1 Mayis Bayramı: tureckie obserwacje lewicowych przestawień

Mateusz Chudziak
11.11.2011

Gdyby przyjrzeć się tureckiej scenie politycznej, można odnieść wrażenie, że większość ruchów lewicowych została z niej skutecznie wyparta. We współczesnej Turcji istnieje wprawdzie legalnie działająca partia komunistyczna, ale poparcie dla niej jest śladowe, jej elektorat zaś stanowią bardzo nieliczni młodzi ludzie, którzy z biegiem lat zarzucają rewolucyjny światopogląd. Założona przez Kemala Atatürka Partia Ludowo­‑Republikańska przez dekady swojego istnienia przekształciła się z formacji nacjonalistyczno­‑reformistycznej w socjaldemokrację i jest jedyną poważną siłą polityczną na pogrążonej w marazmie tureckiej lewicy. Pierwszomajowe demonstracje pokazują jednak, że wśród społeczeństwa muzułmańskiej Turcji całkiem żywe pozostają sympatie komunistyczne, a ich obserwacja może nas poważnie zaskakiwać.

Słowo „Bayram” w tytule nie jest przypadkowe. Oznacza ono święto, a my w Polsce spotykamy się z nim najczęściej podczas festiwali religijnych. Słyszymy zatem „Ramadan Bayramı”, „Kurban Bayramı” i tak dalej. Tym razem mamy jednak do czynienia ze świętem jak najbardziej świeckim, lecz atmosfera tego dnia jest nie mniej podniosła niż w czasie zakończenia ramadanu czy Święta Ofiary. Dlatego też staje się ono okazją do zaobserwowania osobliwości tureckiej lewicy.

W Polsce święto jest już nieco zapomniane i często ignorowane ze względu na przeważające w naszym społeczeństwie uczulenie na wszystko, co związane z minioną epoką, kiedy to na pochód pierwszomajowy gnano całe czeredy pątników ze szkół i zakładów pracy. Tutaj jest odwrotnie. Uczestnicy pędzą na pochód z pieśnią (Międzynarodówką) na ustach i dzieckiem na rękach. Impreza jako taka jest w Turcji legalnie organizowana – jak mnie na wstępie poinformowano – dopiero od dwóch lat. Stąd też ten cały entuzjazm i ogólna ekscytacja. Niemniej jednak pochody (zadymy) pierwszomajowe mają w kraju nad Bosforem bogatą tradycję.

Turcja przez cały okres zimnej wojny była aktywnym jej uczestnikiem, a z racji jej strategicznego ulokowania Stany Zjednoczone miały na nią szczególne baczenie. O ile turecki system republikański nosił wyraźne znamiona lewicowości (trzy z „sześciu strzał” kemalizmu to sekularyzm, etatyzm i populizm ludowy), to wszelkie ruchy definiujące się jako socjalistyczne bądź otwarcie komunistyczne, były tępione przez władze z całą stanowczością.

Założyciel nowoczesnego państwa tureckiego, Kemal Atatürk, uznał Rosję Radziecką w zamian za uznanie Republiki i gwarancję nierozprzestrzeniania komunizmu na własnym podwórku. Ruchy lewicowe poddane zostały poważnym represjom, a największymi ich „męczennikami” stali się Mustafa Suphi, pierwszy lider Tureckiej Partii Komunistycznej, oraz poeta Nazım Hikmet – dziś wielki idol młodzieży i pokolenia czterdziesto­‑ i pięćdziesięciolatków.

Po ustanowieniu systemu wielopartyjnego do wyborów dopuszczono partię komunistyczną, która weszła do parlamentu. Tej decyzji szybko zaczęto jednak żałować, gdyż ideowi lewicowcy okazali się niebezpieczni zarówno dla obozu kemalistowskiego, jak i dla islamskich oraz nacjonalistycznych konserwatystów. Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte dwudziestego wieku to okres niestabilności, kryzysu gospodarczego, masowej emigracji Turków do krajów zachodniej Europy oraz ciągłych ruchawek, prowokowanych na zmianę przez młodych komunistów i nacjonalistów. Na tamten okres przypadają wydarzenia, które dały początek czerwonej legendzie, opowiadanej mi z wielką nabożnością przez niektórych studentów. Na początku lat siedemdziesiątych stracony został, wraz z dwoma towarzyszami, dwudziestopięcioletni aktywista komunistyczny Deniz Gezmiş. Aż do momentu egzekucji pozostał wierny sprawie. Ostatnie jego słowa wychwalały Lenina, marksizm i Związek Radziecki. Stał się on turecką wersją Che Guevary i na dobre zapisał się w pamięci tutejszej lewicującej i otwarcie lewicowej młodzieży. Drugim takim wydarzeniem były zajścia na placu Taksim w Stambule z maja 1978 roku. Wtedy to przeciwko demonstrantom interweniowała armia, otwierając ogień i zabijając trzydzieści sześć osób.

