Stawić czoło globalizacji

Z Adamem Chmielewskim rozmawia Marcin Starnawski
22.04.2004
Marcin Starnawski: Co filozof­‑humanista może mieć do powiedzenia w tak modnej i wieloznacznej kwestii, jak „globalizacja”? W jaki sposób ponadnarodowe procesy, których jesteśmy świadkami, wpływają na nasze rozumienie miejsca człowieka w świecie i na interpretację takich pojęć, jak „wolność” czy „sprawiedliwość”?

Adam Chmielewski: Pełny sens globalizacji umyka nam, ponieważ jest to proces bardzo złożony i co najmniej dwuwymiarowy. Jest to proces globalny nie tylko pod względem zakresu (ekstensji), ale i pod względem głębi (intensji). Nie sprowadza się tylko do ekonomii, a więc niekontrolowanego przez nikogo przepływu kapitału po całym globie. Ogarnia także kulturę, naukę, obyczaje, wreszcie poczucie tożsamości indywidualnej i autonomii moralnej człowieka. Podważa tradycyjne sposoby nie tylko gospodarowania, ale też wszystkie aspekty myślenia człowieka o jego miejscu w świecie. Jest on względnie nowy, więc nie umiemy sobie z nim radzić ani instytucjonalnie, ani politycznie, ani osobowo, dlatego budzi poczucie zagubienia. Największy i najlepiej zdiagnozowany problem dotyczy naturalnie prywatnego kapitału inwestycyjnego, który tworzy miejsca pracy tam, gdzie chce, i je likwiduje, kiedy chce. Ponieważ kapitał ten jest bezdomny, bo pieniądz nie ma ojczyzny, pozostawia za sobą bezdomność i biedę ludzi, których bezwzględnie wykorzystuje. Innym, jeszcze gorszym problemem jest kapitał spekulacyjny, bezkarnie destabilizujący rynki, systemy finansowe i bankowe państw, które nie umieją się przed nim bronić, choć na tych coraz bardziej bezbronnych państwach nadal spoczywa odpowiedzialność za sprawiedliwość podziału wytwarzanych dóbr. To wszystko nie może nie mieć wpływu na nasze indywidualne życie, na zakres naszych wolności, na nasze miejsce w świecie.

MS:Jakiś czas temu pisał Pan o „globalizmie” i „partykularyzmie” jako dwóch „dialektycznie uzupełniających się tendencjach” charakteryzujących nasze czasy. Jak należy rozumieć owo zderzenie „globalnego” i „lokalnego” wymiaru współczesnego świata?

ACh: Wierzę w działanie „prawa akcji i reakcji” w świecie polityki: to, co nazwałem „partykularyzmem” to przejaw protestu i oporu przeciwko agresywnej globalizacji. Przed globalizacją, która z natury rzeczy ma wymiar uniwersalny i wszechogarniający, różne grupy społeczne starają się bronić odwołując się do konglomeratu idei tradycjonalistycznych, religijnych, narodowych, etnicznych, a więc partykularnych. Szukają w nich podstaw własnej tożsamości i identyfikacji grupowej, a także ideologii, która uzasadniałaby opór tych grup przed skutkami ingerencji obcych, globalnych sił w ich sposoby życia i wskazywałaby alternatywne sposoby działania. To, co w ślad za ideologiczną hegemonią amerykańską nazywamy terroryzmem, jest również jedną z form partykularnej reakcji przeciwko globalizacji napędzanej przez zachodni kapitał.

MS: Jakie jest, w tym kontekście, położenie naszego kraju? Jak Polska sytuuje się w ramach tych przeciwstawnych tendencji globalizmu i lokalności?

ACh: Polska stała się częścią globalnego systemu ekonomicznego, choć nie była na to przygotowana. Każdy z nas w Polsce przyczynia się w jakiejś mierze do osłabienia potencjału Polski przez nie zawsze uzasadnioną fascynację wytwarzanymi za granicą dobrami materialnymi i kulturalnymi. Kupując obce, bo „lepsze”, stworzyliśmy wiele miejsc pracy za granicą, nie zaś w naszym kraju, a więc zubożeliśmy, wzbogacając innych. Skutkiem tego zubożenia jest rodzime bezrobocie, bieda i rozczarowanie do transformacji, które doprowadziło do politycznej prawicowej reakcji nacjonalistyczno­‑religijnej. Mając aspiracje jednego z głównych graczy, Polska stała się popychadłem znacznie potężniejszych sił kapitalizmu globalnego i jego ofiarą. Każdy z nas jest za to w jakiejś mierze odpowiedzialny.

MS: W swoich wypowiedziach często podkreśla Pan rolę Europy, czy konkretniej Unii Europejskiej, jako pewnej jakości politycznej i społecznej, przeciwstawiając ją imperializmowi Stanów Zjednoczonych. W jaki sposób „Europa” może stanowić pozytywny czynnik w procesie przeciwdziałania negatywnym skutkom globalizacji późnego kapitalizmu?

