Dlaczego Juliusz Słowacki smutny był o zachodzie?

Julian Bartosz
10.05.2007

Szczerze mówiąc mierzi mnie nieustanne prawienie o wartościach. Wiem, że za to prowokacyjne wyznanie spotkać mnie może powszechna anatema. No tak – powiedzą ludzie – jakiś stary komuch albo zgoła anarchista chce nas pozbawić tego, co Najważniejsze. Ludzie tacy, myślę, nie zdają sobie sprawy i nawet nie próbują sobie uświadomić, że poza istotą treści tego pojęcia, które obejmuje i wolność najszerzej pomyślaną, i sprawiedliwość we wszystkich jej aspektach, i czynienie dobra dla innych, i postępowanie zgodne z przekazem wszelkich religii i wreszcie zachowanie wedle najszlachetniejszych tradycji ludzkiego rodzaju – słowo owe służy obecnie w polityce jako zamiennik lub zgoła przykrywka dla innego wyrażenia: dla interesu.

Zwróćcie uwagę: pojęcie interesu niemal zniknęło nie tylko z codziennego słownictwa pracowników polityki, ale także z niwy gospodarczej, gdzie, owszem, interesy się robi (a wartość mierzona jest stanem kiesy i perspektywą jej powiększania), ale nawet tutaj w użyciu jest bardziej eleganckie słowo – biznes. Robić biznes to modniej teraz brzmi niż robić interes. Czasem huknie w wywodach polityków czy ich literackich (dziennikarskich) służebników to słowo, na przykład w banalnym stwierdzeniu, że nie ma wiecznych przyjaciół czy wiecznych sojuszników, są tylko wieczne interesy. Jednakże na co dzień woli się mówić o „racji stanu”, choć w historycznej rzeczywistości nie ma niczego bardziej niestałego i zależnego od zmiennych uwarunkowań, jak właśnie ona. Niech mi będzie wybaczone, że pomijam sens słowa „wartość” w naukach ekonomicznych, w których nadal występuje marksowska „wartość dodatkowa”. My, zwykli zjadacze chleba, nieustająco skazani na to, że jesteśmy ofiarami stałej gonitwy za tą „wartością dodatkową” znamy z języka ekonomii przede wszystkim „wartość dodaną”, czyli VAT. To chyba lwia część podatków, z których finansowani są ci, którzy robiąc interesy używają pojęcia wartości chyba nawet częściej, jak imię Pana Boga.

Te uwagi na temat pewnego fenomenu różnym znawcom mogą się wydawać amatorszczyzną. Nie mam nic przeciw temu, niemniej upieram się przy tym, że za dużo jest gadulstwa o wartościach wziętych z platońskiego uniwersum idei, za mało zaś mówienia o interesach, które są konkretne i brutalne.

Jednakże – i tu mogę być krytykowany za niekonsekwencję – o wartościach także należy mówić. Oto trzy publikacje prezentowane na ostatnich Targach Książki we Frankfurcie nad Menem. Pierwszą z nich to dzieło Petera Prange´go, Franka Baasnera i Johannesa Thiele’go zatytułowane „Werte”1 Jest to swoista antologia fragmentów tekstów o wartościach napisanych przez blisko trzystu autorów od starożytności po czasy współczesne. Wymienieni trzej niemieccy twórcy tej antologii, która – jak już w podtytule podkreślają – przedstawia „wszystko, co nas łączy”, są z powojennego pokolenia lat 50­‑tych. Pierwszy z nich jest filozofem kultury i pisarzem, drugi profesorem romanistyki na uniwersytecie w Mannheim, trzeci wydawcą. Wstęp do całości oraz wprowadzenie do poszczególnych rozdziałów tworzących „kosmos wartości”, pochodzą spod pióra Prangera. W roli naukowych konsultantów uczestniczyło w tym ambitnym projekcie aż dziesięciu specjalistów z różnych dziedzin humanistyki. Rzecz została zaprezentowana w dwudziestu rozdziałach. Oto ich tytuły, wskazujące na zakres zainteresowań w pojmowaniu wartości: 1. Życie i jego sens, 2. Natura i kultura, 3. Wiara i rozum, 4. Człowiek i prawo, 5. Wiedza i fantazja, 6. Praca i wypoczywanie, 7. Piękno i prawda, 8. Eros i potępienie, 9. Szczęście i asceza, 10. Idealizm i realizm, 11. Odwaga cywilna i świadomość obowiązku, 12. Samorealizacja i solidarność, 13. Równość i elity, 14. Postęp i sceptycyzm, 15. Wolność i odpowiedzialność, 16. Tolerancja i wierność zasadom, 17. Trwanie i odnowa, 18. Spokój i poczucie własnego ja, 19. Miłość ojczyzny i otwarcie na świat i 20. Naród i unia.

