Impresje wokół „rządu światowego”

Julian Bartosz
12.04.2006

Popatrzcie: piszę to w Wordzie 2000 i słowo „globalizacja” została w komputerze podkreślone czerwonym wężykiem, co oznacza, że polski słownik w tym wydaniu Microsoftu tego słowa nie zna. W sieci znajdziemy jednak informacje na temat globalizacji i to nawet z podziałem na polityczną i ekonomiczną, ale ten wężyk o czymś świadczy. Nie jest to zresztą czymś wyjątkowym: w połowie lat siedemdziesiątych zarówno w Larousse, jak i w Oxford English Dictionary pojęcia „globalizacja” daremnie szukać. Słowo to zrobiło, jak widać, szybką karierę i także w Polsce mamy na temat globalizacji już całą bibliotekę z politologicznymi i ekonomicznymi rozprawami. Przed tym obywatelom RP znane było zapewne pojęcie „globalna wioska”, przez co rozumiano, jak sądzę, przede wszystkim łatwość komunikacji międzyludzkiej i oglądanie w telewizji mniej więcej takich samych filmów i programów rozrywkowych, z „globalizacją” natomiast kojarzą się przede wszystkim takie zawołania polityków, ekonomistów czy dziennikarzy, że „od globalizacji nikt nie zdoła uciec”, że „globalizacja jest procesem nieodwracalnym”, że do globalizacji trzeba się dostosować”, albowiem „globalizacja niesie postęp i rozwój”. Wydaje się, że globalizacja to coś równie obiektywnego, jak prawo ciążenia, że stanowi ona po prostu przejaw prawa naturalnego. Z popularnej „Nowej Encyklopedii Powszechnej”1 można się dowiedzieć, że globalizacja łączy poszczególne narody, wiąże wszystkie gospodarki, dzięki czemu z całego świata mamy towary, które każdy może kupić.

Tak więc z jednej strony przymus, z drugiej zaś cudowny dar współczesnej cywilizacji?

Wspaniały wynalazek współczesnej cywilizacji

Stosunki między narodami rozwinęły się na całej kuli ziemskiej tak dalece, że można właściwie powiedzieć, że cały świat to jedno wielkie miasto ze stale czynnym placem targowym, na którym można dostać wszelkiego rodzaju towary i gdzie każdy może za pomocą pieniędzy zaopatrzyć się we wszystko, co daje ziemia, bydło i ludzka praca. Wspaniały to wynalazek!2

Prof. Susan George, amerykańska socjolożka mieszkająca w Paryżu, umieszczając ten cytat w swojej książce podkreśla, że pochodzi on z połowy siedemnastego wieku, z okresu, gdy już od trzech stuleci dzięki bankierom z Lombardii zaczęły się kształtować podstawy kapitalistycznej gospodarki pieniężnej. Ów „wynalazek” starej zatem jest daty!

Autorka jest nie tylko wicedyrektorką Transnational Institute w Amsterdamie, ale też wiceprezydentem organizacji Attac we Francji. A co to takiego ten Attac? Na to nie odpowie żadna polska encyklopedia, ani wirtualna, ani drukowana. Jest to działająca w ponad 50 krajach świata stowarzyszenie czy ruch o angielskiej nazwie Association to Tax Transactions to Aid Citizens, co się na polski tłumaczy jako Zjednoczenie w celu opodatkowania transakcji dla wsparcia obywateli. Pani George objaśnia, że walczy ono o opodatkowanie rynków finansowych i wielonarodowych koncernów i stawia sobie za cel inny podział profitów między innymi z błyskawicznie krążących po świecie kapitałów spekulacyjnych, walczy z zadłużeniem państw w tzw. trzecim świecie oraz z utrzymywaniem „rajów podatkowych” i domaga się pełnej rekonstrukcji potężnych instytucji finansowych – Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Światowej Organizacji Handlu czyli owej opartej na tzw. konsensusie waszyngtońskim triady wspomnianych instytucji, stanowiącej faktyczny „rząd światowy”. Attac chce wymusić zmiany i organizować społeczeństwa do walki z negatywnymi skutkami globalizacji. Nie jest to jej zdaniem cel utopijny, jakkolwiek wobec potęgi wspomnianej triady takim się wydaje. Trzeba mieć wizję innego świata – pisze – i mobilizować wokół niej społeczeństwa.

