Okrakiem na drucie kolczastym

Justyna Barańska
28.07.2008

Tę niewygodną pozycję uważam za swoje życiowe powołanie. Cokolwiek by nie rzec o funkcji, estetyce i zasadności istnienia wynalazków w rodzaju wspomnianego drutu, częstokołu, elektrycznego dobrego pastucha, fosy, murów kamiennych, betonowych czy klinkierowych, nawet zwykłej siatki lub żywopłotu, wyodrębnia je cecha wspólna: znajdowanie sięnanich ma zwykle charakter tymczasowy. Można wyrywać murom zęby krat, tłuc w mur łbem, znajdować w nim osłonę i oparcie czy umieszczać na nim napisy, ale na mury człowiek włazi zwykle w dwóch sytuacjach. Pierwsza: z przeciwnej strony muru nadciąga wróg i sam mur nie wystarczy, aby chronić ukrytych za nim – wtedy potrzeba stojących murem na murze obrońców, stanowiących jakby część fortyfikacji. Druga: znużeni widokiem jednej ze stron ogrodzenia przedostajemy się na drugą i radujemy perspektywą a rebours.

Gdyby wszyscy mieli po cztery jabłka
gdyby wszyscy byli silni jak konie

gdyby wszyscy byli jednakowo bezbronni w miłości
gdyby każdy miał to samo
nikt nikomu nie byłby potrzebny
Dziękuję Ci że sprawiedliwość Twoja jest nierównością
to co mam i czego nie mam
nawet to czego nie mam komu dać
zawsze jest komuś potrzebne
jest noc żeby był dzień
ciemno żeby świeciła gwiazda
jest ostatnie spotkanie i rozłąka pierwsza
modlimy się bo inni się nie modlą
wierzymy bo inni nie wierzą
umieramy za tych co nie chcą umierać
kochamy bo innym serce wychłódło
list przybliża bo inny oddala
nierówni potrzebują siebie
im łatwiej zrozumieć ze każdy jest dla wszystkich
i odczytywać całość1.

Sytuacje pośrednie nigdy nie miały dobrej prasy. Mamy zakodowane, że śmieszne jest, gdy coś (ktoś) wystaje jak pół dupy zza krzaka (to gorzej niż wystawać jak cała!), że nie jest dobrze siedzieć na dwóch stołkach, jeśli wejdziesz między wrony musisz krakać jak i ony, zaś określenia: „ni pies, ni wydra” i „kundel” należą do niedelikatnych. Skomplikowały sprawę czasy nam współczesne (chwilowo nie wdaję się w rozważanie, co to są czasy współczesne i czy w ogóle istnieją). Nie, broń Boże, żeby dzisiaj przypadkiem murów było mniej niż „kiedyś”, tylko wznoszone są i rozbierane w, jak się wydaje, coraz szybszym tempie i w miejscach, do których jeszcze nie zdążyliśmy się przyzwyczaić. Zamiast lub obok międzyplemiennych i międzyklasowych mamy barykady śródgrupowe, wewnątrzśrodowiskowe i wewnątrzosobowe. Tym sposobem większość z nas wystaje jak pół czegoś zza czegoś, o ile nie dołoży się starań, by okazać się Idealnym Przedstawicielem (IP) określonej grupy czy środowiska. W założeniu, wtedy ma się prawo do wszystkich przywilejów z uczestnictwem w grupie związanych. Zadanie trudne i żałośnie nietrwałe, zważywszy na nieprecyzyjność określenia: „IP”, oraz na wewnętrzną dynamikę i wynikającą z niej niestabilność i niedookreśloność większości środowisk, wspólnot i grup. Potrzeba przynależności (lub coś podobnego) jednak sprawia, że nie rezygnujemy z udowadniania swych praw do miejsca w stadzie. Z tyłu głowy pozostaje wszakże lęk przed usłyszeniem: jesteś obcy!

