na nas każdego dnia. Milcząco znosząc zniewagi musieliśmy jeszcze podnosić te zasrane słuchawki telefoniczne, do których trzeba było mówić interesująco o rzeczach, na które laliśmy sikiem prostym, mówiąc bardzo ogólnie. Sikiem prostym laliśmy na szanownych klientów i na profil naszej firmy i trzeba to jasno powiedzieć, że gówno warte są jej produkty.

Życie uczuciowe, tudzież erotyczne, które to miało być tą odskocznią od pracy, szaleństwem po godzinach roboczych, to życie romantyczne jakoś nie zaistniało jako takie w naszym przypadku. Jako takie Tylko miłość, Tylko mnie kochajM jak miłośćpo prostu… no jakoś nie przekonało nas, a tym samym nie zahulało, woleliśmy już przerwy na reklamę. Z wielka nieufnością i obrzydzeniem traktowaliśmy zresztą wszelkie zaloty i umizgi ze strony ludzi niegodnych, sprzedajnych, fałszywych, takich fajnych, szkoda gadać. Z komedią miały te przygody dużo wspólnego, lecz bardziej z komedią del arte niż komedią romantyczną. Związane to zapewne było z naszym mało entuzjastycznym nastawieniem do życia zawodowego, co pociągało za sobą malkontenctwo również w innych dziedzinach, takich jak na przykład dbanie o siebie i pielęgnowanie dłoni. Oraz uśmiech i optymistyczna autoprezentacja swojego CV podczas godów.

Zaczęło się to zbuntowanie nasze chyba od tego, że poczuliśmy przemożną odrazę do języka. Już nawet nie chodzi o ten bankomatowy sposób budowania zdań, który znaliśmy z pracy, te „dzień dobry państwu, pragniemy poinformować”… „prosimy o potwierdzenie udziału”… „o wygranej decyduje kolejność zgłoszenia”… „pozdrawiamy serdecznie, zapraszamy ponownie” i inne urzędowe pierdolizmy.

Nie, to była tylko gra językowa właściwa dla tej formy życia, formy życia biurokracji, administracji, korporacji. Ale to nie był nasz język. „I gdy obserwujemy, jakie były pierwsze zastosowania pisma, wydaje się pewne, że zastosowania te dotyczyły przede wszystkim aparatu władzy: są to inwentarze, katalogi, spisy, prawa i rozporządzenia1. Przestało nam się chcieć go używać, bo wypowiadane przez nas słowa zawsze znaczyły co innego. Co innego mieliśmy na myśli, zwracając się do naszych bliźnich słowami wymuszonymi przez warunki życia, a nie były to myśli miłe.

Przed owym momentem przywłaszczenia słowo nie istnieje w neutralnym, bezosobowym języku […] ale raczej w ustach innych ludzi, w ich kontekstach, służąc ich intencjom: to stąd trzeba zabrać słowo i uczynić je własnym2.

Jak? Tego na razie w niemocy naszej nie wiedzieliśmy.

Widzieliśmy, że język wysoko wykwalifikowany krzywdzi ludzi, którzy go używają, są samotni i zgorzkniali. Wzrastała w nas nienawiść do tego stylu mówienia polityków, managerów, naukowców, zawodowych myślicieli i innych ekspertów od technik życia. Wynikało to niejako z pierwszych objawień naszych kolegów, Adorno i Horkheimera: „jakoż w formach myślenia odzwierciedla się jedność kolektywności i panowania, a nie bezpośrednia ogólność społeczna, solidarność. Pojęcia filozoficzne, w jakich przedstawiają świat Platon i Arystoteles, pretendują do powszechnej ważności, a przez to podnoszą stosunki, którym dostarczają uzasadnienia do rangi prawdziwej rzeczywistości. Pojęcia te wywodzą się z ateńskiego rynku, odzwierciedlają się w nich z jednostkową wyrazistością prawa fizyki, równość pełnoprawnych obywateli oraz niższość kobiet i niewolników. Sam język nadawał temu, co wypowiadał, stosunkom panowania, ową ogólność, której nabył jako medium komunikacyjne społeczeństwa obywatelskiego. Akcent metafizyczny, sankcja idei, norm, były jedynie hipostazą surowości i ekskluzywności, jaką pojęcia musiały przybrać wszędzie tam, gdzie język łączył wspólnotę panujących dla celów sprawowania rządów”3.

