Realne kryzysu

Alain Badiou
27.08.2009

Planetarny kryzys finansowy, w formie, w jakiej się nam go przedstawia, przypomina jedną z tych kiepskich, prefabrykowanych, wysokobudżetowych produkcji filmowych, które nazywamy obecnie „kinem”. Zawiera wszystkie elementy, które gwarantują sukces: narastającą katastrofę, silne poczucie zawieszenia, egzotyzm tego, co identyczne – giełda w Dżakarcie umieszczona pod tym samym nagłówkiem, co Nowy Jork. Od Moskwy po Saõ Paulo – wszędzie ten sam ogień, podkładany pod te same banki. Przerażające zwroty akcji: ajajaj… najlepiej skonstruowane „plany” nie powstrzymują czarnego piątku, wszystko się wali, wszystko się wkrótce załamie…

Lecz oto pojawia się nadzieja: na pierwszym planie, mocno skoncentrowani, ci Sarkozy’owie, Paulsonowie, Merkelowe, Brownowie i inni Trichetowie o mrocznym spojrzeniu, niczym w filmie katastroficznym; mała eskadra możnych, gasząca monetarny ogień, wrzuca w centralną Dziurę tysiące miliardów. Później będziemy się zastanawiać (w felietonach, które się pojawią), skąd oni je biorą, skoro w odpowiedzi na najskromniejsze żądanie biednych od wielu lat wywracali kieszenie, twierdząc, że nie mają nawet miedziaka. Na razie jednak jest to mało istotne. „Ocalić banki!” – ten szlachetny, przepełniony humanizmem i demokratyczny okrzyk wydobywa się ze wszystkich politycznych i medialnych piersi. Ocalić je za wszelką cenę! Dobrze, że o tym wspomnieli, gdyż cena ta jest niemała.

Muszę się przyznać: ja sam, widząc krążące cyfry, znaczenia których, jak niemal wszyscy, nie jestem w stanie sobie wyobrazić (co to właściwie jest, ten tysiąc czterysta miliardów euro?), okazuję zaufanie. Całkowicie oddaję się w ręce strażaków. Wszyscy zjednoczeni – wiem to, czuję to – zdołają to osiągnąć. Banki będą nawet większe niż przedtem. Niektóre, te małe lub średnie, nie mogąc przetrwać bez dobroczynności państw, zostaną oddane jako smakowity kąsek większym od siebie. Upadek kapitalizmu? Chyba nie mówią państwo tego poważnie? Zresztą, kto by tego chciał? Kto w ogóle wie, co to oznacza lub miałoby oznaczać? Ocalmy banki, powiadam państwu, a reszta jakoś się ułoży. Dla grających role w tym filmie – to znaczy dla bogatych, ich służących, ich pasożytów, tych, którzy im zazdroszczą, i tych, którzy im schlebiają – biorąc pod uwagę obecną sytuację na świecie i rodzaj prowadzonych polityk, szczęśliwy koniec, być może nieco melancholijny, jest nieunikniony.

Zwróćmy się raczej w stronę widzów tego spektaklu – zdumionej masy, lekko zaniepokojonej, niewiele rozumiejącej, zupełnie pozbawionej możliwości aktywnego zaangażowania w tę sytuację; masy, do której z daleka dociera krzyk konających, osaczonych banków. Ten tłum może jedynie zgadywać, jak męczące weekendy spędza mała, wspaniała grupa szefów rządów. Może obserwować astronomiczne, nieogarnione sumy i machinalnie porównywać do nich swoje własne środki lub nawet, w przypadku znacznej części ludzkości, zwyczajny brak środków, stanowiący podstawę ich gorzkiej i zarazem odważnej egzystencji. Twierdzę, że realne jest właśnie tam, i nie uzyskamy do niego dostępu inaczej, jak tylko odwracając się od ekranu, by przenieść uwagę na niewidzialną masę tych, dla których – na moment przed wtrąceniem w coś jeszcze gorszego niż to, w czym obecnie żyją – ten film katastroficzny, nawet ze swym sielankowym zakończeniem (Sarkozy obejmuje Merkel i wszyscy płaczą z radości), nigdy nie był niczym więcej niż teatrem cieni.

W ciągu ostatnich tygodni często mówiliśmy o „realnej gospodarce” (produkcja i obrót dóbr) oraz o gospodarce, jakby to powiedzieć, „nierealnej”. Z tej ostatniej pochodziło całe zło, gdyż jej przedstawiciele stali się „nieodpowiedzialni”, „nieracjonalni” i „drapieżni”, mieląc, najpierw z chciwości, a następnie w panice, bezkształtną masę złożoną z akcji, zabezpieczeń finansowych i pieniędzy. Rozróżnienie to jest absurdalne i zazwyczaj było odwoływane dwie linijki dalej, za pomocą przeciwstawnej mu metafory „systemu krwionośnego” gospodarki, określającej cyrkulację i spekulację finansową. Serce i krew miałyby być odjęte żyjącemu ciału? Zawał finansowy miałby być obojętny dla zdrowia całej gospodarki? Jak wiemy, kapitalizm finansowy jest – od zawsze, co w obecnych okolicznościach znaczy od pięciu stuleci – częścią konstytutywną kapitalizmu w ogólności. Jeśli chodzi o właścicieli i animatorów tego systemu, nie są oni „odpowiedzialni” za to, że ich zyski, ich „racjonalność” mierzy się ich dochodami. Nie tylko są drapieżnikami, lecz mają obowiązek nimi być.