Z samego wyliczenia, przyznam, głowa może spuchnąć. Jest to w samej rzeczy próba wniknięcia w „kosmos idei”, a nawet wyraz chęci jego uporządkowania. Ów „kosmos” jednakże jest dość wąski. To tylko europejski wycinek nieba. Autorzy dzieła zresztą nie kryją swego europocentryzmu. Świadomie koncentrują się na duchowych tradycjach Starego Lądu, jego śródziemnomorskiej kolebki i po części jej zaatlantyckiej odnóżach. Pewnie dlatego, że w innych kulturach czują się niekompetentni, światy Buddy czy Proroka zdają się im sui generis czarnymi dziurami w ich uniwersum, nawet te fragmenty islamskiej kultury, które w dark ages podtrzymywały za Pirenejami kaganiec światłej myśli, znalazły się poza polem ich obserwacji. Jakby nie było tam wartości! Ale o to zasadniczej pretensji mieć do autorów „Werte” nie można, nie wypada nawet. Dziwi przeto nieco, że jako motto obrali zdanie z Nietzschego, który przecież wiódł swego bohatera Zaratustrę przez dalekie lądy, w nieznane krainy, do najbardziej „pstrokatych” ludów, a który po powrocie mieszkańcom naszego kontynentu wystawił takie oto świadectwo: „Ogólny widok przyszłego Europejczyka: oto on – o naturze najbardziej inteligentnego niewolniczego zwierza, bardzo pracowity, w gruncie rzeczy dość skromny, niezwykle, aż do ekscesu, ciekawy, wieloraki, rozpieszczony, pozbawiony woli – pełen kosmopolitycznego wzruszenia i niesamowity w chaosie swej inteligencji”2. Wielokrotnie wczytywałem się w podstawowe dzieło Nietzschego (nabyte, nota bene, w latach 50­‑tych u bukonisty na wrocławskim „szaberplacu”), ale na to zdanie nie zwróciłem dotąd uwagi, a przecież jest ono wspaniałe. Być może powiodło ono nieświadomie Prangera do takiej oto aktualnej wątpliwości we wstępie, że możemy jako Europejczycy pozostać sobie wierni przeskakując swój własny cień, ale – pyta Pranger – „czy dlatego mamy zdziczałym cowboyom trzymać strzemię, kiedy wybierają się na transatlantyckie krucjaty?”3 Za to pytanie, a także za stwierdzenie, że „jesteśmy otwarci na obcych i jednocześnie prowincjonalni aż po faszyzm” należy autorom dzieła o wartościach wystawić najwyższą notę, ale jednego im nie odpuszczę. Kiedy bowiem wymieniają różne narody naszego kontynentu, w których ludzie w najrozmaitszych sytuacjach życiowych, kierując się takimi samymi wartościami, zachowują się podobnie lub identycznie – Polska została pominięta. Jako przedstawiciel dumnego szczepu piastowego trudno mi się z tym pogodzić. Od wielu dziesięcioleci, nawet za czasów tzw. komuny, kształtowałem się w przeświadczeniu, że należę do kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej, do której wnieśliśmy swój wielki wkład. Przy różnych mniej lub bardziej podniosłych okazjach politycznych i kulturalnych słyszeliśmy o tym z ust zachodnich autorytetów, co było jak miód na nasze polskie dusze. A tu takie lekceważenie. Staje się ono jeszcze bardziej oczywiste, gdy po żmudnym spenetrowaniu 750 stron „kosmosu wartości” stwierdzimy, że wśród ponad 350 cytowanych autorów znalazło się miejsce raptem dla siedmiu Polaków. Dla Andrzeja Szczypiorskiego, Janusza Korczaka, Bronisława Maja, Lecha Wałęsy, Tadeusza Różewicza, Leszka Kołakowskiego i, oczywiście, Karola Wojtyły. Ze wstydem przyznam, że twórczość Bronisława Maja, którego przedstawiono jako „jednego a najbardziej znanych polskich liryków współczesności” jest mi raczej nieznana, taki ze mnie nieuk. Wziął się zapewne w tej antologii na podstawie tomu przekładów Karola Dedeciusa zawartych w jego „Panorama der polnischen Literatur des 20. Jahrhunderts”. Dlaczego z Dedeciusa nie wzięto na przykład tomiku wierszy Jarosława Iwaszkiewicza pt. Europa, który to tomik w latach sześćdziesiątych osobiście, na jego prośbę, posłałem niemieckiemu tłumaczowi, nie zdołam zgłębić. Może chodziło przy pominięciu pana na Stawiskach o to, że był „umoczony w system”, zaś krakowski poeta Maj drukował przede wszystkim w „Znaku”. Bo w ogóle zestaw polskich twórców zdaje się wskazywać na to, że wybór – pomijając autora „Kartoteki”, który nigdy i nigdzie nie dał się zaszufladkować – nie był raczej merytoryczny, ale podlegał pewnym politycznym upodobaniom. Cokolwiek by na ten temat rzec można, to za Turnauem zaśpiewać, że „nie ma Miłosza i nie ma Mickiewicza”. A z racji „Zniewolonego umysłu” (liczne przekłady – także na niemiecki), czy rewolucyjnej publicystyki naszego wieszcza w „Trybunie Ludów” – takie miejsce wśród europejskich wartości się należało. Zresztą nie ma też krakowskiej noblistki Wisławy Szymborskiej czy Zbigniewa Herberta. Krwawić przeto musi serce Prawdziwego Polskiego Patrioty a minister Ujazdowski jako strażnik naszego dziedzictwa winien rozważyć, gdzie i komu złożyć protest. Może się to wydawać zasadne zwłaszcza wobec faktu, że rosyjskich głosów w dziele o wartościach jest znacznie więcej niż polskich. Pomijając już to, że wspomina się o Leninie i Stalinie, przytaczane są fragmenty dzieł Michała Bakunina, Fiodora Dostojewskiego, Iwana Gonczarowa, Michaila Gorbaczowa, Jewgenija Samiatina, Aleksandra Sołżenicyna, Lwa i Aleksego Tołstojów, Antoniego Czechowa, Borysa Władymirskiego i Władimira Wysockiego, a i Gagarina też. Mówiąc językiem sportowym w kategorii „autorytetów wartości” przegraliśmy z naszymi wschodnimi sąsiadami 7 do 12. Nie ma to specjalnego znaczenia, albowiem promieniowanie wielkich dzieł literatury rosyjskiej na kulturę europejską i światową jest faktem równie oczywistym, jak to, że nasi wieszczowie, z których jesteśmy tacy dumni, nie znajdowali w Europie pogodzonej z rozbiorami ani rezonansu, ani zrozumienia. Czym taki Norwid mógł zaimponować europejskiemu burżua? Rozbitym na bruku fortepianem? Albo tym, że listopad to bardzo smutna dla Polaków pora? Lelewela, gdyby go nawet teraz jeszcze znali, nie zacytowaliby ze wstydu, bo on tę Europę oskarżał. Mirosławskiemu europejscy demokraci pozwolili dowodzić resztką powstańców Wiosny Ludów pod Rastatt i całkowicie zapomnieli o tym, co mówił o wolności i braterstwie ludów. W tym miejscu należałoby zacytować Słowackiego: „Smutno mi Boże..”..