Obrzydzenie do języka wzmacniała codzienna praktyka; w pewnej gazecie dla kobiet przeczytaliśmy, że do mężczyzny należy pierwszy krok. On mówi, zagaduje. Kobieta powinna uśmiechać się i milczeć, przede wszystkim czekać. Faceci nie znoszą kobiet, które same do nich dzwonią, piszą, narzucają się ze zbyt dużą ilością słów wypowiedzianych bez zapytania, wywierają presję. Język i możliwości mówienia służy zatem przede wszystkim niektórym. Dla niektórych mówienie jest korzystne, dla niektórych nie. Najwyraźniej. Są pewne rzeczy, które wypowiedziane stają się groźne. Jak na przykład „daj mi spokój, nie będę robić” wypowiedziane do przełożonego lub „ale o cooo chodzi? O co zapierdalasz?” w reakcji na merytoryczne zwrócenie uwagi.

Jeszcze studiując zastanawialiśmy się nad sławnym zdaniem McLuhana Medium is a massage, przekaźnik jest przekazem. Czyli to, gdzie i w jaki sposób coś powiesz, jest ważniejsze niż słowa, jakich użyjesz. Przejęło nas również to, co McLuhan napisał dalej: „tendencyjność każdego medium komunikacji jest znacznie bardziej zniekształcająca niż celowe kłamstwo. Forma i styl […] mogą zadać kłam samemu pojęciu prawdy”4.

Zradykowaliśmy postawę. Po to jest ta forma i styl, żeby kłamać, stwarzać pozory. Ustalona forma wyrazu góruje ponad myślą autora. Stwierdziliśmy zatem, że też cała ta europejska literatura to jedynie przeniesienie na papier panujących schematów opisu doświadczenia. Jest w gruncie rzeczy kolaboracją z systemem. Wszystkie te opowiadania, powieści wiersze, są filtrem, informują o tym, że wychował autora patriarchat, niestety. Korzystanie z form narracyjnych oferowanych przez kulturę europejską jest wyborem formatu. Inkubatora.

Dlatego obwieszczamy wam na wstępie. Nie przeczytacie tu żadnej historii, czasy wielkich narracji się skończyły. Elo, do widzenia. W kinie może puszczają jakieś story, fabuły kręcą różni scenarzyści, żebyście raz w tygodniu obejrzeć mogli ciąg dalszy przygód Kasi i Tomka, Ani i Bronka. I żeby za to, że usiądziecie przed telewizorami w liczbie około 5 milionów, ci scenarzyści mogli pojechać sobie do ciepłych krajów i żeby czuli się kimś w Złotych Tarasach i Galerii Mokotów. Ale u nas tego nie będzie.

U nas będzie bricolage, wymieszanie, poplątanie, trochę z tego, trochę z tamtego, jak w mitach, baśniach ludów pierwotnych. No… coś stało się z nami. Staliśmy się dzikusami. Nasze wycofanie z komunikacji wprowadziło nas w zaskakujące formy socjopatii. Popadliśmy w straszne zdziecinnienie, zinfantylizowane gaworzenie. Mieliśmy swoje iluzje… ale nie wnikajmy w to teraz.

Zaczęliśmy poważnie traktować sprawy, które dla innych były jak najbardziej niepoważne. Kolorowe paciorki nas interesowały, wierzyliśmy, że są ze złota, a złoto to magia. Wrażliwości przekornych dzieciaków jako główna determinanta naszych osobowości pojawiła się w naszym usposobieniu prawdopodobnie jako reakcja na ten tryumf racjonalizmu coraz bardziej stechnicyzowanego świata metropolii warszawskiej, nowych mediów. Fiku miku, tere­‑fere – zaczęliśmy się wygłupiać, brokatowe bluzki, cekinowe torebki, natapirowane blond grzywy, policzki wypudrowane na różowo, przebieranki i błyszczące fatałaszki. Landrynkowy aromat w pudrze, niegroźna imprezowa teatralizacja. Zabawa stała się dla nas przeżyciem niezmiernie intensywnym, homo ludens u bram, homo ludens u bram każdego klubu, zaczynający co weekend swoją dwudniową rewolucję. Nasze dusze wykąpały się w błyszczyku do ust z kryształowym połyskiem.

Dalej jednak tak jak inni pracowaliśmy, tankowaliśmy benzynę i tak dalej. Odróżniał nas tylko od reszty urzędników ten rodzaj rozmiękczenia, rozestetyzowania, campowej fascynacji.

Kompromitowało to nas, jest przecież tak, że ludziom prymitywnym podobają się kolory pstrokate, ludziom na poziomie kolory stonowane. Ludzie prymitywni wolą przepych, wykształciuchy – minimalizm. My woleliśmy oglądać sobie książeczki dla dzieci i kreskówki, zamiast wgłębiać się w poważne czasopisma opinii, brać udział w debacie o liberalizmie i jego filozoficznych konsekwencjach, a najbardziej w świecie nie chcało nam się robić tabelek i analizować zestawień, za co płacą.

