Tam

Justyna Barańska
31.01.2013

Widzisz, to nie tak, że mnie to interesuje. Ja po prostu tam żyję. Mam taki drugi cykl życiowy. Biografię równoległą.

Zawsze tak było. Odkąd pamiętam, tworzę sobie telenowelę w odcinkach, która się toczy powoli, jak moje życie. Toczy się tam. Tam bywa w różnych miejscach. Kiedyś, bardzo dawno temu, tam znajdowało się w chatce pod lasem. W lesie rosły olbrzymie grzyby, jagody i maliny, którymi się żywiłam. Co dzień wieczorem, przed zaśnięciem zamieszkiwałam tam. Spotykałam w lesie innych, dobrych ludzi, którzy mieli wielkie, okrągłe oczy, jak postacie z kreskówek. To byli mieszkańcy świata tam. W pewnym momencie dokonałam gwałtu na ich spokojnej egzystencji i napomknęłam ludziom mieszkającym tu o ich istnieniu. Nie pozostało to bez konsekwencji. Tam zostało przez ludzi tutejszych nazwane bajką. Była to dziwna bajka, bo nie było w niej wróżek, krasnoludków, czarodziejów. Zaniepokojona i zdezorientowana, wprowadziłam do chatki pod lasem stado krasnoludków, które zamieszkały pod podłogą, w wygrzebanej jamie. Niestety, krasnoludkom tam się nie spodobało i następnego wieczoru okazało się, że wszystkie wyginęły. Nie mogłam poradzić sobie z widokiem stosu martwych krasnoludków i co prędzej opuściłam chatkę. Na zawsze.

Następne tam znajdowało się w Głodowej Wólce, gdzie pasłam gęsi. Głodowa Wólka wyglądała podobnie jak gospodarstwo moich dziadków. Nie było w nim, co prawda gęsi, ale przecież nie mieszkałam u dziadków, tylko tam. Byłam Marysią, gęsiarką, która wyśpiewywała piosneczki i machała gałązką, zaganiając gęsi przy pomocy wiernego pieska. Pamiętna złych doświadczeń z krasnoludkami, wyeliminowałam je z Głodowej Wólki, która była moim drugim prawdziwym życiem – więc nie było w niej dla skrzatów miejsca. A szkoda, nawiasem mówiąc – gdyby mi się tak udało złapać krasnoludka, chętnie hodowałabym go w pudełku… Dzieci też lubią mieć władzę nad kimś mniejszym…

Ale Głodowa Wólka szybko ustąpiła miejsca kilku innym światom. Ot, chociażby zamkowi piętnastowiecznego starosty dobrzyńskiego, wychowującego chrześniaczkę Hanusię, porwaną przez Krzyżaków. Rzecz jasna, w roli Hanusi dumnie odpierałam zakusy rycerzy w płaszczach z krzyżami, a że miałam już jakieś dziewięć lat, niekiedy przenosiłam się z Dobrzynia i Malborka do okupacyjnej Warszawy. Cóż, w obu miejscach tam wrogowie mówili twardym, niezrozumiałym językiem, jak prawdziwi Niemcy byli podstępni i okrutni, więc można było oba światy jakoś ze sobą pogodzić.

Co jednak począć z kolejnymi rzeczywistościami, które kusiły, by w nich zamieszkać? Nie wszystkie były tak jednoznacznie czarno – białe i przystające do znanego świata tutaj. Biedna Ania z Zielonego Wzgórza, a z nią wszyscy sympatyczni powieściowi Kanadyjczycy! Co ona winna, że urodziła się protestantką? W trzeciej klasie podstawówki nie znałam jeszcze niuansów nauki o zbawieniu, wiedząc tylko, że nie ma go poza Kościołem. Nie mogłam jednak przeboleć skazania Ani na wieczne potępienie! W końcu zawarłam pokrętną ugodę z sumieniem, mówiąc sobie, że Ania „chciała dobrze”. Kanadyjski, a potem w ogóle anglosaski świat magnetyzował, wciągał, liczba miejsc, gdzie było tam, rosła lawinowo.