Rola nauczycieli i badaczy

Jeden z rozdziałów swej pracy Susan George poświęciła roli nauczycieli, zwłaszcza akademickich. Przed tymi, którzy świadomie chcą włączyć się w alterglobalistyczny ruch otwiera się droga pełna kraterów po bombach. Wspomina o tym, że na uniwersytecie kalifornijskim w Santa Barbara czynna jest od 1999 roku specjalizacja „Krytyczne studia nad globalizacją”. Na wielu innych uczelniach badania takie prowadzone są w ramach „krytycznych studiów nad rozwojem”. Trudność prowadzenia tych badań wynika, twierdzi, nie tyle z braku danych i powszechnie obowiązujących metod analizy, ile z tego powodu, że panująca ideologia sprawia, że naukowcy i tzw. eksperci poruszają się w społeczno­‑ekonomicznej materii tak, jakby „mieli jak konie klapy na oczach”. Jednakże i metoda analizy na przykład przyczyn głodu w świecie jest bardzo ograniczona i zgoła nieraz fałszywa. Zastanawiając się na przykład nad powodami klęski głodu w latach siedemdziesiątych „praworządna nauka” a za nią media wskazywały rutynowo na takie czynniki, jak susza, przeludnienie, niska kultura rolnicza, brak wyposażenia technicznego i słabe zbiory. Wedle nich trzeba by dla zwalczenia głodu zielonej rewolucji, lepszego ziarna do zasiewu, środków ochrony roślin i nawozów sztucznych oraz przemysłowego przetwórstwa rolnego. Rola przemysłu przetwórczego, uprawianie monokultur rolnych dla celów eksportu, dostawy żywności w celu zmiany sposobu odżywiania i skutki tanich importów artykułów przemysłowych z północy, koncentracja ziemi uprawnej w rękach nielicznych właścicieli i wyzysk dzierżawców – wszystkie te czynniki albo były pomijane albo ledwie wspomniane. (Do tej sprawy wrócę poniżej przy omówieniu „ośmiornicy z Vevey”) Krytyczni wobec obowiązujących standardów badawczych naukowcy muszą wykazać prawdziwe samozaparcie, aby móc uprawiać „krytykę globalizacji”. Dla takich badań grantów nie było i nie ma – pisze Susan George. Przywołuje ona książkę Thomasa Kuhna3, który cytuje fizyka Maxa Plancka, że paradygmaty nauki są niewzruszone mimo ich błędów i fałszu, bywają one przezwyciężane dopiero wtedy, gdy ich autorzy umrą. Na to jednak się z paradygmatem odnoszącym się do neoliberalnej wizji świata nie zanosi.

Autorka wraca do lat 50­‑tych, gdy – jak pisze – neoliberałowie należeli jeszcze do rzadkiego gatunku (waren duenn gesaet) i gdy patrzący wprzód skrajnie prawicowi politycy i ekonomiści z dostępem do wielkich pieniędzy zaczęli skupiać we własnych zespołach naukowych (thinktanks) kadry młodych naukowców. Tworzono fundacje, popierali takie instytucje jak American Enterprise Institute i Heritage Foundation, pozyskiwali profesorów na uniwersytecie w Chicago i w Adam Smith Institute w Londynie. Ich zadanie polegało na utworzeniu i uzasadnieniu idei i rozwijaniu kulturowej hegemonii. O władczej sile tej hegemonialnej idei są święcie przekonani i bronią jej. Z rezultatami tej inwestycji w posłuszną prawicowym kołom kadrę naukową musimy teraz żyć – pisze autorka.