Sytuacja się na tyle skomplikowała, że jednak przestało nam się chcieć pracować. Przyszedł czas skonfrontowania się z egzystencjanymi konsekwencjami swoich wygłupów, ekscesów, przemiany w murzynka bambo, beztroskiego człowieka natury, zważmy, że Maria Antonina również w pałacu letnim zabawiała się w chłopkę, nie pomogło jej to. Zupełnie straciliśmy sens budzenia się rano i chodzenia do biura. I nie wiadomo, co dalej. Żadnych perspektyw na inną pracę. Brak znajomości i niechęć wobec angażowania się u innego kapitalisty zdecydowały o tym, że nastąpił marazm. Wizja walki o etat w państwowej instytucji tudzież usiłowania rozpoczęcia kariery naukowej ze stadem kujonów z całej bożej Polski wydawała nam się przykrawa. Nie chciało nam się zaczynać od początku, uczyć się nowych programów, ustanawiać swojej pozycji, walczyć.

W rezultacie zaprzestaliśmy się… zaprzestaliśmy nawiązywać podstawowe kontakty ze światem i tak zwanym społeczeństwem. Zakupy w sklepie, seks w seks klubie i koniec. Depresja to w końcu nihil novi… są na to leki, trzeba iść do apteki, powiedziałby praktyk.

Najtrudniejsze było to, że nie chcieliśmy mówić, rozmawiać, mogliśmy tylko bluzgać. Jedyna forma komunikacji społecznej, która nas jeszcze bawiła, to była tak zwana mowa nienawiści. Mową nienawiści często posługują się różni faszyści, rasiści, homofobi, antysemici i inni skinheadzi. Generalnie taka forma wypowiedzi jest chyba zakazana. Bo to nic innego jak ciąg bluzg i oszczerstw pod adresem jakiejś grupy lub osoby. Kulturalni dziennikarze z jakieś gazety napisali, że w mowie nienawiści widzą zagrożenie dla życia publicznego, że odstręcza ich treść i razi poetyka tej mowy.

Nas z kolei nie odstręczała ta poetyka. Ta poetyka to była polityka. Ta poetyka była radykalna, ekstremalnie anarchistyczna. Chętnie wołaliśmy do ludzi na ulicy „nienawidzę osiedla na którym mieszkasz i twojego samochodu. Nienawidzę chodnika, po którym chodzisz, twojej pracy, stanowiska i twojego nazwiska. Nienawidzę twojego spojrzenia. Ty wchodzisz do sklepu drzwiami, ja wchodzę przez szybę. Takich jak ja będzie coraz więcej! Bój się”.

Coraz bardziej stawaliśmy się sfrustrowani. Wtedy gniew przerodził się w czyn, wstąpiliśmy na drogę kryminalną przez uprawianie procederu rzucania kamieniami, demolowania przestrzeni użytku publicznego i prywatnego. Zainteresowała się nami Straż Miejska, a następnie policja.

Prawda jest taka, że trudno nam było przekuć to niezadowolenie w jakąś konkretną formę aktywizmu, działania. Z nudów zabawialiśmy się w chuligaństwo. Mieszkanie na skłocie i grupowe wyjazdy na antyszczyty to były nasze płonne deklaracje. Ci wojujący harcerze­‑veganie jakoś wydawali nam się lepsi, bardziej wojujący, pradziwsi, czyści, a my dosyć mieliśmy porównań po prostu. Znacie takie pojęcie akord (piece­‑work)? pochodzi ze słowników menedżerów od zarządzania zasobami ludzkimi. Jest to system płac polegający na wynagradzaniu pracownika w zależności od liczby wykonanych przez niego czynności bądź produktów. Zazwyczaj jest wykorzystywany do podniesienia produkcyjności pracy. Żadnych więcej akordów.

Parę zdemolowanych przystanków. To był nasz staż. Włamanie do sklepu. Stłuczenie szyby w sklepie Zara, podpalenie samochodu sąsiada, założenie w Tesco różowych czapek na głowę i opuszczenie sklepu bez płacenia uczyniło z nas męczenników świata konsumpcji. Po tego typu ekscesach musieliśmy już zacząć się ukrywać.

W izolatce postanowiliśmy szukać dla siebie kultury i języka, w których będziemy czuć się lepiej. Może lepiej byłoby nam w tych barbarzyńskich, które uważa się za mniej rozwinięte? Jesteśmy w końcu potomkami Słowian, co podkreśla nawet polska prawica, prawica nie ciągnie jednak wątku dalej, acz pismo, chrześcijaństwo i prawne kodeksy narzucone poganom zostały siłą.

Nie mniej dzicy się staliśmy. Upodobniliśmy się do Innych, do barbarzyńców, z tej rozpaczy, z odrazy do heteronormatywnych ludzi, którzy grają w bowling i dowcipkują w pubie przy piwku, a sfera Szengen ich ochrania. Zapisali sobie swoje pozycje, nazwali Account Executive, Account Director, Brand Manager, Administrator Sieci, Media Planner, Kontroler Finansowy, Kierownik do spraw Zakupów, Specjalista do spraw Trade Marketingu, Starszy Konsultant do spraw Badania Rynku, Analityk Finansowy, Dyrektor Public Relation, Webmaster, Główny Księgowy.

„Zastosowanie języka wyznacza różnice między kulturami i posiadaną przez nie władzą, wyrażając różnicę między poddanym a panującym, niewolnikiem a panem. Wywołanie jej użycia jest równoczesne z ukształtowaniem systemu ekonomicznego, w którym kolorowe kultury zostały zdominowane w wielu istotnych aspektach przez zachodnie judeochrześcijańskie i grecko­‑rzymskie kultury i ich tradycje. […] umiejętność czytania i pisania może być najbardziej przejmującym symbolem kapitalistycznych funkcji towaru”5. Biały człowiek stworzył muzykę, literaturę, sztukę, naukę i teorię architektury nawet. Murzyn zaś latał po buszu ze skarpetką na penisie. Oto dysproporcja, powiedziałby dziewiętnastowieczny ewolucjonista. Dysproporcja ta odnosiła się do nas w pewnym sensie również, czym my jesteśmy bowiem wobec wielkich tego świata, kontrolerów, menedżerów, zarządzających, panujących? Statystyką, błędem statystycznym, wyalienowanym elementem struktury, który obniżał morale personelu, poprzez błędne rozpoznanie i efekt halo (efekt halo – ocena osoby pod wpływem własnej opinii dotyczącej posiadanej przez nią cechy bądź pod wpływem ogólnego wrażenia, jakie ta osoba wywarła na oceniającym, zob. słownik HR), efekt halo, jaki wywieraliśmy na doradztwie personalnym i kadrach różnych instytucji.

Tak rozważaliśmy sobie konsumując kebaba. Bo ukrywanie się ukrywaniem, wojna podjazdowa wojną podjazdową, partyzantka miejska partyzantką miejską, ale brzuch nie mydło, nie wymydli się. W kebabie przykuł naszą uwagę brodaty gość, wsłuchujący się w wiadomości nadawane przez Al Dżazirę. Zobaczył strach w naszych oczach, typowy dla ludzi prześladowanych albo takich, którym wydaje się, że są prześladowani, czyli tak zwanych schizoli. Poważnie spojrzał na nas i powiedział „nie mówcie nikomu, że jestem mesjaszem”. To było to.

Nazywał się Isa bin Fatah. Bardzo wiele mu zawdzięczamy. Jego nienawiść do zachodniego świata była wielka. On to odkrył przed nami wielkie pojęcia: iluzja i frustracja.

Dzięki niemu zauważyliśmy, jak często te pojęcia występują obok siebie w różnych kontekstach, na przykład: „Postawa gracza sprzyjać ma możliwości absolutnego panowania nad swoim losem, co wobec iluzoryczności tej obietnicy prowadzi do poczucia ciągłej frustracji”6.

Isa bin Fatah powiedział nam, że frustracja to współczesna melancholia za marzeniem, które przyjęło formę iluzji, nigdy się nie spełni, bo jesteśmy pozbawieni sprawczości.

Dzięki niemu zafascynowaliśmy się kulturą arabską. Kultura arabska nie skolonizowała języka, jej imperializm był w stosunku do europejskiego nikły. Zatem też literatura arabska nie „przemyca” ideologii kultury europejskiej, w której dążenie do formalnego perfekcjonizmu, tryumf autora, wirtuozeria słowna są zawsze związane z dominacją kulturową krajów wysoko rozwiniętych, racjonalizmem i społeczeństwem zorganizowanym na podobieństwo kapitalistycznej firmy. Tak uważaliśmy przecież. Ciekawe swoją drogą, że mimo iż muzułmanin staje się dla Europejczyka kimś bliskim, sąsiadem, strach przed islamizacją starego kontynentu rośnie.

Boicie się Araba. Bo Arab dziki dziwne robi triki. Chcieliśmy mówić jak Isa bin Fatah. Kiedyś powiedział nam, że sposób, w jaki mówi, nosi nazwę – to jest makama. Co to takiego? Chcieliśmy wiedzieć.