ACh: Z wielu powodów powinniśmy pokładać wielkie nadzieje w zjednoczonej Europie. Po pierwsze, potęga Europy, równa, a nawet pod pewnymi względami większa od amerykańskiej, przyczyni się do stabilizacji świata, poprzez równoważenie hegemonicznej pozycji Stanów Zjednoczonych w świecie. Świat dzięki temu stanie się dwubiegunowy, co rychło doprowadzi do wielocentryczności polityki światowej. Po drugie, Europa po katastrofalnych wojnach, do których doprowadziła, nauczyła się prowadzić politykę demokratyczną, nie zaś imperialną, jak to nadal robią Stany Zjednoczone. Największym bowiem zagrożeniem dla świata okazuje się hegemoniczna polityka USA, gdzie, jak pokazuje kadencja G. Busha, rządzić może byle kto i byle jak, a świat tej bylejakości ulega i się nią fascynuje, zwłaszcza Polska. Po trzecie, projekt „Europa” będzie już niebawem opierał się na konstytucji respektującej prawa człowieka i dbającej o jego godność, jest więc projektem socjalnym, opartym na postulatach równości, nie zaś indywidualnego sukcesu kosztem innych, o których państwo w ogóle się nie troszczy, jak jest w Stanach Zjednoczonych. Z tego punktu widzenia polski sentymentalny amerykanizm jest kompletnym anachronizmem i zagrożeniem dla nas samych. Wreszcie, najważniejsze, demokratyczna ponadnarodowa Europa, dzięki sile prawa europejskiego, które często wyszydzamy za formalizm i biurokrację, może, jako jedyny byt międzynarodowy, skutecznie przeciwstawić się bezkarności i arogancji globalnych korporacji i spekulacyjnego kapitału.

MS: Jak Pan postrzega rolę ruchu (czy ruchów) oporu wobec globalnej hegemonii kapitału? Istotna część działań „alterglobalistów” to protesty mające zwrócić uwagę na brak szerokiej demokratycznej legitymacji decyzji podejmowanych przez elity polityczno­‑gospodarcze. W tym sensie stanowią znakomitą ilustrację do Pana koncepcji „polityki agonistycznej”, czyli opartej na ostrym konflikcie społecznym i ideologicznym. Które elementy „antyglobalistycznej” krytyki polityki i gospodarki uważa Pan za najważniejsze?

ACh: Słusznie wskazuje Pan, że coraz więcej ugrupowań sprawujących władzę w różnych państwach, także w Polsce, nie ma demokratycznej prawomocności. Skutkiem globalizacji są daleko idące ograniczenia uprawnień państwa w polityce wewnętrznej i międzynarodowej. Prerogatywy państwa ulegają bowiem stałemu podcinaniu od dołu oraz przystrzyganiu od góry. Patrząc „od dołu” widzimy, że prerogatywy państwa, zwłaszcza zbudowanego przez społeczeństwo obywatelskie, są w coraz większym stopniu przejmowane przez władze regionalne i samorządowe, organizacje pozarządowe oraz same jednostki domagające się większego zakresu wolności i prawnych zabezpieczeń swej obywatelskiej podmiotowości. Odgórna dewolucja funkcji państwa polega na tym, że musi ono wkraczać w między­‑ i ponadpaństwowe sojusze ekonomiczne i polityczne, ponieważ w warunkach kapitalizmu globalnego okazuje się ono słabsze od prywatnych korporacji. One zaś stały się na tyle potężne, między innymi dzięki żerowaniu na osłabionym państwie, że stać je na „zakup” nie tylko pojedynczych polityków, urzędników, ministrów, ale nawet prezydentów czy sporych części parlamentów.

Dobrą ilustracją tego zjawiska jest obecna wojna wydana przez Stany Zjednoczone „terroryzmowi” w Iraku. Odruchowo bierzemy za dobrą monetę fakt, iż to rząd amerykański wypowiedział wojnę terroryzmowi w rewanżu za najbardziej jak dotąd spektakularny zamach terrorystyczny. Jeżeli nawet tak było pod względem formalno­‑prawnym, to Stany Zjednoczone jako państwo dokonały tego nie z własnej inicjatywy i nie we własnym imieniu, lecz w interesie koalicji korporacji, które kupiły sobie to państwo i władają nim dla własnego korporacyjnego dobra, nie zaś wspólnego dobra. Na przykład dla dobra Halliburtona, który w rezultacie inwazji na Irak podpisał już kontrakty na 8 mld dol. Fakt, że prywatne korporacje są dobrze, a zarazem bezczelnie reprezentowane w amerykańskiej administracji, na przykład przez Donalda Rumsfelda czy Dicka Cheneya, nie był obojętny ani dla kwot zawartych przez różne firmy kontraktów, ani dla decyzji o inwazji na Irak: jedno nie byłoby możliwe bez drugiego. Odbyło się to przy aroganckim lekceważeniu instytucji prawa międzynarodowego, zwłaszcza ONZ. Polska wzięła w tym mało chwalebny udział. Musimy teraz za to się nie tylko wstydzić, ale i ponieść nieprzewidywalne konsekwencje tej niewybaczalnej krótkowzroczności polskich sprzedajnych polityków.

