Globalny stan wyjątkowy

Zen Dochterman
06.02.2004

W

ojna z terroryzmem to najnowszy globalny stan wyjątkowy. Dlaczego, tak długo po ataku, po schwytaniu setek podejrzanych o terroryzm, po tym, jak (nie mające związku z terroryzmem) zagrożenia w Iraku, Syrii i Korei Północnej zostały zbombardowane lub uśmierzone, nie możemy powiedzieć, że ponownie osiągnęliśmy normalność? Zagrożenia będą istniały tak długo, jak długo będzie trwać amerykańska hegemonia, zaś dzisiaj groźby takie nie wydają się być bardziej nieuchronne niż w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, pełnych porwań i bomb podkładanych w samochodach. Wojna z terroryzmem nie jest już zmianą polityki zagranicznej, której celem miałaby być walka z domniemanym zagrożeniem. Nie jest ona również zwyczajnie dążeniem do ekonomicznej ekspansji części amerykańskiej elity i jej korporacji. Jest systematycznym wymazywaniem kategorii normalności, pozwalającym na zastąpienie legalności siłą. Pierwszą ofiarą tego rozszerzonego użycia siły jest to, co niegdyś braliśmy za „polityczne”. Skrajne zintensyfikowanie kontroli imigrantów, starających się o azyl oraz osób o innym kolorze skóry na całym świecie zyskuje prawne usprawiedliwienie dzięki nowemu rozlokowaniu władzy po 11 września.

Państwo objęło rozległą kontrolą kilka obszarów wcześniej mu niedostępnych lub uważanych za nietykalne według międzynarodowych standardów prawnych. Rząd Busha czynił wszystko, by poszerzyć sobie możliwość nieograniczonego zatrzymywania podejrzanych o terroryzm i imigrantów (wyłącznie na podstawie faktu bycia imigrantami z krajów muzułmańskich). Podjął on środki w celu zbierania informacji bez podania wiarygodnego powodu oraz zawieszenia prawa do prywatności, jak również w celu sądzenia jeńców wojennych przez trybunały wojskowe. Rozszerzył regulację dotyczącą nadzoru w bibliotekach i innych instytucjach. Cele te państwo uprawomocnia udowadniając istnienie stanu wyjątkowego, który usprawiedliwia każde użycie siły. Nieużycie jej byłoby „narażeniem” bezpieczeństwa narodowego. Tę zmianę w sprawowaniu suwerennej władzy Giorgio Agamben opisał jako moment, kiedy „do stanu wyjątkowego przestaje się odnosić jako do zewnętrznego i tymczasowego stanu rzeczywistego zagrożenia, a zaczyna się go mylić z samymi rządami prawa”. Ostateczny cel to zamaskować „polityczny” aspekt wojen USA, zmian prawnych i zatrzymań pod pozorem „ochrony”. Kwestionowanie politycznych wyborów zaczyna się dla obywateli wiązać z sugestią, że nie cenią sobie „bezpieczeństwa” swojego kraju.

Siła, która jest poza wszelkim prawem, jest jednocześnie podstawą wszelkiego prawa. Można przyjąć założenie, że w swym „normalnym” zastosowaniu, siła ma raczej podtrzymywać prawo niż sama być prawem. Ten rodzaj analizy chybia jednak sedna sprawy. Siła może być stosowana jedynie, gdy prawo ulega zawieszeniu. Gliniarze mogą aresztować i bić ludzi tylko dlatego, że są ponad prawem. Lub jeszcze inaczej – w czasach rewolucyjnych wkracza wojsko pokazując, że władza państwa opiera się na przemocy, która zarówno wykracza poza porządek polityczny, jak i go określa. Tym samym, uprawomocniona siła jest przywilejem państwa. „Uprawomocnione” użycie siły – i to, co ową prawomocność konstytuuje – rozprzestrzenia się na nowe i nie mające precedensu sposoby, infekując coraz więcej, wcześniej niewinnych, obszarów naszej egzystencji.

Pytanie, jakie anarchiści i inni radykałowie powinni zadawać, nie brzmi: „co się dzieje z naszymi swobodami obywatelskimi?”. To by implikowało, że je niegdyś mieliśmy i chcemy jedynie milszej administracji, która by je przywróciła. Powinniśmy raczej pytać o to, jak zmonopolizowana przez państwo siła jest rozmieszczana i dla czyjej ochrony. Mówienie „nasze” swobody obywatelskie czy „nasze” prawa człowieka już zakłada, że istnieją tacy, którym ich brakuje, którzy mogą być ich pozbawieni, i którym się je nadaje jedynie poprzez pewien typ rządu. Domagać się przywrócenia swobód obywatelskich i praw człowieka jako takich – to walka nieuchronna, która bez wątpienia przyniesie korzyść najbardziej poszkodowanym przez obecny porządek. Jednak reformizm taki nie czyni nic, by podkopać porządek, który może decydować o tym, czyich swobód obywatelskich bronić. W rzeczywistości trzeba stwierdzić, że jedynie poprzez pozbawienie takich praw dużej liczby ludzi, mogą zostać zagwarantowane polityczne prawa innych (obywateli). Tym samym, operowanie w granicach dyskursu swobód obywatelskich lub praw człowieka jest projektem z konieczności daremnym. Zmiana musi być bardziej wszechogarniająca.

