Ponad apokalipsę

Edwin Bendyk
16.11.2013

Obyś żył w paradoksalnych czasach, tak należałoby sparafrazować chińskie przekleństwo. Bo współczesny świat tkwi w pętli niezwykle złożonego paradoksalnego splotu – jeśli uda się go rozwiązać lub przeciąć, jest szansa na rozwiązanie wielu problemów.

Kryzys się kończy – politycy chuchają na ostrożne zapowiedzi ekonomistów jak na tlący się chrust. Liczą, że na nowo wzniecą ogień wzrostu, który da im szansę zmniejszenia budżetowych deficytów i spłaty długu publicznego. Nie dostrzegają niestety, że chcą to ognisko rozpalić w drewnianej chacie pokrytej strzechą. Bawią się niebezpiecznie jak dzieci pozbawione kontroli.

Starczy już tych metafor. Niestety, nawet jeśli pretensjonalne, to trafnie przedstawiają stan rzeczy. Jeśli zebrać najnowsze opracowania dotyczące stanu światowej gospodarki, społeczeństwa, systemów politycznych, to wyłoni się z nich dość jasny obraz: świat, jaki znaliśmy, skończył się. Rację mają Claus Leggewie i Harald Welzer, gdy w książce Koniec świata, jaki znaliśmy, przekonują, że obecny kryzys ma charakter megakryzysu i jego źródeł należy dopatrywać się w kulturze, a nie w chorym świecie finansów i gospodarki.

Tezy niemieckich uczonych doskonale rezonują z innymi analizami, badającymi elementy owego megakryzysu. I tak brytyjski socjolog John Urry pokazał w książce Societies beyond oil, że załamanie finansowe zainicjowane w 2007 roku krachem na rynku kredytów śmieciowych i pogłębione upadkiem amerykańskiego banku Lehman Brothers w 2008 roku, było skutkiem nasilającego się kryzysu surowcowego i związanej z nim zwyżki cen paliw.

Kilkunastokrotny nawet wzrost cen benzyny w Stanach Zjednoczonych w ciągu dwóch dekad wywrócił podstawy american dream: tanie domki na odległych przedmieściach dostępne dla najbiedniejszych dzięki kredytom i taniej benzynie z dnia na dzień stały się przekleństwem. Ich mieszkańcy stanęli przed alternatywą: albo tankowanie samochodu, albo spłata zadłużenia. Każda odpowiedź prowadziła do katastrofy. Czy po pięciu latach sytuacja istotnie się zmieniła?

Optymiści odpowiedzą, że tak – trwa przecież łupkowa rewolucja, która za sprawą taniej energii pozwoliła amerykańskiej gospodarce odzyskać siły. Do Stanów Zjednoczonych wracają nawet miejsca pracy, otwierane są zamknięte pod koniec dwudziestego wieku fabryki, i to nie tylko w sektorze nowych technologii, lecz także w branży tekstylnej. Coś jednak nie gra – 95 procent efektów ekonomicznych pokryzysowego wzrostu trafia do 1 procenta społeczeństwa.

Z tego faktu można wyciągnąć wiele ciekawych informacji. Po pierwsze, w USA nieustannie rosną nierówności społeczno­‑ekonomiczne, reindustrializacja staje się opłacalna nie tylko ze względu na tanią energię, lecz także na tanią pracę. Zarobki Amerykanów i Chińczyków długo jeszcze nie będą takie same, jednak znacznie się do siebie zbliżyły. Przeciętni Chińczycy wzbogacili się, przeciętni Amerykanie systematycznie biednieją.

To jednak nie koniec analizy – ten najbogatszy jeden procent to dysponenci amerykańskiego kapitału, zgarniają praktycznie całą nadwyżkę wartości dodanej nie tylko dlatego, że wyzyskują pracowników, lecz głównie dlatego, że obecnie wzrosty produktywności w amerykańskiej gospodarce pochodzą głównie z inwestycji kapitałowych, to znaczy z nakładów w nowe technologie. Mówiąc prościej: kapitał inwestuje w kapitał, jego produktywność rośnie i przynosi dochody właścicielom, pracownicy nie zarabiają, bo są coraz mniej potrzebni w powstałych w ramach reindustrializacji fabrykach.

Dalsza analiza pokazuje kolejny problem – zakumulowany kapitał, poza inwestycjami zwiększającymi produktywność samego siebie, leży odłogiem w rajach podatkowych. Amerykańskie firmy sektora pozafinansowego zgromadziły, zgodnie z szacunkami banku centralnego Stanów Zjednoczonych, jakieś 5 bilionów dolarów w gotówce. Nic z nią nie robią, bo nie ma najwyraźniej co za nią kupić. Na upadający dział telefonii komórkowej Microsoft wydał 7,2 miliarda dolarów, w kasie ma ponad 60 miliardów.

