Tworzenie Francji

Hoipolloi Cassidy
16.11.2005

Moja własna polityczna scena pierwotna1: mam może dziewięć lat, znajduję się w Paryżu w latach pięćdziesiątych, a moja matka pogania mnie do domu, ponieważ policja odcięła ulicę kordonem i zaczyna wyłapywać wszystkich ciemnoskórych mężczyzn. „Algierczycy”, mówi, jak gdyby to wszystko wyjaśniało. Teraz, pięćdziesiąt lat później, w centrum Paryża, które uległo gentryfikacji, mieszka niewielu Algierczyków. Niektóre rzeczy się zmieniły, niektóre nie, pozostało wiele do wyjaśnienia.

Po pierwsze, francuski brak zaufania do północnych Afrykanów ma długą, gorzką historię, która jest także historią powolnej poprawy. Kilka lat temu wstąpiłem z przyjacielem do kafejki w dzielnicy Paryża zamieszkałej przez niższą klasę średnią. On zamówił coś przy barze, ja niczego nie chciałem. „A – powiedział z uśmiechem właściciel – Monsieur przestrzega Ramadanu!” Tego typu komentarz był nie do pomyślenia pięćdziesiąt lat temu.

Jednak zamieszki, takie jak te, które mamy obecnie, działy się od lat, wybuchały i wygasały, w miasteczkach i przedmieściach daleko poza Paryżem, wzniecane przez zbuntowane dzieci imigrantów – czarnych, muzułmanów lub jednych i drugich – z typowych powodów: wysokiego bezrobocia, braku czegokolwiek do roboty, rasizmu. Tym razem różnica jest taka, że palenie, demolowanie i ataki, jakie od dziesięciu dni mają miejsce na przedmieściach Paryża, są zbyt blisko, by je zignorować. To, co jest nowe, to desperacka potrzeba odczytania jakiegoś sensu z tych wypadków. Można by nawet powiedzieć, zgodnie z wielką intelektualną francuską tradycją, że przede wszystkim istnieją one w swej własnej interpretacji.

Oto jedno z wyjaśnień, przedstawiane przez francuską lewicę, a Komunistyczną Partię Francji w szczególności: prawicowy rząd francuski stłumił tzw. police de proximité. Police de proximité to z grubsza rzecz biorąc odpowiednik „policji dla społeczności” (ang. community policing) – umieszczanie w danym rejonie gliniarza, który jest kontrolowany i odpowiedzialny na szczeblu lokalnym i stawia na prewencję, a nie represję. Nie brzmi to, jak powód do wszczęcia zamieszek, więc pozwólcie mi to przełożyć na język, jaki rozumie każdy Francuz czy Francuzka: francuski prawicowy rząd wprowadził CRS.

CRS (Compagnies Républicaines de Sécurité – Republikańskie Jednostki Bezpieczeństwa) to najbardziej znienawidzony i wywołujący największy postrach element francuskiego społeczeństwa. Zostały powołane w celu zdławienia demonstracji studenckich i okupacji fabryk w roku 1968. Są mistrzami prowokacji i budzą powszechną odrazę. Ostatnio widziałem grupkę funkcjonariuszy CRF w zatłoczonym autobusie w Paryżu, wokół nich pasażerowie. Rozmawiali głośno i ostentacyjnie między sobą, czyniąc wulgarne komentarze i groźby w stosunku do innych pasażerów, szczególnie tych młodszych. Nikt nie patrzył w ich stronę, nikt się nie odezwał, nikt nie dał się sprowokować. Po prostu kolejny dzień w autobusie w drodze do domu. A tak przy okazji: CRS są pod bezpośrednim zwierzchnictwem ministra spraw wewnętrznych, niejakiego Nicolasa Sarkozy. CRS zostały użyte do stłumienia pierwszych niepokojów na przedmieściach Paryża. To znaczy, zostały użyte do stłumienia burd i dolania oliwy do ognia – nie mogli tego rozdzielić, nawet gdyby chcieli.

Pięćdziesiąt lat temu, w błyskotliwej, bijącej na alarm książce France Against Herself („Francja przeciwko sobie”) Herbert Luethy wskazał na niewiarygodny i wewnętrznie sprzeczny fenomen istnienia faszystowskiego państwa policyjnego w otwartym, demokratycznym społeczeństwie. Sprzeczność ta ma swe źródła w Rewolucji Francuskiej, kiedy to Republika, Jedna i Niepodzielna, zdała sobie sprawę, że musi potwierdzać swoją jedyność, swą niepodzielność i hojność poprzez wtrącanie do więzień, wykluczanie i mordowanie wszystkich tych, którzy mogli jej zagrażać, w tym oczywiście swoich własnych dzieci. Wysoce scentralizowana władza równoważyła żelazną represję wobec wszystkich niedających się przyswoić elementów z nadzwyczajną łaskawością, przekonując, że działa przeciwko części siebie dla większego dobra siebie jako całości. Teorie Robespiera są już kolonialne: „problem imigrantów” jest wbudowany we francuski system polityczny.

Tak więc zamieszki ostatnich kilku dni były już sprawą semantyki nawet zanim się rozpoczęły: ludzie z przedmieść mogli być albo Francuzami albo nie­‑Francuzami, albo słabszymi wychowankami łaskawej Matki Francji albo elementami zasługującymi na wykluczenie, gdyż byli Afrykanami, czy muzułmanami czy imigrantami. W rzeczywistości przeważająca większość aktorów tych zamieszek to obywatele francuscy, wielu z nich trzeciego lub drugiego pokolenia. Znów jednak należy zauważyć – francuskie państwo zawsze było ekspertem w przemiennym nadawaniu i pozbawianiu praw obywatelskich (disenFrenchising) różnych grup, jak na przykład Żydów.

I to właśnie od jakiegoś czasu robił Sarkozy. Jego wcześniejsza obietnica „wymiecenia” przedmieść mogłaby być do zaakceptowania, gdyby była skierowana przeciw slamsom na Haiti: co bardziej prawdopodobne, przeszłaby niezauważona. Ale potraktować innych Francuzów i Francuzki, jak kolonialne przedmioty Państwa było nie do zaakceptowania, nawet jeśli w rzeczywistości czynione jest to cały czas, i nie tylko wobec północnych Afrykanów.

Wiele napisano na temat znaczenia tłumu w Rewolucji Francuskiej. Jeśli o mnie chodzi, uważam, że najbardziej powszechną formą zamieszek jest „Veto Ludu”: tłumy nie mogą powiedzieć, czego chcą, mogą jedynie powiedzieć, czego nie chcą. I tym, czego boi się lewica, a na co ma nadzieję prawica, jest to, że uczestnicy zamieszek mówią: „Przede wszystkim nie chcemy być Francuzami”.

Co innego jest być Francuzem, być może być nim niewystarczająco, ale mieć nadzieję, że twój czas nadejdzie – co dotąd było ogólną narracją wszystkich niedoszłych Francuzów, imigrantów, Żydów czy Muzułmanów – a co innego porzucić wszelką nadzieję i zwrócić się w stronę bezinteresownej przemocy.

Lecz w jaki sposób? Przeciw komu? Przeciw państwu? Przeciw byciu Francuzami (teraz przedefiniowanemu jako bycie białym, lub bycie burżujem lub posiadanie samochodu i pracy)? Przeciw MacDonaldowi, symbolowi neoliberalizmu? Jest to puszka pandory otwarta przez Sarkozy’ego – i może ją być o wiele trudniej zamknąć, jemu i każdemu innemu.

Przełożył Jakub Maciejczyk

Przypisy: