Stan hipokryzji

Piotr Ciszewski
18.12.2005

Są takie sytuacje, w których hipokryzja oraz głupota polityków sięgają zenitu. Jedną z nich jest 13 grudnia, czyli rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Co roku z jej okazji możemy obserwować boksowanie dwóch obozów: „lewicowego” i prawicowego, próbujacych przekonać społeczeństwo, że podziały polityczne wynikają ze stosunku do przeszłości.

W lewym narożniku zgromadziły się siły broniące generała Jaruzelskiego i decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego. Dla nich głównym wyznacznikiem lewicowości jest nie stosunek do gospodarki, czy praktyka działania społeczno – politycznego, ale stosunek do PRLu. Chodzi tu nie tyle o chwalenie dobrych elementów poprzedniego systemu, co niemal gloryfikowanie go i uznawanie za realizację lewicowych programów.

SLD wraz z sojusznikami pokazało, że jest de facto formacją neoliberalną gospodarczo, a świat pracy może oczekiwać od niej jedynie kolejnych ataków oraz pogłębiającego się wyzysku. Aby ratować swoją popularność, część działaczy SLD próbuje więc przynajmniej grać na sentymentach i pozyskać tak zwaną „lewicę mundurową”, czyli weteranów resortów siłowych. Nie mają oni ani postępowych poglądów gospodarczych, ani tym bardziej światopoglądowych, tęsknią jednak za starymi dobrymi czasami, gdy mogli przesłuchiwać, czy jeździć czołgami po ulicach. W tym celu część SLD organizuje dla nich igrzyska w postaci obrony Jaruzelskiego.

Może jednak generał to postać na tyle ideowa, postępowa i broniąca socjalizmu, że warto stawać w jego obronie nie patrząc na towarzystwo w jakim się to czyni? Aby odpowiedzieć na to pytanie warto przyjrzeć się wypowiedziom samego Jaruzelskiego. Mówią one bowiem wiele o jego poglądach politycznych. Na każdym kroku przedstawia się on niczym bohater greckiej tragedii rwący szaty, ponieważ nie mógł uniknąć przeznaczenia i został przytłoczony przez warunki w których funkcjonował. Wedle jego teorii stan wojenny był mniejszym złem i służył obronie Polski. Zostawmy na razie teorię celowości stanu wojennego. Przyjrzyjmy się samej terminologii stosowanej przez Jaruzelskiego. W jego wypowiedziach nie ma ani słowa o socjalizmie, komunizmie, czy rewolucji, odmienia za to przez wszelkie przypadki „ojczyznę”, „naród” i „Polskę”. Na jednym ze potkań stwierdził wprost, że główną wadą PRL był fakt, iż był on za mało patriotyczny. Jakże dalekie to od koncepcji klasowych czy internacjonalistycznych. Widać więc, że Jaruzelskiemu bliżej do endecji niż do lewicy.

Może jednak generał jest antykapitalistą? Również nie. To za jego prezydentury zaczęto przecież wprowadzać w Polsce kapitalizm. Twierdzenie, że dokonała tego jedynie „Solidarność” to absurd. PZPR­‑owska oligarchia z lat 80. sama wyrażała fascynację neoliberalizmem. To ona zaczęła prywatyzowanie przemysłu i masowe zwolnienia. Za jej rządów pojawili się pierwsi bezrobotni. Kto wie, czy nawet Mieczysław Rakowski i Wojciech Jaruzelski nie są winni bardziej niż liderzy drugiej „Solidarności”.

Paradoksalnie stan wojenny stał się pierwszym fundamentem pod zmianę systemu. Rozbicie pierwszej „Solidarności” złamało autentyczny ruch robotniczy. Zniszczono zwiazek zawodowy, który wbrew temu co mówi współczesna prawica, nie był wcale antysystemowy, w swoim programie miał natomiast również postulaty jak najbardziej lewicowe, takie jak uspołecznienie środków produkcji, poprzez wprowadzenie samorządów pracowniczych, walka o jak najszerszy dostęp do edukacji, czy prymat interesu społecznego nad produkcyjnym. Druga „Solidarność”, reaktywowana pod koniec lat 80. była już natomiast o wiele mniej pluralistyczna, a pierwsze skrzypce grali w niej neoliberalni doradcy ekonomiczni i ich figuranci.