Nie ma więc nic bardziej „realnego” w kapitalistycznej hali produkcyjnej niż w piętrze handlowym czy oddziale spekulacyjnym. Dwa ostatnie korumpują do reszty tę pierwszą: w przytłaczającej większości przedmioty, produkowane przez ten typ maszynerii, są wytwarzane wyłącznie dla zysku i spekulacji (która jest pochodną zysku, jego najszybszą i najbardziej widoczna częścią). Są brzydkie, niewygodne, nieużyteczne, trzeba więc wydawać miliardy, by przekonać ludzi, że jest inaczej. Zakłada to przekształcanie tych ludzi w kapryśne dzieci, w wiecznych nastolatków, których egzystencja polega na ciągłym zmienianiu zabawek.

Powrót do realnego z pewnością nie jest ruchem, który prowadzi od złej, „nieracjonalnej” spekulacji do zdrowej produkcji. To ruch prowadzący z powrotem do życia, bezpośredniego i poddawanego refleksji, życia wszystkich tych, którzy zamieszkują ten świat. Tylko z takiej pozycji możemy obserwować kapitalizm, łącznie z filmem katastroficznym, który jest nam obecnie narzucany, nie uginając się pod jego ciężarem. Realne to nie film, lecz jego widzowie.

Co widzimy dzięki owemu odwróceniu lub powrotowi? Co widzimy, gdy udaje się nam pozbyć lęku przed pustką. Lęku, który, zgodnie z oczekiwaniem naszych władców, ma sprawić, że będziemy ich błagać o ocalenie banków? Widzimy, tym razem naprawdę, rzeczy proste i znane od dawna: kapitalizm nie jest niczym innym jak bandytyzmem, nieracjonalnym w swojej istocie i destrukcyjnym w swym rozwoju. Za krótkie dekady szalenie nierównej prosperity zawsze kazał płacić kryzysami, w trakcie których znikały astronomiczne wartości, krwawymi ekspedycjami karnymi we wszystkich regionach uważanych za strategiczne lub mu zagrażające, a także wojnami światowymi, w czasie których odzyskiwał zdrowie.

To jest dydaktyczna siła odwróconego spojrzenia na film­‑kryzys. Czy wciąż mamy odwagę, w obliczu życia ludzi, którzy go oglądają, być dumni z systemu, który powierza organizację życia zbiorowego najniższym impulsom: chciwości, chęci rywalizacji, zautomatyzowanemu egoizmowi? Czy chcemy wychwalać „demokrację”, w ramach której decydenci w tak bezkarny sposób służą grabieży finansowej, że zadziwiłoby to nawet Marksa, który już sto sześćdziesiąt lat temu określił rządy, jako „ufundowane na władzy kapitału”? Zwykły obywatel czy obywatelka musi „zrozumieć”, że załatanie dziury w systemie zabezpieczeń społecznych jest absolutnie niemożliwe, lecz powinniśmy, bez liczenia, wrzucać miliardy w dziurę bankową? Ponadto, czy powinniśmy zaakceptować to, że podczas gdy nikt nie wyobraża już sobie nawet nacjonalizacji fabryki, która ma kłopoty z powodu konkurencji, i w której pracują tysiące robotników, dla banku, który został bez grosza przy duszy z powodu spekulacji, takie rozwiązanie jest oczywiste?

W naszej sprawie realne pojawia się, gdy spojrzymy na odwrotną stronę kryzysu. Skąd pochodzi bowiem cała ta finansowa fantasmagoria? Całkiem po prostu, z wymuszonej sprzedaży luksusowych domów ludziom, którzy nie mieli żadnych środków na ich zakup, i którym machano przed oczami cudownymi kredytami. Nadzieje na spłatę przez nich kredytu były natychmiast odsprzedawane. Dodawano je, jak to się robi z niewyczuwalnymi narkotykami, do papierów wartościowych, których skład, dzięki pracy całej armii matematyków, był przedstawiany w sposób równie uczony, co niejasny. Wszystko to zaczęło krążyć, nabierając coraz większej wartości, sprzedawane i odsprzedawane coraz bardziej odległym bankom. Co prawda, obrót ten miał materialną gwarancję w postaci nieruchomości. Wystarczyło jednak, że nastąpił zwrot na ich rynku, by kupujący zaczęli tracić zdolność do spłaty długów. Wartość ich zastawu spadała, a kredytodawcy domagali się coraz więcej. Gdy ostatecznie kupujący nie mogli już dłużej spłacać rat, narkotyk dodany potajemnie do papierów wartościowych ujawnił się, zatruwając je, w wyniku czego przestały mieć jakąkolwiek wartość. Na pierwszy rzut oka jest to gra, w której wszyscy tracą: spekulant swój udział, a kupujący dom, z którego jest uprzejmie eksmitowany. Niemniej jednak realne tego przegranego meczu jest, jak zawsze, po stronie zbiorowości, po stronie życia codziennego. Ostatecznie wszystko bierze się z faktu, że istnieją dziesiątki milionów ludzi, których pensje, lub brak pensji, sprawiają, że nie są już w stanie zapewnić sobie dachu nad głową. Realną istotę kryzysu finansowego stanowi kryzys mieszkaniowy. Tymi, którzy nie mogą pozwolić sobie na własne lokum, nie są w żadnym przypadku bankierzy. Zawsze trzeba schodzić do poziomu codziennej egzystencji…