Do dysproporcji w prezentowaniu dorobku wartości polskich autorów wobec rosyjskich przyjdzie nam wrócić przy omówienie kolejnych książek. Sięgam oto po wydane we wrześniu wspomnienia Gerharda Schroedera4. Książka ta, poza wieloma innymi aspektami, jest dla nas interesująca dla ukazania stosunku Niemiec do Polski i wzajemnych relacji niemiecko­‑rosyjskich.

O Polsce nie ma zbyt wiele. Jeszcze za czasów rządów Helmuta Kohla, będąc premierem Dolnej Saksonii (1990­‑1998), Schroeder zrozumiał, że trzeba – wbrew kanclerzowi – podjąć sprawę zadośćuczynienia dla polskich robotników przymusowych. „Następstw II wojny światowej i nazistowskiego barbarzyństwa nie da się zlikwidować przy pomocy taryfy zerowej” – pisał5. Przystąpił do tej sprawy już jako szef rządu. Do założonej Fundacji „Pamięć, Odpowiedzialność i Przyszłość” zaprosił przedstawicieli przemysłu niemieckiego, proponując im, by połowę zaplanowanej sumy 10 miliardów marek na wypłaty dla robotników przymusowych została wpłacona na specjalny fundusz przez te firmy, które w latach wojennych skorzystały z niewolniczej pracy. Druga połowa miała pochodzić z budżetu. Oczekiwał za to, że tworząc ten fundusz Niemcy pozbędą się wreszcie wszelkich pretensji ze strony dawnych ofiar hitleryzmu. Nie krył, że wraz z wypłatą 10 miliardów Niemcy nabędą w tej kwestii „Rechtssicherheit” (pewność prawną) co do tego, że sprawa zostanie „raz na zawsze zamknięta”.

Cokolwiek by rzec o motywach podjęcia przez Schroedera tego problemu, faktem pozostaje, że jego poprzednik nie chciał o odszkodowaniach nawet słyszeć. Wspominam o tym dlatego, że chadecki kanclerz, który stale powtarzał swe słowa o „łasce późnego urodzenia” (1930), cieszył się w prawicowej polskiej prasie wielką estymą nawet w jego schyłkowym okresie, gdy wyszła na jaw afera z podwójną buchalterią pieniędzy wpłacanych na „lewe” konta CDU, podczas gdy o 14 lat młodszy jego socjaldemokratyczny następca był przez tę prasę sekowany. Ale to uwaga raczej na marginesie.

Niemcy pod rządami Gerharda Schroedera zajmowały – pisze autor – zdecydowanie pro­‑polskie stanowisko w grudniu 2002 roku. Podczas szczytu Unii Europejskiej w Kopenhadze, gdzie miały zapaść decyzje, co do przyjęcia 10 nowych członków „Polsce by się nie udało, gdyby Niemcy nie zaangażowały się w sprawę przystąpienia swego sąsiada na wschodzie. Konieczne kompromisy, w tym znaczne materialne ustępstwa, doszły do skutku dzięki niemieckiej argumentacji…W dzisiejszej Polsce nie chce się dostrzec, że wzięliśmy na siebie duże finansowe ciężary6. Nie sądzę, aby obecnie sprawujący tam władzę rząd, który jednocześnie gra antyniemiecko, antyrosyjsko i anty­‑europejsko, najlepiej służył średnio­‑ i długookresowym interesom swego kraju”7.

Najwięcej w kontekście relacji stosunków niemiecko­‑polskich pisze autor z okazji 60 rocznicy Powstania Warszawskiego w dniu 1 sierpnia 2004 roku. Przed swym przyjazdem do Warszawy był bardzo zdenerwowany. „Nasz stosunek wobec Polski jest zapewne najtrudniejszym i najbardziej wrażliwym spośród wszystkich relacji z sąsiadami. W minionych stuleciach była Polska zbyt często piłką do gry mocarstwowych Niemiec i Rosji – podzielona, likwidowana, prześladowana. Wynika z tego w Polsce zrozumiały brak zaufania wobec obu sąsiadów i nadmierna narodowa samoświadomość politycznej klasy. Dla mnie od początku było jasne, że ten rów między naszymi krajami może być zasypany jedynie poprzez europejską perspektywę dla Polski, dzięki czemu będzie możliwy powrót tego dumnego i wielkiego narodu do europejskiej rodziny”. Pisze dalej, że w przeciwieństwie do stosunków z Francją „w relacjach z Polską nie nastąpiło jeszcze ostateczne pojednanie, okres powojenny jeszcze nie został zakończony”. W świadomości obu narodów zbyt głęboko tkwi jeszcze wspomnienie niezmiernych cierpień doznanych przez miliony Polaków ze strony nazistowskich Niemiec, a z drugiej strony – pozostało wspomnienie ucieczki i wypędzenia milionów Niemców. Krótko przed rocznicą Powstania – pisze – stare rany w Polsce zostały ponownie rozdrapane przez nieodpowiedzialne działania organizacji wypędzonych żądających zwrotu majątków bądź odszkodowań. Wymienia w tym kontekście tzw. Powiernictwo Pruskie oraz dążenia do urządzenia „Centrum przeciw wypędzeniom”. To, co w Niemczech jest jakimś marginalnym tematem, spowodowało w Polsce ożywienie starych strachów… Polska oczekuje szczególnego uznania swych wartości i jest bardzo uczulona na to, co „pochodzi od niemieckiego sąsiada”. Relacjonuje następnie swe odwiedziny w Muzeum Powstania Warszawskiego, gdzie przyjmował go prezydent Warszawy Lech Kaczyński, „już wówczas znany ze swej narodowej i antyniemieckiej postawy”. Ze wzruszeniem opisuje, jak na wolskim Cmentarzu Powstańców („było też kilka gwizdów”) jeden z byłych kombatantów wręczył mu pamiątkowy medal, jak w towarzystwie prezydenta Kwaśniewskiego chodził wśród oklaskujących go tłumów po Starówce. Szczegółowo omawia swe wystąpienie na wieczornym apelu poległych powstańców i podkreśla swe wypowiedziane tam słowa. Że nie może być mowy o żadnych wysuwanych z Niemiec pretensjach odszkodowawczych i że zamiast „Centrum przeciw wypędzeniom” należy utworzyć „europejską sieć pamięci”, w myśl projektu Aleksandra Kwaśniewskiego i Johannesa Raua. „Polska i Niemcy są dziś wezwani do przekształcenia swego partnerstwa w pakt dla przyszłości”8.

Poczytajmy teraz, co były niemiecki kanclerz pisze o stosunkach niemiecko­‑rosyjskich, osobliwie o jego relacji z Wladimirem Putinem. Te fragmenty – jak zaznacza sam autor „Mojego życia w polityce” – należą do najważniejszych przeżyć w czasie jego kanclerstwa.