Kryzys się nie skończył

Co to wszystko znaczy? Kolejni ekonomiści: Tyler Cowen, Robert Gordon, a ostatnio Edmund Phelps dochodzą do wniosku – wbrew potocznemu wyobrażeniu, że postęp technologiczny przyspiesza, innowacyjność gospodarek Zachodu maleje. I to maleje od końca lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Krótki ożywczy impuls wywołany „budową internetu” i informatyzacją trwał zaledwie osiem lat i skończył się już w 2004 roku, na cztery lata przed upadkiem banku Lehman Brothers. Jeszcze wcześniej nastąpiło great decoupling, czyli oddzielenie wzrostu gospodarczego od zatrudnienia. Najwyraźniej machina nowoczesnego kapitalizmu, która przyniosła bezprecedensowy, trwający ponad sto lat okres rozwoju, zatkała się. Robert Gordon zastanawia się wręcz, czy po prostu nie dobiega końca pewna epoka w historii i wracamy do czasów, kiedy pojęcie wzrostu i rozwoju nie istniało, a realne dochody ludzi utrzymywały się na tym samym poziomie przez setki lat. Zdaniem Edmunda Phelpsa wyczerpanie ma charakter kulturowy i polega na zaniku „wartości nowoczesnych”, których podstawą był duch oddolnej przedsiębiorczości i innowacyjności.

Niestety, kolejne lektury nie poprawiają nastroju. Alain Touraine, wielki francuski socjolog, opublikował w wieku osiemdziesięciu ośmiu lat dzieło Koniec społeczeństw. Stwierdził, anonsując książkę, że wszystko, co opublikował wcześniej, a więc ponad czterdzieści tomów, często o fundamentalnym znaczeniu, dziś znaczenia już nie ma. Bo świat społeczny, jakim zajmowały się nauki społeczne, już nie istnieje. Należy go zacząć badać i opisywać od nowa. A skoro tak, to na nowo trzeba postawić pytania o ludzkie działanie i sprawczość, o możliwość solidarności, o legitymizację instytucji.

Problem ten doskonale ilustruje niemiecki socjolog Ulrich Beck w Społeczeństwie światowego ryzyka – nowe formy globalnej podmiotowości subpolitycznej, takie jak Greenpeace, skutecznie pozbawiły prawomocności działania władze państw narodowych i korporacji. Niestety, ten proces delegitymizacji nie wywołał niezbędnego procesu budowy światowej opinii publicznej, która byłaby źródłem nowych projektów opartych na idei globalnej solidarności. O ile nadzieję na rozpoczęcie takiego procesu stworzyły manifestacje w lutym 2003 roku przeciwko wojnie w Iraku, to szczyt klimatyczny w Kopenhadze w 2009 nadzieję tę pogrzebał.

Koniec jednak narzekania, należy spuentować ponurą część diagnostyczną. Kryzys się nie skończył, bo ciągle nie zostały usunięte dwa jego podstawowe źródła: kryzys ekologiczny, którego wyrazem jest wyczerpanie zasobów i pogłębiający się dług wobec szeroko rozumianej ekosfery (do której zaliczam także surowce kopalne), oraz kryzys kulturowy, będący de facto kryzysem wartości rozumianych na sposób arystotelesowski, jako wyraz koncepcji dobrego życia. Okazało się, że gdy wyobrażenie dobrego życia zostało zredukowane do konsumpcji waloryzowanej pozytywnie przez ideologię konsumeryzmu, wyczerpał się duch kreatywności i innowacyjności.

Widać stąd, że prowzrostowe starania polityków odwołujących się do repertuaru starych technik ożywiania popytu lub stymulowania podaży nie zdadzą się na wiele, płomień najwyżej na krótko wybuchnie i szybko zgaśnie, lub co gorzej, doprowadzi do pożaru chałupy. Trudno o lepszą ilustrację niż amerykańska euforia łupkowa. Nawet Departament Energii Stanów Zjednoczonych zaleca wstrzemięźliwość w tworzeniu zbyt dalekosiężnych wizji rozwoju opartych na energii z łupkowych źródeł, rynkiem jednak kieruje logika (lub brak logiki) właściwa dla gorączki złota.

Biorąc to wszystko pod uwagę, widać, że świat doszedł do kresu pewnego modelu rozwoju i nie wyjdzie z kryzysu tak długo, jak długo nie oczyścimy źródeł. Potrzebna jest kulturowa przemiana fundująca na nowo filozofię wartości, czyli dzielony społecznie obraz tego, co ma wartość i znaczenie. Dopiero gdy nabierzemy przekonania, że wyznacznikiem dobrego życia nie jest nieograniczona konsumpcja, lecz raczej bycie razem z innymi, wówczas też zmieni się struktura ludzkich zachowań w sferze ekonomicznej. Tyle tylko, że elementem przemiany musi być odzyskanie gospodarki dla społeczeństwa. Gospodarka to nie rynek, tylko służący społeczeństwu system wymiany, który używa rynku jako jednego z mediów ustalania równowagi.