Inny nowy aspekt, którego nie znały poprzednie stulecia: noc naszego świata jest narzucona przez prawdziwe zanurzenie w psychozie. Stało się to wyraźnie widoczne poprzez twórczość artystyczną.
Sztuka jest dla danej cywilizacji tym, czym oczy dla twarzy człowieka: zwierciadłem duszy. Powiedz mi, jaka jest twoja sztuka, a ja ci powiem, jaki jest stan twojej duszy. Co mówi nam malarstwo, muzyka, rzeźba, architektura ostatnich dziesięcioleci? Ukazuje dążenie do abstrakcji, do niedostępności, do hermetyzmu. W muzyce współczesnej dominuje dysharmonia i dysonans. Cały geniusz twórczy wydaje się skierowany ku myśli odrealnionej, pękniętej, która pozwala odczytać psychotyczny sposób percepcji świata. Odwiedźmy którąkolwiek galerię sztuki współczesnej, znajdziemy tam najbardziej nieokiełznane, chaotyczne fantazje.
Nawet nauka rozbiła kategorie logicznego rozumowania. Teoria względności jest już przestarzała, teraz mówi się o antymaterii. Współczesna matematyka obraca się w rejonach, gdzie dwa plus dwa to już nie jest cztery […] Koniec dwudziestego wieku jest psychotyczny, tak jak wiek domniemanego oświecenia mógł być histeryczny, a wiek dziewiętnasty naznaczony przez obsesyjną sztywność2.

Gąszcz mniej lub więcej samoświadomych apartheidów najeżony jest pułapkami, przed którymi nieszczęsne jednostkowe duszyczki ratują się jak mogą. Konkrety?

…W narodowego święta dzień
Ja w łóżku moim smacznie śpię
Orkiestry dętej równy rytm
Obcy jest wszystkim zmysłom mym
Ja nie krzywdzę wszak spośród nich nikogo
Gdy nie klaszczę w takt fałszującym trąbom
Ale bliźni nie lubią gdy
Ktoś inną drogą pragnie iść.
Każdy wskazuje palcem mnie
Oprócz bezrękich – normalna rzecz3.

Funkcjonowanie we wszystkich miejscach i cyklach, które składają się na nasze życie i tożsamość, poddaje się określonym zwyczajom, zasadom i strukturom, które sami współtworzymy i podtrzymujemy. Biedzą się nad ich opisywaniem i wyciąganiem z tego wniosków socjolodzy i nie tylko. Ja poprzestanę na przykładach: Z mojej tożsamości członkini rodziny wynika między innymi zasada podtrzymywania rodzinnych kontaktów: uczestnictwo w wizycie „u cioci”, kartki świąteczne i tak dalej. Obowiązuje mnie też konwencja mówienia na przykład do tejże cioci w trzeciej osobie i ubrania się ładnie (co to znaczy ładnie?) na spotkanie z nią. Ciocia z kolei podczas mojej wizyty będzie zapewne podtrzymywać zwyczaj napychania gościa po uszy jedzeniem, obie też poddamy się ograniczeniom w rodzaju: powiedzieć „dzień dobry”, usiąść, zapytać o to, nie mówić o tym, nie siedzieć dłużej niż… Inne, bardziej lub mniej trwałe i opresyjne zasady, będą z kolei mnie obowiązywać, gdy wrócę do domu, pójdę do sklepu lub na uczelnię, spotkam kogoś znajomego albo… inną ciocię. Poza tym, zbiorowo i indywidualnie poddaję się instytucjom codziennym typu mycie zębów czy jeżdżenie autobusem, jak i świątecznym typu piwo, zwiedzanie zabytków lub procesja. A co z tymi murami?

Mur, jak wiadomo, zjawia się na styku dwóch instytucji nie przystających do siebie, na pograniczu. Facet wychodzi z pracy i przestaje być policjantem, a zaczyna być mężem, tatusiem, flecistą amatorem i wędkarzem. Między jego wcieleniami – czasem zbieżnymi, nawet zachodzącymi na siebie, czasem przeciwstawnymi i wrogimi – tworzą się szklane ściany. Może zachowywać się w domu jak policjant albo w pracy opowiadać o taaakiej rybie, ale już flet od walenia pałą lub zmieniania pieluszki lepiej grał nie będzie.