Po drugie, korporacje kupują sobie także wyborców, co czynią za pomocą zinstrumentalizowanych prywatnych mediów. Robią to całymi garściami i za niewysoką cenę. W istocie jest nawet odwrotnie: media, owszem, kupują wyborców, ale za ich własne pieniądze, bo to sami wyborcy płacą mediom, aby one za nich myślały i za nich podejmowały decyzje. Wyborcy zaś czynią to zgodnie nie z zasadą interaktywności, lecz interpasywności: nie pragną współuczestniczyć w kreowaniu polityki własnych państw, lecz zdejmują z siebie ciężar samodzielnego myślenia i podejmowania decyzji, przekazując tę władzę na ludzi pracujących dla mediów, którzy zresztą nierzadko okazują się sprzedajnymi kretynami. To największa słabość formalnej demokracji. Dlatego koniecznym jej uzupełnieniem jest i musi być „demokracja agonistyczna”, którą reprezentują ruchy anty­‑ i alterglobalistyczne, stające w obronie praw jednostek i grup społecznych.

MS: Jak w takim „agonistycznym” społeczeństwie znaleźć przełożenie spontanicznych protestów na realne zmiany w życiu ludzi? Jak uczynić to zwłaszcza w kontekście zbliżających się protestów przeciwko mającemu się odbyć za kilka dni w Warszawie Europejskiemu Szczytowi Ekonomicznemu? Jakie środki uznałby Pan za skuteczne w pozyskiwaniu opinii publicznej dla „alterglobalizmu”?

ACh: Ruchy alterglobalistyczne są niekiedy bardzo skuteczne. Kiedyś planowano podpisanie tzw. Multilateral Agreement of Investment, który miał dawać prywatnym globalnym korporacjom władzę większą niż władza demokratycznych państw. Dzięki ruchom antyglobalnym to tajne porozumienie udało się ujawnić, a następnie obalić.

O ile mi wiadomo, ten niefortunny szczyt ekonomiczny w Warszawie coraz bardziej się sypie, ponieważ liczba chętnych do udziału w nim szybko się zmniejsza, a wycofują się przede wszystkim osoby, na które najbardziej czekano. To dowód, że Polska, która chciała odgrywać rolę kluczowego gracza w polityce europejskiej i atlantyckiej, jest obecnie kompletnie lekceważona. Chyba nawet przez terrorystów, choć jest bardzo prawdopodobne, że pójdą śladem bardzo skutecznego przedwyborczego wzorca hiszpańskiego również w Polsce. Właściwym sposobem reakcji na ten „szczyt” jest pokojowy protest, jak to było w wielu różnych miejscach na świecie. Korporacyjne media blokują publikacje jakiejkolwiek krytyki ideologii, która takie globalne inicjatywy (bardzo jednostronnie zresztą) uzasadnia. By temu przeciwdziałać, by docierać do ludzi bez łaski zakłamanych mediów oficjalnych, skuteczne mogą być metody już sprawdzone przez alterglobalistów: przede wszystkim komunikacja poprzez pocztę elektroniczną, Internet i sms­‑y, a także samizdat, w którym Polacy mają doświadczenie. Sama globalizacja produkuje narzędzia, za pomocą których można z nią walczyć.

MS: Jak ocenia Pan świadomość środowiska akademickiego w kwestii skutków globalizacji i konieczności przeciwdziałania negatywnym procesom globalnym?

ACh: W wyniku bardzo niskich nakładów finansowych na naukę, polski świat akademicki znalazł się w pułapce ubóstwa, które skłania znaczną liczbę uczonych do pogoni za pieniądzem, możliwej dzięki niekontrolowanemu sprywatyzowaniu wyższej edukacji. To prywatne dążenie do rekompensaty rodzi jednak patologie, a co gorsza, odciąga ludzi nauki od badań naukowych i od myślenia, także od myślenia o polityce. Skutkiem tego jest stale pogłębiająca się zapaść intelektualna polskiej nauki. Inna sprawa: wielu ludzi nie chce angażować się w politykę, co jest reakcją na upolitycznienie nauki, zwłaszcza nauk społecznych i humanistycznych, w okresie PRL. Jednak są ludzie, nie tylko młodzi, ale i bardzo dojrzali, którzy śmiało zabierają głos w różnych sprawach, nie tylko w sposób akademicki, ale i bardziej praktyczny. Myślę, że zaangażowanie polityczne polskich uczonych może wzrosnąć, zwłaszcza, gdy młodzi zdolni bezrobotni, których obecnie produkują nasze wyższe uczelnie, stracą wreszcie cierpliwość. O tym radykalnym potencjale trzeba myśleć już teraz, żeby potem nie uciekać przed nim z podkulonym ogonem.

Marcin Starnawski – socjolog i pedagog, nauczyciel akademicki, tłumacz; członek redakcji „Recyklingu Idei”.