Chociaż w międzyczasie zostało ponad wszelką wątpliwość udowodnione, że jeśli się wyda odpowiednią ilość pieniędzy można kupić sobie intelektualny klimat popierający najbardziej reakcyjną politykę, to nauki społeczne wciąż roszczą sobie pretensje do tego, by uznać je za równie neutralne jak nauki podobno ściśle. […] Jestem całkowicie pewna, że w naukach ekonomicznych, w socjologii i politologii obiektywne czy neutralne stanowisko istnieć nie może. W przebraniu odzwierciedlania „obiektywnej rzeczywistości” przedstawia się nam zwykle ideologiczne ramy panującego paradygmatu a jest nim obecnie niemal powszechnie neoliberalne widzenie świata4.

To na niej opiera się doktryna TINA (There Is No Alternative) i ta doktryna pełni także w Polsce czasów transformacji dominującą rolę. Także nasi postępowi i światli profesorowie ekonomii są zapewne zdania, że ich nauka służyć ma optymalizacji produkcji i podziału w celu zaspokojenia potrzeb ludzi. Ludzie i ludzie – przecież nic innego się nie słyszy. A chodzi o wydajne metody podziału skąpych przecież środków na zaspokojenie potrzeb. Należą do nich nie tylko żywność, mieszkanie, ubranie, ale także energia, oświata, zdrowie i kultura. I praca! Instytucje triady stanowiącej faktyczny rząd świata trwają niezmiennie na stanowisku, że potrzeby te mogą być najlepiej zaspakajane poprzez wolny rynek, który sprawia, że następuje rozwój. Wzrost jako podstawowe jeśli nie jedyne kryterium słuszności postępowania wymaga dostosowania się. Oczywiście, chodzi o dostosowanie do „wymogów globalizacji”. Jest to jedynie słuszne. Stanowiące owa triadę BŚ, MFW i OECD nie mylą się w tym względzie, albowiem są one ex definitione nieomylne. Jeśli „coś” nie wychodzi to wynika to wyłącznie z „wtrącania się” polityki do gospodarki i do finansów. Czy może być coś bardziej oczywistego? Takie retoryczne pytanie zadaje większość polskich ekonomistów…

Cyniczna szczerość

Wróćmy do owego „daru współczesnej cywilizacji”. Są różne definicje globalizacji. Jakąkolwiek sobie wybierzemy, czy to panowanie wielonarodowych koncernów i dyktat potężnych instytucji finansowych, czy to rozkwit uwolnionych od wszelkich barier międzynarodowych instytutów finansowych i banków z coraz szybciej następującą komunikacją dotyczącą transakcji (nie tylko akcjami i obligacjami ale też sztucznymi produktami jak deriwaty, swapsy, opcje i futures) – najprościej i najbardziej szczerze określił to Percy Barnewick z koncernu ABB: „Ja określiłbym globalizację jako wolność dla mojego koncernu, aby mógł inwestować gdzie i kiedy chce, produkować co chce, sprzedawać i kupować co mu się opłaci i żeby nie był w tym ograniczany przez jakiekolwiek restrykcje ze strony praw pracowniczych i ustawodawstwa socjalnego”5. Zawiera się w tym żądanie nieograniczonego prawa kontroli wszystkiego i wszystkich, w tym oczywiście mediów. Pozwala to multikoncernom a także usłużnym wobec nich rządom, by zakwestionować niemal wszystkie zdobycze socjalne świata pracy z dwóch stuleci. Hamują one bowiem rozwój i wzrost! Rynek pracy musi być „elastyczny”, trzeba więc ograniczyć szkodliwą działalność związków zawodowych. Płace, warunki i czas pracy, urlopy, ochrona praw pracowniczych, kwestie zdrowia i ubezpieczenia załóg – wszystko to winno się znaleźć w gestii rzeczywistych władców, samych koncernów. W odróżnieniu od klasycznych, w tym marksowskich, definicji podstawowych kanonów kapitalizmu podkreślających własność środków produkcji obecni cesarze i królowie pieniądza chcą przede wszystkim mieć kontrolę nad wszystkimi interesami. Własność i maksymalny zysk, rzecz jasna, do pogardzenia nie są, ale, jak się wyraził jeden z bossów General Elektric, „cokolwiek posiadasz – głupcem jesteś”. Wedle World Investment Report ONZ z 2002 roku wielonarodowe koncerny wyzbywają się swych tradycyjnych funkcji, niektóre wręcz rezygnują z produkowania czegokolwiek, przekazują wytwórczość innym firmom i skupiają się na innowacjach i marketingu. To, rzecz jasna, także „produkty”, ale co się tyczy ich wartości decydującym czynnikiem poza zyskiem jest cena akcji konkretnej firmy – sharholder value.

Polska semper fidelis

Pomijam w przedstawianiu książki Susan George nie tylko relacje między „Północą” i „południem”, bo to wielki oddzielny temat, ale i historię zawiązania się w latach osiemdziesiątych w duchu neoliberalizmu tzw. „waszyngtońskiego konsensusu” pomiędzy BŚ i MFW (instytucji powstałych przecież wcześniej dla „szlachetniejszych” celów). Przypomnijmy jedynie, że neoliberalna koncepcja rządzenia ekonomią świata nabrała tempa i wyraźniejszych kształtów dopiero za czasów Margareth Thatcher w Wielkiej Brytanii (1979) i Rogana Reagana (1981) w USA. To już ponad ćwierć wieku temu, czas wystarczająco długi, by w „nauce ekonomicznej” (także w Polsce czasów transformacji) uznać za niewzruszone i bezwzględnie słuszne następujące zasady: w każdej dziedzinie współzawodnictwo na „wolnym rynku” (z dodatkiem protekcjonizmu gdy chodzi o ochronę interesów silniejszych, na przykład USA), utrzymywanie niskiej stopy inflacji przy pomocy wysokiej ceny za kredyty i niskiej podaży pieniądza, priorytetowe znaczenie handlu, który ma być wolny, absolutnie swobodny przepływ kapitału także na bardzo krótki czas, obniżka podatków, prywatyzacja wszystkiego, co się da, włącznie ze służbą zdrowia, oświatą i kulturą, „elastyczny rynek pracy” poprzez eliminowanie związków zawodowych, likwidacja zbędnych kosztów poprzez wprowadzenie opłat za dotychczas bezpłatne usługi społeczne. – Rzec można na podstawie choćby pobieżnej obserwacji naszych debat budżetowych, że co jak co, ale w urzeczywistnianiu neoliberalnych nakazów globalizacji polska polityka czasów transformacji (także pod rządami „socjaldemokracji”) stała równie wiernie przy USA jak Wojsko Polskie obok US­‑Army w Iraku.

„Ośmiornica z Vevey”

Od tych ogólnych charakterystyk przejdźmy do przykładu koncernu, który globalizację współtworzy, aktywnie w tym procesie uczestniczy i uzyskuje ogromny profit, nie tylko finansowy zresztą. Mowa jest o firmie Nestle. Na stronie internetowej www.nestle.com można było pod datą 23 lutego 2006 przeczytać, że w roku poprzednim nastąpił wzrost sprzedaży o 6,2 % (wartość sprzedaży przekroczyła 91 mld franków szwajcarskich) a zysk sięgnął 20 %. Kapitalizacja na giełdzie dochodzi do 110 mld dolarów. Wynikałoby z tych informacji, że koncern należy do najbardziej dynamicznych w świecie i jest najpotężniejszy na rynku żywności i wody pitnej. Czynny już prawie w stu państwach świata, w których prawie pół miliona ludzi zatrudnionych jest w 511 zakładach, posiada od 1993 roku swój oddział także w Polsce. Jean Ziegler, szwajcarski profesor socjologii i sprawozdawca ONZ do spraw walki z głodem, którego książkę „Imperium hańby”6 już na tych łamach omówiłem7 nazywa ten koncern „Ośmiornicą z Vevey” i poświęca mu oddzielny rozdział. Sam tytuł sugeruje, że mamy w przypadku Nestle do czynienia z czymś niebezpiecznym, ohydnym: ośmiornica! W polskich mediach nie znajdziemy jednak żadnych negatywnych tekstów czy programów w tym tonie. To wręcz niemożliwe. Abstrahując od pozytywnej w tych mediach oceny samej globalizacji, która niesie wszak dobroczynne dla ludzi skutki, Nestle musi jawić się wręcz jako dobroczyńca szczególnie dobroczynny (jak ów najbardziej pomidorowo pomidorowy przecier pomidorowy). Ze strony internetowej Nestle­‑Polska można się dowiedzieć, w ilu to dobroczynnych i humanitarnych przedsięwzięciach bierze udział – w dokarmianiu dzieci, sponsorowaniu imprez kulturalnych, pomocy niepełnosprawnym i tak dalej. Prawie Caritas! Nie tylko ten wzgląd decyduje o pozytywnym wizerunku firmy. Bez nadawanych codziennie od rana do wieczora telewizyjnych reklam jej produktów (w świecie kontroluje marki prawie 9000 artykułów) nasze media elektroniczne i drukowane miałyby znacznie mniej pieniędzy, a konsumenci nie wiedzieliby, co jest tak dobre i smaczne dla ich dzieci, dla nich samych oraz ich kotów i psów. Odżywki dla niemowląt, płatki śniadaniowe, chrupki, czekolady i batoniki, lody, gotowe dania obiadowe, zupy i dodatki do potraw, napoje chłodzące i energetyczne, wody mineralne i stołowe no i kawy – wszystko jest od Nestle. Ja sam, pisząc ten tekst, pomijam Nescafe z czerwonego kupka Nescafe i sobie chwalę, dobra jest. Czemu więc jestem taki wredny i powtarzam za Zieglerem – „ośmionica” zamiast głosić „good foot – good life”, jak brzmi sztandarowe hasło na stronie internetowej.

Weźmy tę kawę, nie tylko neskę, albowiem koncern połknął liczne inne stare firmy, których produkty znajdują się na rynku pod starą tradycyjna nazwą, jak na przykład u nas „Winiary” czy „Goplana”. Co się zatem tyczy kawy, to w 5­‑leciu 1999­‑2004 ceny za ziarna płacone na przykład rolnikom w Etiopii zredukowano o dwie trzecie, ale w naszych sklepach płacimy teraz więcej, nawet za słój promocyjny (można wygrać mieszkanie za 200 tysięcy złotych!!!). Podczas gdy w 1999 roku kraje produkujące ziarna kawowe uzyskały z eksportu 11 miliardów dolarów, a konsumenci kawy w świecie wydali na kawę 30 miliardów, to pięć lat później te proporcje kształtowały się jak 5,5 do 75 miliardów dolarów8. Podobne „redukcje kosztów” podyktowała firma rolnikom z Brazylii i z Wybrzeża Kości Słoniowej na ziarnach kakaowych, a malajskim i indyjskim rolnikom za liście herbaty.

Mleko w proszku z brudną wodą

Jednakże nie na tym polega główny problem z Nestle. Założycielem firmy był niemiecki aptekarz Heinrich Nestle, który po przeniesieniu się w 1862 roku do Szwajcarii wynalazł technologię sproszkowania mleka, co z czasem stało się głównym źródłem dochodów pana Nestle i po latach stworzyło prawdziwą prosperity firmy. Co na początku było prawdziwym błogosławieństwem dla ludzi, obróciło się wiek później w swoiste przekleństwo. Na bazie mleka w proszku (z wieloma dodatkami witaminowymi i smakowymi) koncern Nestle produkuje bowiem w całym świecie odżywki dla niemowląt i dzieci. Ziegler opisuje, jak wskutek agresywnego marketingu sztucznego pokarmu wypierane jest w krajach tzw. trzeciego świata naturalne karmienie piersią. We wszystkich krajach Afryki wielkie bilboardy przy drogach pokazują czarnoskórą mamę, jak z butelki karmi swoje dziecko. Na Czarnym Lądzie, w Ameryce Łacińskiej i w Azji w szpitalach i w „porodówkach” lekarze, pielęgniarki i nawet personel pomocniczy otrzymują premie zależne od ilości „zużytych” gotowych już buteleczek ze sztucznym pokarmem. Odżywki te rozprowadzane są za darmo. Na „odchodne” mamy dostają jeszcze kilka porcji, a gdy „zapas” się kończy i okazuje się, że matki utraciły pokarm „zaczyna się diabelski krąg zależności” od produktu Nestle. Trzeba kupować, choćby parę łyżeczek na miejscowym targowisku. Dalej jest jeszcze gorzej. Bez wody odżywki się nie zrobi. 80 % matek w krajach tzw. trzeciego świata skazanych jest na to, by proszek rozmieszać wodą zanieczyszczoną bakteriami, wirusami i robakami. Wedle Światowej Organizacji Zdrowia jedna trzecia wszystkich zgonów w tych regionach globu spowodowana jest przez zanieczyszczoną wodę. „Spośród około 4 miliardów przypadków biegunki w świecie połowa kończy się zejściem, co dotyka przede wszystkim niemowlęta i małe dzieci” – podaje za WHO ten autor. Codziennie – jak pisze dalej – umiera wskutek zanieczyszczonej wody około 9 tysięcy dzieci poniżej 10 lat.

Nie można, rzecz jasna, powiedzieć, że Nestle to nic nie obchodzi, wręcz przeciwnie: zdając sobie sprawę, że jedna trzecia ludzkości nie ma dostępu do zdrowej wody, zainteresowana jest inwestycjami wodociągowymi w krajach Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej. W tym celu naciska na miejscowe rządy, by prywatyzowały gospodarkę wodną i za udzielone inwestycje chce „jedynie” udziały w prywatyzowanych starych i nowych sieciach, co ma mu dać możliwość dyktowania cen za wodę. Nestle chce być nie tylko największym producentem butelkowanej wody pitnej (kontroluje obecnie 75 marek w świecie, w tym również w Polsce), ale objąć kontrolą wszystek zdatnej do picia wody. „Ponieważ wody na świecie jest coraz mniej, musimy mieć w swym ręku jej źródła”9. Są to słowa uprzedniego prezydenta Nestle – Helmuta Mauchera, jego następca, Peter Brabeck, którego znany dziennikarz szwajcarski nazwał „Orwellem 2005” z rozmachem realizuje ten plan. Rzecz w tym, że musi on przy tym uwzględnić nakazy WHO dotyczące zarówno sproszkowanych używek, jak i potrzebnej do ich stosowania wody10 i spacyfikować, uspokoić protesty podnoszone przez NGO w całym świecie, które już w latach dziewięćdziesiątych zawiązały International Nestle Boykott Commitee. W tym celu Brabeck napisał swoistą „biblię” Nestle, książkę zawierającą „honorowy kodeks” dla firmy i jej pracowników. Wedle tej „biblii” holding Nestle jest najbardziej uczciwą, pożyteczną dla ludzi i humanitarną firmą, która zaspakaja głód i pragnienie miliardów ludzi. Uwzględnia także – jak twierdzi – normy podane przez ONZ i Unię Europejską. Recenzje w lewicowej prasie szwajcarskiej po pokazie w lutym 2006 dokumentalnego filmu o Nestle „We feed the world” zwracają uwagę na hipokryzję prezesa Brabecka, który na wszystkie nakazy i wskazówki się zgadza, ale swoje robi. Tego bowiem, co robi i jak robi, nie musi bowiem w szczegółach technologicznych czy logistycznych – zgodnie z postanowieniami WTO – ujawniać. Wszelkie krytyki co do jakości produktów żywnościowych, w tym przede wszystkim przeznaczonych dla niemowląt i dzieci, odrzuca w prawdziwym świętym oburzeniem. Rządy i instytucje tworzące triadę „waszyngtońskiego konsensusu”, uzupełnione o wagę polityczno­‑ekonomiczną Grupy G­‑8, doskonale zdając sobie sprawę ze stanów faktycznych, tym chętniej przyjmują jego zaklęcia o czynieniu dobra i tylko dobra dla ludzkości. Pozarządowe organizacje i stowarzyszenia w rodzaju Attac, Greenpeace czy IBFAN (Międzynarodowa Sieć Akcji do spraw pokarmu dla dzieci), stale atakowane przez burżuazyjne media za awanturnictwo i sianie zamętu, określiły Nestle jako „ośmiornicę z Vevey”.