Jedyną rzeczą, której moglibyśmy obecnie pożądać, jest to, że wśród kryzysu odnajdziemy to, co realne. Być może dzięki wnioskom, jakie z tej ponurej sceny wyciągną ludzie – wszak nie bankierzy i nie rządy, które im służą, ani też gazety, które są na usługach rządów.

Dostrzegam dwa poziomy tego powrotu do realnego. Pierwszy jest czysto polityczny. Film pokazał, że obecna „demokracja” nie jest niczym innym jak skwapliwą usługą na rzecz banków, jej prawdziwe imię brzmi: kapitało­‑parlamentaryzm. Trzeba zorganizować politykę zupełnie odmiennej natury, wzorem licznych doświadczeń ostatnich dwudziestu lat. Taka polityka niewątpliwie jest i jeszcze długo będzie oddalona od władzy państwowej, lecz jest to mało istotne. Bierze ona swój początek na poziomie realnego, poprzez praktyczny sojusz ludzi obecnie najbardziej przystosowanych do tego, by ją tworzyć: nowo przybyłych proletariuszy, z Afryki lub skądinąd, oraz intelektualistek i intelektualistów, spadkobierców walk politycznych ostatnich dekad.

Ten sojusz będzie się poszerzał w zależności od tego, do jakich działań będzie zdolny. Nie będzie utrzymywał żadnego typu organicznych stosunków z istniejącymi partiami oraz utrzymującymi je przy życiu systemami – wyborczym i instytucjonalnym. Stworzy nową dyscyplinę tych, którzy niczego nie mają, ich siłę polityczną, nową koncepcję tego, jak miałoby wyglądać ich zwycięstwo.

Drugi poziom jest ideologiczny. Należy odwrócić starą diagnozę, zgodnie z którą mielibyśmy znajdować się w okresie „końca ideologii”. Widzimy dziś bardzo wyraźnie, że ten rzekomy koniec w rzeczywistości oznacza slogan „uratujmy banki”. Nie ma niczego ważniejszego niż odzyskanie pasji idei i przeciwstawienie światu w obecnym kształcie antycypowanej pewności, że sprawy mogą przybrać zupełnie inny kierunek. Szkodliwemu spektaklowi kapitalizmu przeciwstawiamy rzeczywistość ludów, realne życia ludzi w jego własnym ruchu idei. Motyw emancypacji ludzkości nie stracił niczego ze swojej mocy. Słowo „komunizm”, które od długiego czasu oznaczało tę moc, z pewnością straciło wartość i sprostytuowało się. Lecz dzisiaj jego zniknięcie służy jedynie broniącym porządku, rozgorączkowanym aktorom filmu katastroficznego. Odratujemy je jednak, z jego nową jasnością, która zarazem jest jego starą zaletą. Marks mówił o komunizmie, że przyniesie „najradykalniejsze zerwanie z tradycyjnymi ideami” oraz stworzy „zrzeszenie, w którym swobodny rozwój każdego jest warunkiem swobodnego rozwoju wszystkich”.

Całkowite zerwanie z kapitało­‑parlamentaryzmem, polityka tworzona na poziomie rzeczywistości ludu, suwerenność idei: to wystarczy, byśmy mogli oderwać się od filmu o kryzysie i powstać.

Przełożyła Natalia Kowbasiuk

Tekst pochodzi ze strony: http://www.entretemps.asso.fr/Badiou/Crise.htm. W skróconej wersji ukazał się w: „Le Monde”, 2008, 18 października. Niniejszy przekład ukazał się w: „Recykling Idei”, 2009, wiosna/lato, nr 12.

Alain Badiou – ur. 1937; francuski filozof, pisarz, dramaturg, działacz polityczny. Kojarzony z antypostmodernistycznym nurtem filozofii kontynentalnej; zainspirowany między innymi marksizmem Luisa Althussera, Jacques’em Lacanem oraz teorią mnogości. Napisał między innymi Théorie du sujet (Paris 1982), L’être et l’événement (Paris 1988), L’ethique (Paris 1993) i Logiques des mondes (Paris 2006). W Polsce ukazała się jego książka Święty Paweł. Ustanowienie uniwersalizmu (Kraków 2007). Działa w L’Organisation Politique, której jest współzałożycielem.