Niezależnie od innych motywów rozwoju dobrych stosunków niemiecko­‑rosyjskich z początkiem lat dziewięćdziesiątych, istotnym czynnikiem ich dalszego zacieśniania pod prezydencją Putina był niewątpliwie rozwój wydarzeń światowych związanych ze sprawą Iraku. Republika Federalna odniosła się zdecydowanie krytycznie do przygotowywanej i w końcu rozpoczętej przez Busha II awantury irackiej. Gdy w styczniu 2003 roku osiem państw europejskich (Wielka Brytania, Dania, Hiszpania, Czechy, Włochy, Polska, Portugalia i Węgry) w „wierno­‑podańczym” liście do prezydenta USA poparły jego agresywne plany, Niemcy oraz Francja zajęły inne stanowisko i jako „stara Europa” (wedle słów Donald Rumsfelda) znalazły się w izolacji. Schroeder, jak pisze, przyjął przystąpienie Rosji do antywojennej „dwójki” z „wielką ulgą, gdyż… zmniejszył się wewnętrzny i zewnętrzny nacisk na mnie”. Wyłoniła się „konstelacja trzech”, która pozwoliła Schroederowi „wytrzymać zmasowany ogień” (Trommelfeuer) na niego skierowany9. W dniu 9 lutego 2003 niemiecki kanclerz spotkał się w Berlinie z prezydentem Rosji, aby uzgodnić w tej kwestii wspólny tekst oświadczenia (do którego dołączył nazajutrz Chirac). Schroeder charakteryzuje w tym miejscu swoich partnerów w „konstelacji trzech” – najpierw Francuza, następnie Rosjanina10.

„Jego skromność jest widoczna. Nie trzeba mu przepychu, wspaniałości. Kontakt z nim ułatwia jego bardzo dobra znajomość niemieckiego. Jest niezwykle dobrze poinformowany o Niemczech. Czyta niemieckie gazety i śledzi to, co jest w niemieckiej telewizji. U Ludmiły i u niego w domu doznaje się prawdziwej gościnności…. Gdy go pierwszy raz spotkałem zadziwiła mnie nie tylko jego inteligencja, ale i fizyczna sprawność. Jest nie tylko dżudoką z czarnym pasem, o czym wszyscy wiedzą, ale świetnie też pływa i jeździ konno. Inaczej niż jego poprzednik, żyje wręcz ascetycznie..”.. I dalej: „Moja ocena Putina rozwijała się w toku wielu długich rozmów, podczas których nie pomijaliśmy żadnego bolesnego tematu. Jego wizją jest przywrócenie roli Rosji jako mocarstwa światowego, które rozmawia i działa z USA jak równy z równym (auf gleicher Augenhoehe). Putin wie, że Rosja musi dla osiągnięcia tego celu rozbudować coraz ściślejsze stosunki z Europą. Jest zdecydowany wejść na tę drogą i, jak dalece to dlań możliwe, osiągnąć to, by była to droga bez odwrotu. Ma przy tym nadzieję, że Europa mu w tym pomoże, liczy przede wszystkim na wsparcie Niemiec. I sądzi, że oba kraje postępują tak nie tylko we własnym interesie, ale że jest to przede wszystkim interes Europy”. Nieco dalej autor zauważa, że mogą w tym „przeszkodzić pewne uprzedzenia podsycane przez interesy Stanów Zjednoczonych pod rządami Busha, jak i te wynikające z historycznej awersji Polski przeciw rosyjskiemu sąsiadowi”.

A Putin o Niemczech? Pisze o tym Schroeder w oddzielnym IX rozdziale zatytułowanym „Rosja globalnym graczem”11. 25 września 2001 roku oczekiwana była mowa Putina na specjalnym posiedzeniu parlamentu federalnego w budynku Reichstagu. „Deputowani przeżywają historyczną chwilę. Zagraniczny gość przedstawia Niemcom propozycję uniwersalnej współpracy. Zjednoczoną Europę, jak mówił, widzi jako gwarancję, że zatruwający nacjonalizm zostanie raz na zawsze przezwyciężony. Swą półgodzinną mowę prezydent Federacji Rosyjskiej rozpoczął po rosyjsku z ciepłym odniesieniem się do Niemiec, wobec których Rosja >zawsze pielęgnowała szczególne uczucia<. Nazywa Niemcy znaczącym centrum kultury, dla rozwoju której Rosja zawsze wiele się przyczyniała. >Kultura ta nigdy nie znała granic, była zawsze wspólnym dobrem i łączyła narody< i z tego powodu (jak pisze Schroeder relacjonując Putina) pozwala sobie na śmiałość, aby swe przemówienie kontynuować w języku Goethego, Schillera i Kanta”.

Schroeder pisze o tym wydarzeniu tak: „mowa ta dotyka wszystkich spraw pozostawionych w zbiorowej świadomości narodów Europy przez wojnę i okres powojenny, przez żelazną kurtynę i podział Europy. Refleksje i uprzedzenia rodem z tej mieszaniny zapewne jeszcze przez pewien czas będą nas spotykać i odwlekać to, czego przecież tak bardzo potrzebujemy: Nowego Początku zakotwiczonego politycznie, ekonomicznie i kulturalnie”.

„Byłem i jestem mocno przekonany, że bez szeroko ujętego porozumienia z Rosją nie jest do pomyślenia żaden stabilny pokojowy porządek dla naszego kontynentu”. Ten właśnie przekaz był zdaniem Schroedera zawarty w berlińskiej mowie Putina, który wyraził przekonanie, że „Europa może w długiej czasowej perspektywie swą pozycję jako potężny i samodzielny podmiot polityki światowej umocnić tylko wtedy, jeśli zjednoczy swe własne możliwości z ludzkimi, terytorialnymi i naturalnymi zasobami jak również z gospodarczym, kulturalnym i obronnym potencjałem Rosji. Protokół Bundestagu w tym miejscu odnotował długotrwałe oklaski”.

Przed tą mową i po niej – pisze dalej autor – prowadził niezliczone rozmowy z Putinem. Wie więc Schroeder, jak Putin wyobraża sobie kształtowanie rosyjsko­‑europejskich stosunków z pożytkiem dla obu stron. Wizja Putina jest całkiem jasna – powtarza autor – chce on odbudować znaczenie Rosji. To w zespoleniu z jego chrześcijańskimi przekonaniami (swój stosunek do Kościoła Prawosławnego traktuje poważnie) oznacza po sprowadzeniu do wspólnego mianownika, że Putin myśli jak człowiek Zachodu. I misję Rosji widzi jako część Europy, albowiem ma z nią wspólne wartości. Wiele faktów wskazuje zdaniem Schroedera na klarowną wolę Putina, aby samego siebie i swój wielki kraj zintegrować z zachodnią wspólnotą wartości. W interesie Europy leży – podkreśla autor – aby „Rosję związać z europejską perspektywą i w niedalekim czasie ukształtować strategiczne partnerstwo w partnerstwo uprzywilejowane”.

W tym miejscu przechodzi Schroeder do wątku energetycznego. Widzi Rosję jako najważniejszego dostawcę energii dla Europy i opowiada się zdecydowanie za tym, aby wielkiemu producentowi energii otworzyć własne rynki w Niemczech i to także w taki sposób, żeby rosyjskie koncerny „mogły wejść w interes z końcowymi odbiorcami i klientami”. Ci, którzy mają w tej mierze jakieś wątpliwości, winni rozważyć, czy bez tego da się utrzymać tempo wzrostu gospodarczego własnego kraju jak i Rosji rozwijającej się w tempie 4­‑6% rocznie. I tu zaczyna się jego osobista sprawa z Gazpromem. Pisze, że po odejściu z urzędu kanclerza federalnego prezes zarządu tej firmy zwrócił się do niego w listopadzie 2005 roku o objęcie stanowiska prezesa rady nadzorczej, działającego na zasadzie joint venture rosyjsko­‑niemieckiego przedsiębiorstwa do spraw budowy i następnie eksploatacji biegnącej po dnie Bałtyku linii przesyłowej gazu. Zrazu odmówił, bo „nie chciał związać się zawodowo”. Telefon od Putina w grudniu „przekonał go jednak do objęcia przewodnictwa tego gremium”. Nastąpiły ostre ataki na niego, rzucano kalumnie i posądzenia, że już w czasie jego kanclerstwa dla własnych interesów wspierał plany odnoszące się do bałtyckiej pipline. Ani jemu, ani Rosji nie należy przeto przypisywać niecnych intencji. W historii Rosji – pisze – nie było nigdy takiego przykładu, jakim obecnie świeci Putin. Opowiada się za tym, aby go w jego dziele wspierać i „jest przeciw odgrzewaniu dawnych uprzedzeń, starych mitów i ideologii. Albowiem istnieje niebezpieczeństwo: na skutek całkowicie niekontrolowalnej prawicowej nacjonalistycznej tendencji w Polsce mogą zostać uszkodzone rosyjsko­‑niemieckie relacje. A to byłoby dla Europy katastrofalne (verheerend)”. Jak z tego wyraźnie widać, Schroeder raz mówi o wartościach, innym razem o interesach, co mu na jedno wychodzi.