„Nowy wspaniały świat”

Koncern ten stanowi charakterystyczną dla czasów globalizacji egzemplifikację jednej z najprężniejszych formuł realizowania „rządu światowego” przez wielki ponadnarodowy kapitał w opanowanej monopolistycznie czy hegemonialnie dziedzinie. „Ośmiornica” nie przestaje wszakże wypuszczać wciąż nowych macek i odnóży. Nestle zaczęła już aktywnie nastawiać się na zagarnianie wielkich połaci ziemi uprawnej, aby rozszerzyć swój asortyment produkcyjny w oparciu o inne surowce rolnicze – soję, kukurydzę, rzepak, fasolę. Usiłuje wejść w branży biotechnologii i nawozów sztucznych, ponad 60 % światowej populacji wciąż przecież egzystuje dzięki pracy na roli. Produkcja genetycznie przetworzonych ziaren pod zasiew przyczynia się wraz ze stosowaniem intensywnego sztucznego nawożenia i środków ochrony roślin rzeczywiście do wyższych plonów, ale z drugiej strony uruchamia swoiste perpetuum mobile zależności: z plonów wyrosłych przy stosowaniu nowoczesnej biotechnologii nie ma już następnego zasiewu. Trzeba zakupić nowe ziarna i środki chemiczne – choćby na kredyt, o zbójeckim wręcz oprocentowaniu. W ten doskonale kręcący się interes, dający prócz wysokich zysków, prawno­‑finansowe podstawy do objęcia kontrolą coraz większej ilości ludzi, Nestle – jak wynika z informacji internetowych NGO – próbuje aktywnie wejść. „Nowy wspaniały świat” otwiera się rzeczywiście dla takich neofeudałów jak Nestle. A dla tych, którzy wpadają w zastawione przez nich pułapki, dickensowskie „Its the Hell to be poor” pociechą nie jest, lecz smutną prawdą, do której władcy czasów globalizacji każą się dostosować. Taka jest globalistyczna wersja realizacji „rządów świata”. Nie ma wyjścia?

Przypisy:

1. Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2003

2. Cytat z ksiązki Susan George „Change it – Anleitung zum politischen Ungehorsam”. Droemer, Muenchen, 2006

3. Thomas Kuhn, Die Struktur wissenschaftlicher Revolution” Suhrkampf Verlag, Frankfurt/M

4. Susan George, op. cit. s 224

5. Susan George, op. cit. s 23

6. Jean Ziegler, Das Imperium der Schande. Der Kampf gegen Armut und Unterdrueckung. Bertelsmann, Muenchen 2005

7. Oświata i Wychowanie, Nr

8. Stefano Ponte, The late Revolution? Winners and Losers in the Restructuring of the Global Coffee Marketing Chain,. Center for Development Resaerch, Kopenhagen 2001

9. Nestle, Anatomie einees Weltkonzerns, Zurich 2004. – Wydawnictwo Attac.

10. Chodzi o artykuł 44 „Światowej strategii karmienia niemowląt i dzieci”

Julian Bartosz

dziennikarz, historyk, niemcoznawca; w latach 80. docent w Instytucie Nauk Politycznych Uniwersytetu Wrocławskiego; uczestnik Okrągłego Stołu (luty­‑kwiecień 1989 – podstolik prasowy); brał udział w czterech sesjach Forum Polska­‑RFN (lata 70. i 80.); w latach 1980­‑81 redaktor naczelny wrocławskiego dziennika „Gazeta Robotnicza”, a w latach 1982­‑90 redaktor naczelny tygodnika „Sprawy i Ludzie”; laureat nagród i konkursów dziennikarskich; autor ponad dwudziestu publikacji książkowych, zwłaszcza o tematyce niemieckiej; w ostatnich latach opublikował książki Ostatnie zapiski zgryźliwego dogmatyka (2009) oraz Angela Merkel. Kariera­‑Władza­‑Polityka (2010).