Epoka posthumanistyczna

Uspołecznienie gospodarki czyni z niej projekt inkluzywny. O ile bowiem w gospodarce zredukowanej do rynku wszystko staje się towarem, a jedynym wyznacznikiem wartości (i biletem wstępu) jest pieniądz, to w gospodarce uspołecznionej każdy ma wartość i prawo uczestnictwa w wymianie. Każdy, to znaczy nie tylko ludzie, lecz także byty pozaludzkie: zwierzęta, środowisko, obiekty techniczne.

Włączenie wszystkich radykalnie zwiększa pulę potencjalnych kreatorów i innowatorów, ludzi, którzy już dziś, często z biedy, na marginesach wykluczenia radzą sobie z wyzwaniami codziennego życia i brakiem pieniędzy. Ten brak kapitału fizycznego zastępować muszą oni innowacyjnością i kapitałem społecznym – widać to doskonale w badaniach etnologa Tomasza Rakowskiego, który ujawnia innowacyjny i kulturotwórczy potencjał środowisk dziś zmarginalizowanych. Rozwijana w nich kultura zaradności to wcielona w życie circular economy1 lansowana przez guru „zielonego marketingu”. Wiesław Zielonka ze wsi Broniów pod Szydłowcem niczego nie wyrzuca, nie ma dla niego śmieci, silnik ze starej pralki ożywa jako napęd kosiarki, zużyty motocykl przekształca się w trójkołowiec do wożenia towarów, metalowe zbrojenie ze starej opony żyje nowym życiem strun fortepianowych.

Takich innowatorów w każdej wsi jest kilkunastu, podobnie jak w każdej klasie szkolnej. W dotychczasowym modelu ich kreatywny i innowacyjny potencjał jest zabijany lub wykluczany, bo nie pasuje do instytucjonalnej logiki starego świata, w którym jedynym uznanym medium wymiany jest rynek.

Czy wspomniana przemiana kulturowa jest możliwa? Wiele sygnałów wskazuje, że już trwa, że już ciekną wąskie strumyki zmiany, które przy odrobinie szczęścia zbiegną się w lawinę. Po pierwsze, nieodwracalnie rośnie znaczenie kobiet w społeczeństwach. Coraz lepiej wykształcone domagać się będą miejsc w strukturze społecznej, wnosząc do niej nowe wartości, przełamujące logikę ładu opartego na zasadach patriarchalnych.

Ich rosnące znaczenie i „siła nabywcza” sprzyjać będą już trwającemu procesowi erozji cywilizacji samochodowej. Widać, że w krajach rozwiniętych samochód przestaje już być instrumentem budowy prestiżu, młodzi mieszkańcy metropolii rezygnują w ogóle z posiadania prawa jazdy. Kluczową kategorią­‑potrzebą staje się mobilność, jej zaspokojenie można jednak zapewnić na różne sposoby – tu pojawia się całe spektrum innowacji na poziomie makro (nowoczesne systemy transportu publicznego), mezo (jak paryski system wypożyczania samochodów elektrycznych Autolib’) i mikro (serwisy dzielenia się zasobami transportowymi).

Wyraźnie też widać, że przekraczamy już barierę tradycyjnego humanizmu i wkraczamy do epoki posthumanistycznej, otwartej na inność. Za niewątpliwy znak posthumanistycznego przełomu uznać należy londyńską paraolimpiadę 2012 roku i entuzjazm, z jakim londyńczycy uczestniczyli w zmaganiach niepełnosprawnych sportowców. Z dnia na dzień przestali być oni gorszą kategorią obywateli, stali się wręcz nadludźmi, którzy dzięki sile woli i pomocy technologii są w stanie realizować swoją podmiotowość.

To tylko kilka nurtów zapowiadających zmianę. Należy do nich dołożyć wzrost znaczenia społeczeństw krajów rozwijających się jako źródła nowych paradygmatów innowacyjności, premiującej tak potrzebną innowacyjność oddolną. Czy połączenie tych wszystkich sił doprowadzi do rozwiązania współczesnego paradoksu i kryzysu wartości, który jest ostatecznym kryzysem nowoczesności? Czy zdołamy zastąpić owe wartości nowoczesne nowym zestawem wartości ponowoczesnych, które wyzwolą nową falę oddolnej przedsiębiorczości i innowacyjności, doprowadzając do modelu rozwoju wolnego od pułapek, jakie zostawił po sobie neoliberalny kapitalizm? Zakończę, tak jak zacząłem, pretensjonalnym banałem: odpowiedź należy do nas.

Tekst pochodzi z: „Recykling Idei”, 2013, jesień, nr 15. Śródtytuły pochodzą od redakcji.

Przypisy:

1. Gospodarka obiegowa (ang. circular economy) – gospodarka, w której zasobami zarządza się w sposób zrównoważony, tak że odpady wracają do łańcucha dostaw jako zasoby (przyp. red.).

Edwin Bendyk – dziennikarz, publicysta, nauczyciel akademicki. Zajmuje się głównie problematyką cywilizacyjną, kwestiami modernizacji, ekologii i rewolucji cyfrowej. Publikuje między innymi w „Polityce”, „Res Publice Nowej”, „Przeglądzie Politycznym”, „Krytyce Politycznej” i „Dzienniku Opinii”.