Isa bin fatah przedstawił, o co chodziło, metodą nestora: „Drogie dzieci, makama to krótka opowieść o zabarwieniu anegdotycznym, jedna z najpopularniejszych form dawnej prozy arabskiej. Makamy mają średniowieczny rodowód, jako zwarta konwencja literacka powstawały już w dziesiątym wieku. Makama to pogawędka, którą prowadzono w gronie kilku osób. Początkowo makamami nazywano samo takie spotkanie, później nazwa ta przyjęła się jako określenie gatunku opowieści relacjonowanych na owych zebraniach. Bohaterami makam byli przeważnie sprytni i przebiegli wagabundzi. W arabskim świecie tradycja włóczęgowska osiągnęła rozkwit w dziesiątym wieku. Przez ulice, bazary i pałace arabskich miast przewijali się najróżniejszego typu włóczędzy, żebracy, hultaje, zwani banu Sasan. To właśnie folklor banu Sasan uformował makamy. Banu Sasan cieszyli się wielkim prestiżem wśród społeczeństwa muzułmańskiego”. Spodobała nam się koncepcja literatury oddolnej. Jeśli mówić, to językiem sztuki. Stworzyć nowy język sztuki. W końcu coś niewkurwiającego. Isamizujemy kulturę polską, można tak to nazwać, do tego momentu. Ponieważ my pozostajemy obecnie w Pakistanie, w ukryciu, makamy przepisuje dla nas pracownica pewnej agencji towarzyskiej Kasia aka Alcholica, ale inni też. Mamy swoich emisariuszy. Mamy swoich banu Sasan.

Z cyklu I

Makamy poparcia dla Palestyńczyków nękanych na Zachodnim brzegu Jordanu przez państwa siły budujące mur, ten sam, który ma oddzielić Meksyk od Teksasu

Makama 5 – Społeczny darkroom nielegalnego

Ukryci w komnacie naszego sąsiada. Wytłumaczmy to – ukryci, czyli niewidoczni; wystawali zza ozdobnych framug i elewacji, ale nie powinno być ich widać. Jednak byli to ludzie, a nie elementy roboty murarskiej. Otóż byli tam ukryci jacyś ludzie i… My już teraz wiemy, kim są wasze kochanki, wiemy, z kim zdradzacie swoje żony. Wiemy, z którymi odbyliście jeden stosunek, a z którymi umawiacie się od lat. Odkryliśmy was też na serwisach randkowych, gdzie udajecie wolnych ogierów. Wiemy, z kim się umówiliście, nie zawsze są to dziewczęta. Jest wam bardzo wstyd, dlatego usuwacie ich, usuwacie poza margines. Demokracja demokracją, ale są ludzie, których lepiej ukryć, którym lepiej odebrać głos, bo świadczyliby o prawdzie, która jest waszym sekretem. Dla nich nie jest sekretem, bo oni sami są sekretem, ich nie ma. Niby jest to tylko taka ich profesja, niby tylko w pewnych godzinach się wam oddają, ale potem nie mają co ze sobą zrobić. To wy im płacicie. Otóż my trafiliśmy do tych ludzi, ludzi genitaliów, ludzi anali, orali, fetyszy, ludzi cip i ludzi penisów. Trafiliśmy do nich przypadkiem, przez sąsiada z naszego bloku. Czasami znajdowaliśmy ich na ulicy. Ludzie ci byli przeważnie trzymani w komórce w ścianie. Ponieważ władze administracyjne naszej spółdzielni uznały konstruktora bursztynowej komnaty za wariata, pozwoliły sobie na terenie jego mieszkania urządzić przechowalnie dla tych nielegalnych istot. U wariata jak będą, to nikt się nie przyczepi – tak kalkulowali urzędnicy. Trzymani tam ludzie nie mieli nic do gadania, ale nie byli trzymani bezprawnie, bo pamiętajmy, że nielegalni, bez papierów, nie mają praw. Za to świadczą tym, którzy prawa mają, różne usługi, generalnie pełen pakiet, full service: fetysz, anal, french, bez gumy, duety les. Dyskrecja gwarantowana, nie zaszkodzi ci przecież ktoś, kogo nie ma. Dopóki ściany, framugi i elewacje będą stabilne.