I wreszcie trzecia książka12. Jest ona autorstwa znanego niemieckiego dziennikarza śledczego Juergena Rotha. O autorze tym liberalna hamburska „Die Zeit” napisała w 2005 roku, że zalicza się do najlepszych znawców zorganizowanej przestępczości gospodarczej. W omawianej publikacji, która przede wszystkim skupia się na „klanie­‑Niemcy” jest na końcu specjalny rozdział zatytułowany „Putin­‑Schroeder, Gaz i Ropa: kulisy kwitnącej sieci Wschód­‑Zachód”. Tam właśnie znajdujemy liczne fakty, które inaczej ukazują awans Schroedera na wysoko płatne stanowisko przewodniczącego Rady Nadzorczej firmy, należącej do koncernu energetycznego Gazprom.

Jest kwiecień 2005 roku. Prezydent Putin i kanclerz Schroeder oglądają na Targach Hanowerskich wielką mapę przedstawiającą gęstwinę sieci energetycznej i wśród niej kreskowaną linię biegnącą przez Bałtyk. Objaśnienie do tych kresek głosi: w planowaniu. Suedeutsche Zeitung – jak podaje Roth – komentuje to 12 kwietnia tak, że planowanie to trwa już przeszło dwa lata. Z zawartego na kilku stronach opisu13 dokumentowanego licznymi głosami międzynarodowej prasy14 wyłania się swoiste kalendarium faktów i ich dementi właśnie na temat Schroedera, Putina i Gazpromu. Nim 9 grudnia 2005 roku podane zostało oficjalnie przez prezesa zarządu Gazpromu Aleksieja Millera, że na czele rady nadzorczej North European Gas Pipline (NEGP) stanie, były już, niemiecki kanclerz, to decyzja o tym zapadła 8 dni wcześniej, a firma została zarejestrowana w Szwajcarii. „Witamy w kręgu Kremla” – komentował 15 grudnia Wall Street Journal. Nie nagły „telefon od Putina” sprawił, że Schroeder się „wreszcie” zgodził, albowiem jeszcze przed wyborami federalnymi zostało to uzgodnione miedzy nimi na wypadek przegranej SPD.

Roth analizuje, jak to się działo, że po 1989/90 doszło do bliskich stosunków „nowej” Rosji z „klanem – Niemcy”. Temat jest dość skomplikowany, jak w dobrym kryminale. Mamy tam postać Matthiasa Warninga, człowieka z kręgu dawnych służb NRD, o którym się pisze, że było wprost niemożliwe, aby nie spotykał się wcześniej z rezydentem KGB w Drezdnie. Tenże Warning objawił się po 1990 roku w Dresdner Bank jako specjalista do kontaktów z Rosją, który znalazł doskonałe wejścia do merostwa St. Petersburga, miasta, które w skali Federacji Rosyjskiej odegrało pionierską role w sprawach prywatyzacji. Człowiekiem, który ją intensywnie przeprowadzał był Władimir Putin, wymieniony między innymi w kontekście szwajcarskiego raportu na temat usadowionej we Frankfurcie nad Menem „St. Petersburskiej Spółki Akcyjnej”, zajmującej się nieruchomościami oraz udziałami w przedsiebiorstwach i bankach – w skrócie SPAG. W prospekcie spółki wymieniono jako doradcę między innymi zastępcę burmistrza St. Petersburga, kierownika działu odpowiedzialnego za zewnętrzne stosunki gospodarcze. W jego kompetencji znajdowało się prawo udzielania koncesji eks­‑ i importowych. W tym charakterze – jak w ślad za różnymi doniesieniami utrzymuje autor – spotykał się Putin często z członkiem Rady Nadzorczej tej spółki w Rosji, Francji i Niemczech. Razem ze swym szefem, burmistrzem Anatolijem Sobczakiem, odwiedzał Niemcy w 1991 roku, wielokrotnie rozmawiając we Frankfurcie z prezesami Dresdner Bank, z przewodniczącym „Komisji Wschodniej Gospodarki Niemieckiej”, a rok później uczestniczył w organizowanym przez to gremium „kongresie prywatyzacyjnym” w Berlinie. W samym St. Petersburgu prywatyzacja wzbudzała liczne wątpliwości ze strony Rady Miasta, pojawiły się podejrzenia o współdziałanie z grupą mafijną Tambowskaja, na co wskazywał raport deputowanej Mariny Salie. Twierdzono, że prywatyzacje odbywały się bez przetargu. Pod dokumentami – tak w raporcie – widniał albo popis Putina, bądź też napis: „z polecenia W. Putina”. Szef policji Anatolij Ponidełko, który chciał zbadać wysunięte w sprawie powiązań z Tambowską zarzuty został zwolniony, zaś w 2000 roku, gdy reporter amerykańskiego czasopisma „Newsday” chciał badać tę sprawę, ostrzegano go, że „jak się znajdzie na stacji intensywnego leczenia, to zadbamy o pana bezpieczeństwo”.