No tak, specjalizację należy zostawić owadom. Niemniej, między poszczególnymi rolami pojawiają się poważniejsze pęknięcia niż te, dotyczące wyłącznie umiejętności. Ludzie, struktury, cechy osobowości, okoliczności stawiają policjanta przed dylematem: Czy można brać łapówki i mówić dziecku, że pieniądz nie jest najważniejszy? Efektowne są obrazki biograficzne: zbrodniarz nazistowski na czułym łonie bliskich albo natchniony wielki pisarz – moralista, niszczący psychicznie i fizycznie trzy kolejne żony. O księżach i psychoterapeutach – pedofilach nie wspominając…

Jeśli nasz bohater przypadkowo miewa tożsamość myśliciela amatora, ugryzą go pytania z gatunku banalnych: gdzie – za którą ze szklanych ścian – i w jakim stopniu jestem sobą? Które zachowania, upodobania, style i reguły stały się moją skórą i sercem, które tylko ubraniem, a które maską lub kamieniem u szyi? Dlaczego są sprzeczne ze sobą? Jeśli coś zrobię – lub przestanę coś robić – czy to jeszcze będę ja? Czego – i dlaczego – muszę się pozbyć, czego nie wolno mi utracić?

…Lubię dawnych sielanek czar
Więc nucę o Laurze, Filonie i psach
A szef kabaretu, gdy słyszy mój śpiew,
Niejedną roni łzę.
Lecz: „To piękna opowieść – powiada mój szef ­‑
Lecz proszę, coś w sielance tej zmień
Niech będzie i Laura, lecz umów ją z nim
W burdelu mym.[…]
Na wszystkie grzechy odpust bym miał
I drogę wolną do nieba bram
Gdybym co dzień ku niebu słał
Pełen miłości psalm.
Lecz „Tylko bez takich – rzekł mój anioł stróż ­‑
Na miłość pobożną masz szlaban i już
No, chyba że chodzi o liryczną pieśń
Na dziwki cześć4.

Ot, przecież tak łatwo wybrnąć z tego problemu… To chyba normalne, że człowiek w pracy nie zajmuje się dopieszczaniem własnego jestestwa i sumienia. Robi to, co trzeba, tak jak mu każą lub sam sobie każe, w progu mieszkania wkłada papucie, zdejmuje krawat i już – nareszcie jest sobą! Trochę trudno się oswoić z myślą, że przez tych osiem czy dwanaście godzin żyję jakimś absurdalnie nie – własnym i nie – cudzym życiem, ale – to wszystko po to, żeby móc dobrze żyć potem! Potem – czyli z rodziną i przy rozrywkach. Można też na odwrót: w domu się szarpię i duszę, tylko w robocie albo z kumplami wydobywam się na powierzchnię. Byle się wyrwać na piwo i odetchnąć! Jestem sobą tylko tam, gdzie mi najlepiej, gdzie najbardziej mnie cenią, gdzie najwięcej znaczę, gdzie najprościej używać sumienia. Tam, gdzie jest trudniej, nie muszę być – jeśli nie mogę uciec, to przynajmniej wycofam się za mur milczenia, zawieszę osąd krytyczny albo zacznę być kimś innym. Sześć – dziewięć godzin snu, to ile w międzyczasie zostaje na to prawdziwe życie?

Nie zawsze różnice między poszczególnymi odsłonami własnego życia rzucają się w oczy i zmuszają do takich przemyśleń. Pewnie można żyć harmonijnie, nie przecinać duszy barierami, przegrodami i zaporami, dokonywać trafnych, niesprzecznych ze sobą wyborów. Rozróżniać zgodnie z hierarchią wartości i gustem. Pewnie da się odpowiedzieć na pytania: Dla kogo? Co? Dlaczego? Po co? Jak? Kiedy? – i nie mieć sumienia pękniętego na kilka części. „Nieważne, co się robi, ważne, z kim”. Pewnie tak…

Raz Noe wypił wina dzban
I rzekł do synów­‑ Oto
Przecieki z samej góry mam,
Chłopaki, idzie potop!
Widoki nasze marne są
I dola przesądzona,
Rozdzieram oto szatę swą,
Chłopaki, jest już po nas!
A jeden z synów, zresztą Cham
Rzekł­‑ taką tacie radę dam:
Róbmy swoje,
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje,
Póki jeszcze ciut się chce,
Skromniutko, ot, na swoją miarkę
Majstrujmy coś, chociażby arkę – tatusiu,
Róbmy swoje,
Może to coś da? Kto wie?5

A czy można nie uwzględniać przesłon i ekranów dźwiękochłonnych między klanami i plemionami? To teraz temat modny, na topie – stereotypy, uprzedzenia, stygmatyzacja, schematy poznawcze, ksenofobia… „Oh, I’m sorry, nie zauważyłem, że jesteś Afroamerykaninem”. Ale z usuwaniem barier, współpracą i pojednaniem też można rozmaicie sobie radzić…6