Nie zapominajmy też o kontaktach międzynarodowych „człowieka lewicy” Jaruzelskiego. Pierwszym przywódcą, który pogratulował mu wprowadzenia stanu wojennego i zapewnił o poparciu był krwawy dyktator Chile, gen. Augusto Pinochet. „Komunistyczna” i antykomunistyczna junta znalazły płaszczyznę porozumienia, jeśli chodzi o kwestię ostatecznego rozwiązania problemu ruchów pracowniczych. W chile ich likwidacji dokonano w nieporównywalnie bardziej krwawy sposób, mechanizm był jednak podobny, a usytuowanie Polski w Europie sprawiło, że tak radykalne działania były dla Jaruzelskiego niedostępne.

Drugą bratnią duszą prześladowanego obecnie „wielkiego męża stanu” była premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher. Ich spotkania były zawsze pełne serdeczności i komplementów, mogli przecież wymieniać doświadczenia, jak bić oraz strzelać do górników.

Wreszcie koronny argument „lewicy” broniącej stanu wojennego – była to smutna konieczność, która uratowała Polskę przed interwencją ZSRR. Śmiem twierdzić, że Jaruzelski tak samo ratował Polskę, jak Pinochet ratował Chile przed rzekomymi tysiącami kubańskich agentów uzbrojonych po zęby. I „Solidarność” nie dążyła wcale do obalenia systemu, nie chciała też zmiany sojuszy, więc sytuacja raczej nie wymagała interwencji Armii Czerwonej. Jaruzelski mógł równie dobrze rozpocząć negocjacje ze związkowcami. Spełnienie postulatów takich jak społeczna własność produkcji prowadziłoby nie do kapitalizmu, ale właśnie do socjalizmu i państwa które było by ludowe nie tylko z nazwy. Jaruzelski bronił oligarchii partyjnej, tak samo jak obecnie pracodawcy czy elity polityczne bronią swoich przywilejów. Lewica powinna analizować wydarzenia z klasowego punktu widzenia. W roku 1981 doszło właśnie do konfliktu między biurokracją, a klasą pracowniczą. „Solidarność” nie była związkiem socjalistycznym, ani rewolucyjnym, bliżej jednak lewicy do jej postulatów niż do technokratyzmu ówczesnych działaczy PZPR.

Nie oznacza to, że hipokryzją wykazuje się jedynie pseudolewica. Prawica domagająca się osądzenia Jaruzelskiego budzi się jedynie 13 grudnia, aby walczyć o prawa człowieka i demokrację. Wybiela różnorodnych prawicowych dyktatorów, takich jak Pinochet czy Franco, mających na swoim koncie liczne ofiary, walczy jednak z Jaruzelskim, gdyż jest on „komunistą”. Trudno o większy popis głupoty i nieznajomości realiów. Rządy PiS z pewnością same tęsknią za niemal nieograniczoną władzą, jaką miała PZPR­‑owska oligarchia. Obecny rząd dysponuje również możliwością o wiele łatwiejszego wprowadzenia stanu wojennego, którą daje ustawa o policji. Dzisiaj wojsko można wyprowadzić na ulice w przypadku poważnego zagrożenia porządku publicznego i używać go w charakterze policji, nawet bez wprowadzenia stanu wojennego. Możliwość tę zgodnie poparły pseudolewica oraz prawica. Śmieszy również argument, że stan wojenny był zły, ponieważ ginęli wówczas niewinni cywile, wypowiadany przez ludzi, którzy jednocześnie popierają udział polskich wojsk w okupacji Afganistanu i Iraku. Czyżby zabijanie w 1981 było złe, a w 2005 roku już dobre, bo prowadzone w imię „wojny z terroryzmem”? Podobnie jest zresztą z represjonowaniem robotników. Prawica pochyla się nad złamanymi życiorysami ludzi wyrzuconych w 1981 roku z pracy, tyle że gdy obecnie wyrzuca się pracowników kopalni Budryk za zorganizowanie strajku, nabiera wody w usta lub wręcz kibicuje pracodawcom. Typowa moralność Kalego.

Dlatego zadaniem ideowej lewicy jest przełamanie stereotypów, że podziały polityczne odzwierciedlają podziały historyczne. Tak długo jak nie da się tego zrobić, różne „komitety obrony dobrego imienia generała”, czy Liga Republikańska będą urządzać szopkę, która nie ma nic wspólnego z walką o prawdę o stanie wojennym, ani tym bardziej występowaniem w obronie praw człowieka.

Tekst ukazał się na portalu lewica.pl.