W tym roku plac Taksim zapełnił się ponownie. Odwiedziło go 150 – 200 tysięcy osób demonstrujących z wielkim entuzjazmem. Do pilnowania porządku sprowadzono z innych miast ponad pięć tysięcy policjantów, którzy przylecieli helikopterami. Protestowały wszystkie grupy zawodowe, pojawiały się tęczowe gejowskie flagi, swój wkład w obchody święta wnieśli kibice Beşiktaşu i Fenerbahçe – w przeciwieństwie do swoich polskich (i nie tylko) odpowiedników – lewicowi. Nasuwa mi się polska, asymetryczna analogia – w 2005 roku kibice Cracovii i Wisły, na co dzień zaciekli wrogowie, wspólnie żegnali Jana Pawła II na stadionie przy ul. Kałuży w Krakowie. Tym razem jednak, kiboli pojednał 1 maja. Można uznać to zatem za jeden bardziej jaskrawych przykładów kompletnego odwrócenia znanych nam z własnego kraju wzorców.

Obserwowane przeze mnie obchody pierwszomajowe zbiegły się z setną rocznicą urodzin Behice Boran – legendarnej przywódczyni Tureckiej Partii Pracy, która świat ujrzała właśnie w święto wszystkich robotników. Dla tureckiej lewicy data urodzin legendarnej przywódczyni ma ważkie znaczenie symboliczne.

Atmosfera święta towarzyszyła telewizyjnym wiadomościom. Relacji ze stambulskiego placu poświęcono połowę programu, streszczając wydarzenia w dość podniosłym (jak przystało na święto) tonie. Pozostałym wydarzeniom towarzyszył inny niż zazwyczaj podkład muzyczny, którym była melodia Międzynarodówki. Demonstracja przebiegła spokojnie. Wspominano wydarzenia sprzed ponad trzydziestu lat i uczczono pamięć poległych. Spotkanie z gościem z Polski staje się okazją do zademonstrowania solidarności. W obu krajach wspomina się bowiem wydarzenia, które miały miejsce w podobnym czasie, gdzie społeczeństwo otwarcie zademonstrowało swoje niezadowolenie, ponosząc krwawą ofiarę. Tutaj społeczno­‑polityczna percepcja jest jednak dokładnie odwrotna niż w Polsce. Ciemiężcą były prozachodnie władze, bohaterami zaś lewicowi aktywiści.

Warto w tym miejscu cofnąć się w niedaleką przeszłość. Mój pierwszy przyjazd do Turcji również zbiegł się z obchodami Święta Pracy. Na ulicach Adany – ponad milionowego miasta, które dawniej było centrum tureckiego przemysłu tekstylnego – pojawiły się plakaty przedstawiające Gezmişa i Che Guevarę. Co do percepcji właśnie, tutejszy Che to osoba inna niż ten zachodni, europejski. U nas (w Polsce i ogólnie na Zachodzie) widuje się go na koszulkach nastolatków, można nabyć je w sklepach z markową odzieżą. Sam podziwiałem jego wizerunek na piersi starego angielskiego robotnika, który owszem, uważał Argentyńczyka za zbrodniarza równego Hitlerowi (widać nie tylko u nas robotnicy demonstrują, przynajmniej w części, poglądy nieco dalej przesunięte w prawą stronę), ale podobał mu się deseń i nosił koszulkę do pracy.

Ten sam wizerunek nosił za młodu Johny Depp, a szczytem konsumenckiego rechotu była dobrze nam znana z własnego podwórka reklama w Tesco, przedstawiająca Ernesto w czapce Świętego Mikołaja z podpisem „Świąteczna Rewolucja”. Wszystko działo się wszak przed Bożym Narodzeniem, a ceny miały lecieć na łeb, na szyję.

Tutejszy Che jednak to bohater z krwi i kości, który zginął za słuszną sprawę, i nie „bezcześci” się jego pamięci – o zgrozo! – reklamami w supermarketach. Tutaj znajduje się on na swoim miejscu, czyli na pierwszomajowym plakacie. Dziwne, ale jest to chyba rzecz, która najsilniej przyciąga uwagę obserwatora z zewnątrz. Che do spółki z Denizem Gezmişem symbolizują walkę z niesprawiedliwością. W naszej części Europy rzecz już raczej nie do pomyślenia, a na Zachodzie – wyświechtany marketingowy slogan. W Turcji żywa tradycja.

Tak żywa, jak tutejsza wiara w socjalizm.

Mateusz Chudziak – absolwent Instytutu Wschodniego UAM w Poznaniu; interesuje się światem turecko­‑irańskim, w szczególności przemianami społeczno­‑politycznymi, jakie zachodzą w nim od początku XX wieku.