Wszystkie miejsca tam – książkowe i wymyślone – odtąd działy się dawno temu, gdzieś w czasach, gdy kobiety nosiły długie suknie, meble były ciemne i rzeźbione, a na stole paliły się świeczki. Pamiętam, martwiłam się, że tu nigdy nie będę nosić długich spódnic, bo są niemodne. Jak ja się wtedy modliłam, żeby wróciła moda na spódnice do ziemi! A jeżeli nie, to przynajmniej chciałam mieć powołanie do zakonu. Bo zakonnice były właśnie trochę z tego świata tam – pozawijane, w długich sukniach, tajemnicze, staroświeckie. A ja miałam wtedy długą sukienkę do komunii, i nic staroświeckiego poza tym. Ale w tym drugim życiu (a czasem trzecim, czwartym, piątym), tam wszystko było staroświeckie. Meble, ubrania, sprzęty, sposób mówienia. Doskonale do tego celu nadawał się dziewiętnasty wiek, czyli czasy, w których wolno było już kąpać się choć raz w tygodniu, dziewczęta zaś pobierały edukację. Rzecz jasna, mówię o białych dziewczętach z klasy średniej lub wyższej bardziej lub mniej rozwiniętych krajów Europy i Ameryki Północnej, gdyż bycie niewolnicą amerykańską, a nawet i polską chłopką, nie wchodziło w rachubę. Naturalnie, dopuszczałam w pełni możliwość zostania na przykład czymś w rodzaju szlachetnej Siłaczki, czy jakiejś ubogiej, lecz dzielnej panny, względnie wdowy prowadzącej sierociniec lub przytułek. Pokonywanie licznych trudności w ogóle było nieodłączne od życia tam, no, ale nie schodziłabym jednak poniżej pewnego poziomu… Od czasów Marysi sierotki trochę się zmieniło.

Byłoby zresztą prościej, gdybym tam mogła zmienić płeć. Jak na złość, w żaden sposób nie byłam w stanie zająć miejsca w ciele mężczyzny. Nie i już. Tam pod tym względem było nieubłagane. Nawet w załodze oficera Jego Królewskiej Mości Króla Jerzego, kapitana Hornblowera, walczącego pod admirałem Nelsonem, byłam przebraną niewiastą. Udając swego męża zaciągnęłam się na okręt, ale ile ja się namęczyłam, żeby ukryć kobiecość! To już było w kilka lat później po Ani z Zielonego, burza hormonalna we mnie szalała, więc niekiedy zastanawiałam się, co by mi zrobili owi wszyscy dzicy żeglarze z początku dziewiętnastego wieku, odkrywszy moją płeć. Obawiałam się traumy podobnej, jak w przypadku martwych krasnoludków, wycofałam się więc szybko z okrętu.

No wiem, wiem, ofiara własnej wyobraźni. Schizofrenia, obsesja, ucieczka od rzeczywistości. Ale pomyśl sobie, ile ja przeżyłam dzięki temu! To przecież zresztą wymagało niekiedy naprawdę długich przygotowań. W oczach mi stoi plan Lwowa i różne stare ryciny, przewodniki, przedwojenne zdjęcia. Bo musiałam wiedzieć, gdzie mieszkam, na jakiej ulicy, jak wygląda mój dom, gdzie do szkoły chodzę… Tylko nie mogłam się zdecydować, kiedy. Przez całe liceum konstruowałam, układałam sobie życie w dawnym Lwowie – czasem ono było o sto lat wcześniejsze, czasem o siedemdziesiąt lub osiemdziesiąt. Nie było łatwe – w końcu miało być prawdziwe. Dużo mnie tam po drodze różnych krzywd spotykało. Bo tam bywałam na przykład działaczką partii komunistycznej. Albo mniejszościowej. Ciężko. Ale tam było moje życie. To drugie, bardziej pachnące, o żywszych kolorach.

Więc to nie jest tak, że ja cię pytam ot, tak sobie. Chcę to wiedzieć, muszę. Ja tam mieszkam, to mój świat. Trochę niewykończony, dziwny, głupi, niesprawiedliwy. Ale tam też można żyć.