A co to wszystko ma do rzeczy? Tylko tyle, że nie tylko Dresdner Bank, który od początku lat dziewięćdziesiątych przenikał swymi pieniędzmi do struktur nad Newą i umożliwiał zalegalizowanie wielkich pieniędzy wszelkiego rodzaju, ale i frankfurcki Commerzbank „przyczyniał się w Rosji do przeprowadzenia ciemnych interesów”15. Roth twierdzi, że próby ich zbadania przez niemieckie prokuratury napotkały na zdecydowany odpór nie tylko ze strony rosyjskiej, ale także niemieckiej. Wścibskim dziennikarzom zachodnim, którzy chcieli zajrzeć za kulisy wielkich prywatyzacji, na przykład w telekomunikacji, zamykano moskiewskie biura, co przez organizacje „Reporterzy bez granic” interpretowane było jednoznacznie, jako przejaw duszenia krytyki.

Spod tej krytyki wyjęty był przede wszystkim wielki państwowo­‑prywatny konglomerat o nazwie Gazprom. „To gigantyczny i niedający się ogarnąć labirynt”­‑ stwierdza Roth. Ponad 150 tysięcy kilometrów czynnych lub znajdujących się w budowie gazo­‑ i ropociągów, setki przedsiębiorstw budowlanych i montażowych, stacje telewizyjne i gazety, banki w Rosji i w innych krajach i całkowicie nieprzejrzysta sieć firm najrozmaitszych branż – całe imperium i jedna wielka machina do robienia pieniędzy, nad którymi, na dobrą sprawę, nikt nie ma całkowitej kontroli. Po Wiktorze Czernomyrdinie, który po utracie funkcji premiera objął kierownictwo firmy i zaopatrzył swą rodzinę, szefem zarządu Gazpromu został były zastępca Putina w wydziale stosunków zewnętrznych magistratu w St. Petersburgu Aleksiej Miller. Pod jego egidą „imperium” przeprowadza rozmaite przedsięwzięcia w wielu krajach WNP oraz byłej „wspólnoty państw socjalistycznych” posługując się także kanałami, które wedle licznych oficjalnych i nieoficjalnych (prasowych) ocen określa się jako mafijne. Szczególnego znaczenia nabiera w tym „polityka cenowa” Gazpromu. Rządzonej po dyktatorsku przez Saparmurata Nijasowa Turkmenii koncern płaci po 40 dolarów za 1000 m3 gazu, a sprzedaje – posługując się pośrednikami o złej reputacji – po 100­‑120 dolarów. W różnicy między jedną i drugą sumą tkwi źródło bogactwa dla niezliczonej rzeszy „nowych Rosjan”, którzy wedle Financial Times wyprowadzili już w latach dziewięćdziesiątych ponad 130 miliardów dolarów lokowanych w zachodnich, w tym głównie szwajcarskich i niemieckich bankach. W obecnym dziesięcioleciu praktyka ta uchodzi za normę, z tym, że zmieniają się proporcje między lokatami zewnętrznymi i inwestycjami wewnątrz samej Rosji. Roth pisze, że zwykli Rosjanie włączywszy telewizor zanoszą się śmiechem, gdy w czasie największej oglądalności cały ekran wypełnia swoista reklama o wartościach: „Gazprom – narodowym bogactwem”. Wprawdzie nie narodowym, ale bogactwem „imperium” Gazpromu na pewno jest nie tylko to, że robi miliardowe interesy, ale także to, że stało się instrumentem putinowskiej polityki przywracania Rosji wielkomocarstwowej pozycji.

I w taki oto prosty sposób doszliśmy do zasobu wspólnych wartości, które w swej berlińskiej mowie apostrofrował Władimir Putin, o czym w swej książce czołobitnie i z absolutnym przekonaniem pisał Gerhard Schroeder.

Przypisy:
Julian Bartosz

dziennikarz, historyk, niemcoznawca; w latach 80. docent w Instytucie Nauk Politycznych Uniwersytetu Wrocławskiego; uczestnik Okrągłego Stołu (luty­‑kwiecień 1989 – podstolik prasowy); brał udział w czterech sesjach Forum Polska­‑RFN (lata 70. i 80.); w latach 1980­‑81 redaktor naczelny wrocławskiego dziennika „Gazeta Robotnicza”, a w latach 1982­‑90 redaktor naczelny tygodnika „Sprawy i Ludzie”; laureat nagród i konkursów dziennikarskich; autor ponad dwudziestu publikacji książkowych, zwłaszcza o tematyce niemieckiej; w ostatnich latach opublikował książki Ostatnie zapiski zgryźliwego dogmatyka (2009) oraz Angela Merkel. Kariera­‑Władza­‑Polityka (2010).