Z cyklu II

Makamy alter G

Makama 10 – Chodzą słuchy…

Chodzą słuchy, że terrorystyczne zagrożenie wisi nad Londynem i nad Glasgow. Co się stało? Kto ma za złe? Kto chce zaszkodzić? Jest nowa dyrektywa europejska o ruchu granicznym, dająca możliwość sprawdzenia wszystkich, którzy wyglądają podejrzanie. Pewnie chodzi o to, że zrobiło się głośno, bo wybieramy się na Szczyt Menadżerów Świata. Staliśmy się rozpoznawalni. Ten przestrach to dlatego, że wybieramy się. Nazywają nas bronią biologiczną. A my niesiemy tylko dobrą nowinę. Czarny Blok to niby niszczyciele, barbarzyńcy; jadą do twojego miasta, żeby coś zdemolować, siać wandalizm i bić się z policją, nosić te swoje czerwono­‑czarne flagi, niezrozumiałe hasła i naiwne idee, umrzeć na ulicy w Genui. Jedziemy do was, żeby zdeprawować wasze kobiety, żeby przestały was kochać, bo jesteście żałośni, a wasze trawniki są za równo przycięte i wcale nie muszą być tak równo przycięte. Nikomu nie jest potrzebne i wcale nie podoba nam się, że są tak intensywnie zielone, przyzwyczailiście się. My też chcemy mieć czasami spokój i posiedzieć przed telewizorem, tylko że my telewizora nie mamy i musimy pogrzebać w waszych śmietnikach, tam może znajdziemy. Jeśli nawet spalimy wasz samochód, to i tak ubezpieczenie wam odda pieniądze. Chwilowy disorder wprowadzimy, a może nie będziemy pikietować na ulicy, w nielegalnej demonstracji iść. Po prostu wysikamy się wam przed domem, nasze psy zrobią kupę na trawniku, a wy i tak zakochacie się w nas, bo zawsze tak się dzieje. Kochacie się w nas – im gorzej się zachowujemy, tym bardziej nas kochacie, niegrzecznych chcecie idoli, przyjeżdżamy znaczy się na występ. Zapłacicie nam za graffiti na waszym garażu 40 tysięcy euro. Nie zostawimy tych pieniędzy w waszym supermarkecie, chociaż tak sobie nie myślcie.

Z cyklu IV

Makamy z ulic, podwórek i płonących przedmieść

Makama 21 – Dla Banou i Ziada, którzy zginęli przez Paryż

Czym jest dla Państwa Paryż? Notre Dame, Sacre Coeur, Luwrem, Champs Elysée i oczywiście Wieżą Eiffla. Otóż Czarny Blok bywa w innych rejonach, w dzielnicy Seine­‑Saint­‑Denis i Clichy­‑sous­‑Bois. I mówimy wam – Paryż to Nicolas Sarkozy. Drogie knajpy i sklepy, do których nie są wpuszczani ludzie o kolorze skóry ciemniejszym niż skóra Brigitte Bardot. Czarne twarze, które oblegają Urzędy Pracy w poszukiwaniu roboty na kasie w supermarkecie lub przy kotle w cukierni, zawsze od rana do nocy. Czarne, oliwkowe i brązowe twarze ukrywa się na peryferiach miasta.

Czarne twarze i arabskie brody robią hip­‑hop. Nie chodzą na pokazy Haute Couture i nie czytają „Vouge’a”. Sprzątają czasami wille urzędników, szefów Carrefoura i Lider Price’a, sprzedają plastikowe wieże Eiffla turystom. Bo Paryż to Carrefour i bluzki z Mona Lisą. Czarne dziewczyny noszą tipsy i peruki, co jest szczytem braku rozeznania w modzie i linii Yves Saint Laurent’a. Kobiety arabskie mają mocne makijaże i dużo złota, okryte czarnymi chustami tańczą taniec brzucha, brzęcząc złotymi blaszkami na biodrach, a umalowane henną dłonie układają we florystyczne gesty. Czarne dziewczyny pracują jako mamki pojedynczych dzieci rozwiedzionych rodziców francuskich i w wolnych chwilach oglądają pornosy. Barbarzyńcy cuchnący Algierią i Tunisem nigdy nie wejdą do Luwru. Ci ludzie na mają wstępu na plac Bastylii, ci ludzie nie mają wstępu do Parlamentu w Strasburgu, ci ludzie nie zasiadają w rządzie francuskim, bo nie są Francuzami i nigdy nie będą. Są Murzynami, Murzyn nigdy nie zrozumie Kartezjusza. Murzyn prędzej zrozumie Brunona Jasieńskiego, a tylko może jeden fragment jego slamu, jego freelance’u ­‑ jego Palę Paryż: „Wszyscy w stronę rewolucyjnego Paryża! O niez…pok…z Związku…żyje…twoja rewolucja robot…nierzy i chłopów! Precz z woj…listyczną…żyje…na domowa!”7.