Można najprościej: postępuj tak, jak ja, to się dogadamy. Będziemy podobni, a podobni rozumieją się lepiej. Nie chcesz? Dlaczego? Nie zależy ci na usuwaniu barier? Nie chcesz porozumienia między białymi i żółtymi? Uważasz, że źle robię? Czy zwyczaje białych nie są nic warte dla żółtych? No, przecież biali ludzie tak mogą, to czemu żółci nie chcą? Ja też ewentualnie trochę ustąpię i mogę coś zrobić twoją metodą, i już jest platforma współdziałania. A może zrobimy tylko kremowych zamiast białych i żółtych? Najlepiej, żeby żółci stali się biali, ale skoro już nie…

…Nie, żebym nie chciał, wręcz zazdroszczę
Tym, co potrafią ujść zatraty
I łączą swe talenty owcze
W stada wzajemnej aprobaty
Przez to kalectwo zdrowych ranię
Na pogodzonych ściągam biedę
Wszelkie zbiorowe pojednanie
Obracam w jedność minus jeden
Ani nie bronię się pogardą
Ani nie brudzę się popiołem
Lecz będę żył i umrę hardo
Chcąc nie chcąc z podniesionym czołem7.

Może też zapachnieć nam fast foodem. Destylujemy fragment rzeczywistości uśredniony, ogładzony z niebezpiecznych skrajności, uciekamy od różnic i już mamy uniwersalny produkt dla wszystkich. Trochę mało urozmaicony i mdły, ale – wspólny! Płaszczyzna porozumienia wąska, bo dotycząca tylko tego, co nikogo nie urazi, nie wlezie na grząski grunt kontrowersji. Ale – rozumiemy się, chociaż jesteśmy z innych plemion. Potrafimy nie ulegać stereotypom i dogadać się ponad podziałami! Skini razem z wolnościowcami ramię w ramię przeciwko wojnie! Kłopot zaczyna się wtedy, gdy trudnych tematów nie da się omijać: trzeba na przykład powiedzieć, DLACZEGO przeciw wojnie, pod jakim hasłem. A co gorsza, dbając o to, by nie zburzyć kruchej równowagi i zgody, wpadamy w paranoję omijania wszystkiego, co może spokój choć troszkę zamącić. Strach usta otworzyć, bo wspólna świątynia pojednania się posypie. No, chyba, że pokłócimy się o duperele, na których i tak nam nie zależy. Ale… to też niebezpieczne, bo może dla kogoś to nie są duperele? „Metoda ta […] przypomina przykrywanie słonia kołderką. Prędzej czy później, mniej lub bardziej drastycznie, jednak w końcu zawsze coś spod niej wychynie”8.

Trzeci sposób… nie, trzeciego nie będę opisywać. Ja tu nie jestem od siania propagandy i wciskania jedynie słusznych sposobów. Zrób to sam (a). A jak mi jest na tym drucie kolczastym? Ano, różnie. Tu człowieka spychają, tu ciągną, tu się wychyla, tam spada. Przemieszcza się z jednego płotu na inną barykadę, z jednego odcinka na drugi. Nie dość, że podstawa niestabilna i nieżyczliwa, swoboda ruchu ograniczona, wygląda się jak… no, dziwnie, to jeszcze zimno… nie ma zbyt wiele tego ciepełka, chronionego przez ogrodzenie. W kupie lepiej się ogrzać. Do tego na szańcu można trafić w sam środek frontu i zgarnąć z obu stron. Widok trochę ciekawszy i więcej powietrza… Ale to jednak temat na zupełnie inny tekst.

Tekst ukazał się w: „Recykling Idei”, 2004, nr 2 (5).

Przypisy:

1. J. Twardowski, Sprawiedliwość.

2. B. Efraim, M. Mardon­‑Robinson, Droga przez mrok albo szaleńcy Boży, Kraków 2000, s. 203­‑204.

3. G. Brassens, Zła reputacja, tłum. C. Marradan­‑Casas.

4. G. Brassens, Pornograf, tłum. A. Łobodzińska.

5. W. Młynarski, Róbmy swoje.

6. Zob. klasyfikacja sposobów „radzenia sobie” według P.M. Delfieux w: F. Lenoir, Nowe wspólnoty, Kraków 1995.

7. J. Kaczmarski, Diabeł mój.

8. M. Musierowicz, Opium w rosole.