Agamben wprowadza rozróżnienie pomiędzy dwoma starożytnymi greckimi słowami używanymi do określenia życia: bios, oznaczającym czyjąś egzystencję polityczną i prawną, i zoe, czystym istnieniem biologicznym, czy też nagim życiem. Osadzenie setek imigrantów w ośrodkach zatrzymań w całym kraju, więzienie w Guantanomo Bay „wrogich bojowników” i podejrzanych o terroryzm, których status prawny jest niejasny, demonstrują rasowy charakter owego ciała bez swobód obywatelskich i praw politycznych, owego nagiego życia. Agamben stwierdza, iż „obóz jest przestrzenią, która zostaje otwarta, gdy stan wyjątkowy staje się regułą”. Obóz, taki jak ten w Guantanomo Bay, może „chronić” społeczeństwo usuwając potencjalne zagrożenia ze sfery społecznej w przestrzeń będącą poza legalnością. Właśnie w tej poza­‑prawnej przestrzeni operuje suwerenna siła i to właśnie na ciało imigranta ona oddziałuje. 11 września dostarczył państwu wygodnego pretekstu dla udoskonalenia jego kontroli demograficznej i złamania wszelkich wytycznych traktowania uchodźców nakreślonych w Konwencji Genewskiej i w Protokole z 1967 roku w sprawie statusu uchodźców.

Oprócz Giorgio Agambena, pewnych sposobów rozumienia dzisiejszej likwidacji tego, co polityczne, oraz nowego przesunięcia w kierunku ekspansywnej suwerennej siły dostarcza nam Alain Joxe. W Empire of Disorder przewiduje on nowy stan, w którym „wojskowa racjonalność i jej polityczne źródło znikłyby, zastąpione przez coś innego, przez technikę ciągłego zarządzania skalkulowaną masakrą – jako akt bezpośredniej regulacji nie polityki, lecz… demografii i ekonomii”. Nowe imperium stawia sobie za cel „regulowanie nieporządku za pomocą norm finansowych oraz wojskowych ekspedycji i nie ma intencji okupowania podbitych terytoriów”, odmawiając w ten sposób zapewnienia pewnej „ochrony” przed uzbrojonymi grupami, przestępczością i wojną domową. Powojenny Irak i Afganistan są tego świadkami. Nie chodzi o to, że lepszy jest neokolonializm oparty na okupacji niż panowanie pośrednie. Musimy za to dostrzegać sposoby, w jaki amerykańskie imperium wywołuje erozję ochrony państwowej za granicą, jednocześnie samemu jej odmawiając i zostawiając to zadanie ONZ czy NATO, a często nawet gorzej – lokalnym watażkom i uzbrojonym grupom.

Zauważmy również, że w ujęciu Joxe’a imperium nastawia się przede wszystkim na regulację „demografii i ekonomii”. To nam otwiera pole dla połączenia używanego przez Foucaulta i Agambena pojęcia biopolityki, z bardziej tradycyjną marksistowską i anarchistyczną analizą ekonomiczną. Według Foucaulta, biopolityka ma swój początek w XVIII w., kiedy to rozpoczyna się regulacja gatunkowego życia ludzkich istot, ich „rozrodczości, liczby urodzeń i zgonów, zdrowotności i długowieczności”. Zauważa on rolę wiedzy demograficznej oraz kontroli populacji jako zasadniczych czynników biopolityki.

Jeśli poważnie potraktujemy twierdzenie Joxe’a o prowadzeniu przez imperium kontroli demograficznej, możemy dziś dostrzec ponowne zastosowanie biopolityki – uprzednio pozostającej w rękach instytucji medycznych i biurokracji – przez samą machinę wojenną. Robienie porządku z przypadkami choroby, nędznych warunków życiowych, naruszeń praw człowieka oraz z „państwami zbójeckimi” staje się sprawą amerykańskiego państwa, ONZ i NATO, jak również organizacji pozarządowych, które podążają zaraz za nimi. Produkowane przez imperium wojny domowe (jak ta w Filipinach), teraz często wrzucane do rubryki „terroryzm”, dostarczają w ten sposób Ameryce więcej powodów, dzięki którym może iść na wojnę i regulować przepływy populacji oraz materialne warunki życia, westernizując przy okazji, co tylko można.