Z cyklu V

Makamy z karnawału w spelunie

Makama 26 – Moja selekcja

Nie wejdziesz z nią do mnie na imprezę. Mogę się wytłumaczyć, ale nie dlatego, że muszę, tylko dlatego, że mam taki kaprys. Ona to jest to, czego nienawidzę. Jest cała ze spa, z katalogu „Avanti zakupy”. Jest z klasy średniej, jest z Centrum Handlowego Arkadia. Jej skórzane buty i te francuskie perfumy. Sorry, nie. Nie wejdziesz. Te jej maniery wielkiej damy: nóż, widelec, restauracja meksykańska, manicure french, nie wejdziesz. Dział marketingu, studia MBA, rachunkowość, bankowość, zarządzanie kadrami, wskaźniki sprzedaży, papiery ze szkolenia na biurku, nie wejdziesz. W wolnym czasie golf, karnet na siłownię, tenis, Zara, Mango, nie wejdziesz. Uśmiech na ustach i ploteczki z koleżanką w Cafe Heaven, Cafe Niebo w centrum handlowym, nie wejdziesz. Szklany wieżowiec, punkt dziewiąta w windzie w perfekcyjny lans działu obsługi klienta, po drodze do księgowości, z optymizmem w poniedziałek do pracy, ona tam stoi w tej windzie, nie wejdziesz z nią. Jej wykresy i prezentacje w Power Poincie, lunch ze zdrowej żywności i woda mineralizowana, nie ma mowy. Jej dyplom ze Szkoły Wyższej Wszystkiego Najlepszego, staże, praktyki, wyjazdy do Ameryki. Te jej jasne włosy i blady makijaż, naturalne rozpromienienie, zostanie za drzwiami, jak również modne buty z zamszu i spodnie „rurki”, wszystko to oddzielę od siebie drzwiami. Wroga klasowego mi tu nie sprowadzisz. Ja wiem, że ty myślisz, że to taka mała kobieca zazdrość, bo ona jest piękna. Piękna kobieta. Zabieraj się z nią, spierdalajcie oboje. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, tak jak w Scrabble – to wasza gra jest ulubiona po seksie, soft romantic love making w bieliźnie z domu handlowego. Ona nie zrozumie, dlaczego nie weszła – „jak to?” – pyta. Herod­‑baba jej nie wpuściła. Tak właśnie. Jestem zasraną faszystką. Dlatego ty będziesz po stronie sprawiedliwości i zabierzesz mi tę rozkosznie śmiejącą się podróbę kobiety sprzed oczu. Niech króluje w Księstwie Monako, Księżna Walijska, Grace Kelly, wytwór patriarchatu chromolony. Inaczej obleję ją piwem albo przypalę papierosem; nie chcemy tego chyba. Po co burzyć gospodarkę hormonalną kobiety sukcesu. Nie wejdziesz, jesteś tego warta. Ta twoja profesjonalna modelka nie jest chyba taka szczególnie miła, gdy decyduje o tym, czy jakiś człowiek z ogłoszenia o pracę w gazecie ma poszerzyć kadry jej amerykańskiej korporacji, w której czuje się jak w domu. Nie kocha wtedy piesków, kotków i dzieci. Zimny jebany kurew kapitalistyczny. Oboje out stąd. Paszli won. Wyjątkowo was tutaj nie wpuszczam, bo cały świat należy do was. Do takich, kurwa, przechlapańcow. Ty możesz zostać, ale jedynie pod warunkiem, że się będziesz puszczał.

Z cyklu VI

Makamy agitacyjne

Makama 31 – Erupcja nienawiści

Beztroski skurwysynu, zadowolony chuju. Cieszysz się skurwysynu wesoły, skurwysynu przymilny, skurwysynu spięty. Myślisz sobie, że jest jeszcze postmodernizm, że ci wszystko ujdzie, że wszystko można, że moralność jest dla ludzi słabych, kino moralnego niepokoju się skończyło, a Tarantino z hasłem „przemoc mnie kręci” króluje. Sądzisz sobie, że się wybiłeś, okopałaś swój szaniec i nikt nie nastanie na twoją wolność, nie zabierze ci nikt tego, czego dochrapałeś się. Bo ty się dochrapałeś, nawet nie pracowałeś, tylko zapierdalałeś. Zawsze na siebie, dla siebie, sobie. Pod twoim wyluzowanym uśmieszkiem kryje się czołg, maszyna, która ciągle pracuje i boi się przegapić minutę. Wiemy, że nosisz w sobie tarczę antyrakietową, niby dla obrony własnej. Ty jesteś na wojnie. My wiemy, że ty jesteś żołnierzem, chociaż udajesz śpiewaka, kompozytora i fotografa­‑amatora. Nosisz kwiatka w zębie, ale w dupie masz naboje.

My nie możemy na ciebie patrzeć, no już nie możemy, strasznie nie możemy. Obezwładnia nas to, że jesteś. Nieznośna jest nam egzystencja twoja. Inny to ty, nie będziemy zgłębiać humanistyki Innego, nie będziemy cię analizować, wypierdalaj. Obezwładnia nas, że przez to, że gdzieś będziesz, my nie możemy tam przyjść; nie możemy, bo nam wszystko obrzydzisz. Tam, gdzie jesteś, wszystko jest zatrute. Dlatego robimy takie chamskie numery – gasimy ci światło, jak wchodzisz, bojkotujemy twoje imprezy, nigdy nie pytamy, co u ciebie słychać, wysyłamy sms­‑y z Internetu z pogróżkami, wszystkim, których znamy, mówimy, że złamanym chujem jesteś, wiążemy ci sznurówki pod krzesłem, spray’em robimy gilotynę nad twoim nazwiskiem, pierdzimy, jak mówisz.

Niestety dobrze sobie radzisz – zostajesz szefem rad nadzorczych najważniejszych spółek, szefem wszystkich telewizji, wszystkich związków sportowych, naczelnym architektem i najważniejszym artystą polskim. Bawisz się z nami w klubach czasami, a tańcząc z nami nie wiesz, że to my; że plujemy do twojego drinka, że wyciągamy ci portfel, że rozpowiadamy w całej dyskotece, że masz HIV. Co możemy więcej zrobić?

Możemy przekłuć oponę w twoim samochodzie albo przebrać się za kuriera i wejść do twojej firmy. Dlatego mamy nadzieję, że nie zauważysz nigdy, że niektórym dostawcom przesyłek kurierskich wystają spod uniformów pióropusze i żaboty, czasami po ich odejściu z biura zostają na korytarzach szykowne podwiązki lub pawie pióra, a spod ich czapek z daszkami wysuwa się pasemko barokowej peruki. Mamy nadzieję, że twoja sprzątaczka usunie wszelkie poszlaki prowadzące do nas. Mamy nadzieję, że racjonalizm nadal będzie lekceważyć iluzjonistów i nikt nie powstrzyma nas przed zrobieniem ci psikusa. Znikniesz, zobaczysz.

Z cyklu VII

Makamy na rzecz równego statusu kobiet, mężczyzn i planowania rodziny

Makama 37 – Przeciw Kobiecie

Ty czekasz i męczysz nas tym czekaniem. Nie masz czasu się do nas przyłączyć, bo zajęta jesteś czekaniem. Na swojego krokodyla Dandy. Ciepła szukasz welonu i kołyski, a krokodyl szuka twojej piczki. Żałosna ty istoto. Zawsze wolałaś sobie popłakać.

Bo nie wiesz, co to śmierć, nie przeraża cię to. My tego nie rozumiemy, jak można być, a potem nie być. Nie można po prostu tego zrozumieć i się z tym pogodzić, że się żyje jakiś czas i to w jakimś gównianym otoczeniu, z gównianymi ludźmi, których nie można znieść, a potem już nic, emerytura, koniec, zero, null. Trzeba się buntować.

Ale u tej fatalnej płaczki jest zawsze to samo. O tobie mówimy „kobietobluszcz”, który oplata, uzależnia się i kocha. O jezu, spierdalaj z tym. Zawsze jest u ciebie to samo. Bo tu nie ma pola manewru. Tu się nie można poruszać w tej krokodylej norce. Kiedy krokodyl przyszedł szukać twojej piczki, wyłączałaś telefon. Przez ciebie sprawa nasza umiera. Studiujesz psychologię, a my nie wiemy, co to jest, nie uznajemy twojej nauki. Isa bin Fataha nazwałaś brodatym dziadem, a nie wiesz, że krokodyl miał do ciebie szacunek jedynie za to, że go znasz, że znasz Isa bin Fataha z widzenia. Jakbyś go nie znała, krokodyl dawno by poszukał innej piczki. Piczki z doniczki. Wiesz, że są mężczyźni niepodobni do krokodyli? Ale ty nigdy nie umiałaś na nich patrzeć. Zawsze to krokodyl patrzył na ciebie, a ty odbijałaś się w jego oczach. Krokodyl wpadł kiedyś do naszej kryjówki; kiedyś, po jakiejś zadymie, gdy drutem kolczastym otoczyliśmy błękitny wieżowiec. Powiedział, że cię wyruchał i już nigdy tego nie powtórzy, bo drętwa kłoda z ciebie. Nie spełnią się twoje marzenia, w czarnym naszym schronie, przy piwku i blancie, powiedziane to zostało, dokonało się.

Przypisy:

1. G. Charbonnier, Rozmowy z Claude Lévi­‑Straussem, Warszawa 1968, s. 24.

2. M. Bachtin, Wokół realizmu, Warszawa 1977.

3. M. Horkeimer, T.W. Adorno, Dialektyka oświecenia: fragmenty filozoficzne, Warszawa 1994, s. 38.

4. M. McLuhan, Wybór pism, Warszawa 1975.

5. H.L. Gates, Jr., Pismo, „rasa”, różnica [w:] „Kultura, Tekst, Ideologia. Dyskursy Współczesnej Amerykanistyki”, red. A. Preis­‑Smith, Kraków 2004.

6. M. Jacyno, Kultura Indywidualizmu, Warszawa 2007, s. 252.

7. B. Jasieński, Palę Paryż, Warszawa, 1974.

Olga Matuszewska (Ścięta Głowa Marii Antoniny) – ukończyła kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim, współtworzy grupę Ścięta Głowa Marii Antoniny (www.sgma.art.pl).