Zainteresowanie Agambena zoe (nagim życiem) imigranta i uchodźcy ma podwójne znaczenie. Wojny i globalny kapitał imperium w coraz większym stopniu powodować będą przemieszczenia ludności oraz dostarczać naruszeń tak zwanych „praw człowieka”; z drugiej strony, właśnie takie przemieszczanie staje się zmartwieniem samej machiny wojennej. Ten rodzaj analizy pomaga wyjaśnić interwencje w Iraku i Afganistanie, które – bez wyraźnej krótkoterminowej korzyści ekonomicznej (któż myślał, że Irakiem będzie się dało zarządzać w ciągu kilku miesięcy?) – więcej mają wspólnego ze zwiększaniem zdolności imperium do kontroli biopolitycznej. Gdy organizacje pozarządowe i instytucje humanitarne wkraczają do okupowanych krajów, rozpoczyna się biopolityczna regulacja „liczby narodzin i zgonów, zdrowotności i długowieczności”. Wprowadzenie takich pozornie niewinnych organizacji może radykalnie zmienić biurokratyczny – a czasem i kulturowy – organizm danego kraju i należy je postrzegać jako pierwszy krok w neokolonialnych projektach Zachodu. Ten główny fakt rzuca nieco światła na – tajemnicze w innym razie – bombowe zamachy na budynki ONZ oraz ataki na pracowników medycznych w Iraku. Ataki te to wiadomość dla nas, że nie chodzi tu o tego czy innego pana, jakkolwiek życzliwego, lecz o całkowite odrzucenie systemu globalnego neokolonializmu – tak w jego militarnych, jak i biurokratycznych przebraniach. Tym samym, suwerenna potęga, przejawiająca się w ONZ, NATO, wojsku USA oraz kierowana przez NGO’s­‑y, organizacje humanitarne i grupy rozjemcze, zaczyna mieć bezpośredni związek z nagim życiem (zoe) ludności innych narodów, ich standardem życia i zdrowiem. To biologiczna infekcja „zewnętrza” Imperium przez Imperium.

Jeżeli globalizacja wytwarza ruchy populacji i jeżeli takie radykalne przekroczenie granic narodowych jest zagrożeniem dla kapitału (nie zaś działaniem „ofiar”, którym nic innego nie pozostało), być może wojny poza granicami USA oraz wojnę przeciw imigrantom w samej Ameryce w polityce pojedenastowrześniowej powinno się postrzegać jako dwa sposoby odmawiania możliwości przemieszczania się tysiącom ludzi uciekającym od śmierci, która czyhała na nich, jeśli nadal prowadziliby osiadły tryb życia. Lecz nomadyzm jest czymś więcej niż tylko logiką zwykłej ucieczki. To blask Paryża, Nowego Jorku, Londynu. To pociągi i upijanie się, wszechobecność śmierci i poddanie się przygodności. To możliwość bycia „gdzie indziej”. To coś, o co musimy walczyć w czasach, w których globalizacja zrywa ekonomiczne bariery narodowej suwerenności, lecz nie czyni niczego, by podkopać monopol państw narodowych na usankcjonowane używanie siły.

Pierwsze, co powinniśmy robić, to upierać się przy normalności tego świata. Będzie to zaskoczeniem tak dla lewicy, jak i prawicy. Nie żyjemy w stanie wyjątkowym. Po pierwsze, zawsze miały miejsce ataki na amerykańskie interesy; dziś jest ich nie więcej niż w przeszłości. Po drugie, żyjemy w świecie nieokiełznanej siły i przemocy. Prawo państwa (nie wyłączam tutaj Europy) do monopolizowania siły zawsze działało w ten sposób pod rządami kapitału. Przedstawianie tego jako patologii zakłada potrzebę uzdrowienia sposobu stosowania tego prawa, nie zaś zlikwidowania go.

Drugim naszym wysiłkiem powinna być walka o zniesienie wszelkich barier dla wolnego przemieszczania się. Dziś wydaje się, że jesteśmy od tego celu dalej niż kiedykolwiek. Musimy jednak ponownie nasilić nasze ataki przeciw używaniu siły do zatrzymywania i aresztowania ludzi bez powodu, jako że skala takich aresztowań stała się szczególnie duża w ostatnich dwóch latach. Będzie to punkt wyjścia dla krytyki zaanektowania przez państwo uprawomocnionej przemocy. Będąc tego przywłaszczenia najbardziej szkodliwą i rzucającą się w oczy formą, polityka imigracyjna jest naszym najlepszym celem ataku. Dostarcza ona również możliwości międzynarodowych sojuszy. Takie sojusze ponad narodowymi granicami już istnieją i wkrótce urzeczywistnią się w całej różnorodności form.

Przełożył Jakub Maciejczyk