Antyglobaliści

Mariusz Doluk
31.01.2013

W amerykańskim wydaniu Newsweeka, który ukazał się po słynnych wydarzeniach w Seattle, ukazał się rysunek przedstawiający demonstrację, na której dwie grupy ludzi nawzajem patrzą na siebie z ogromnym zdziwieniem. Do pierwszej należeli działacze związku zawodowego kierowców ciężarówek, do drugiej zaś działacze związani z ruchem ekologicznym. „Jak to? To my jesteśmy z nimi?” brzmiał podpis pod rysunkiem. „Newsweek” to być może pismo nie najzacniejsze, ale rysunek dość dobrze obrazuje pewien paradoks, jakim jest obecny tzw. ruch anty­‑ czy też może alterglobalistyczny. Dla szerokiej publiczności ruch antyglobalistyczny jawi się jako stosunkowo jednorodna grupa współczesnych buntowników. Nie jest to takie proste, jakby się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Mało tego, sprzeczności w tym, co media zwą „ruchem antyglobalistycznym”, są tak ogromne, że można pokusić się o stwierdzenie, że ruch ten w ogóle nie istnieje.

Podczas wspomnianych już zamieszek w Seattle, po raz pierwszy na taką skalę, doszło do zjednoczenia różnorodnych środowisk. Celem było zerwanie spotkania Światowej Organizacji Handlu (WTO) i niedopuszczenie do zawarcia układu MAI. Notabene akcja zakończyła się sukcesem. Już nazajutrz światowe media ogłosiły narodziny „ruchu antyglobalistycznego”. Media mają to do siebie, że potrzebują szufladek. Im mniej rozumieją dane zjawisko, tym bardziej potrzebują je nazwać i uprościć tak, aby dało się je upchnąć w kilkusekundowym newsie. Czynią tak od lat. Mieliśmy przecież już różne „generacje X”, „generacje NIC”, słuchaliśmy grunge’a i „new wave of heavy metal”, o „pomp­‑rocku” nie wspominając. Dziennikarze wkładali w te określenia co im pod rękę wpadło. Podobnie stało się z ruchem „antyglobalistycznym”. Przeczytawszy kilka haseł wypisanych na transparentach i stwierdziwszy, że skoro ludzie ci protestują przeciwko Światowej Organizacji Handlu, zgodnie ze swoją zadziwiającą logiką, dziennikarze stwierdzili, że tłum, który się przed nimi kłębi, ani chybi musi być przeciwko globalizacji. Ergo jest to „ruch antyglobalistyczny”. Ktoś tak napisał, poszło w świat i już zostało. Należałoby w tym momencie zastanowić się, czy zieloni, anarchiści, socjaliści, związkowcy, przedstawiciele wszelakiej maści idei i religi, byli świadomi tego, że tworzą jakiś ruch, a w szczególności ruch antyglobalistyczny? Zapewne ani nie mieli tego świadomości, ani specjalnie nie dążyli do stworzenia jakiegoś jednolitego ruchu o wyrazistych celach i środkach do nich prowadzących. Co nie znaczy, że osoby zgromadzone wokół Centrum Koferencyjnego w Seattle znalazły się tam przypadkowo. Zapewne wszystkie z równie wielką siłą chciały wyrazić swój sprzeciw wobec polityki WTO i neoliberalizmu. Problem w tym, że o ile można sklecić na prędce jakiś ruch oparty na niechęci do wspólnego wroga, bardzo trudno jest go utrzymać przy życiu na dłuższą metę. Dopóki cała gadanina o antyglobalizmie nie wychodziła poza frazes, że „inny świat jest możliwy”, nie trudno było poddać się złudzeniu, że oto tworzy się masowy ruch, który zmieni świat na niespotykaną dotąd skalę. Problemy zaczynają się jednak w momencie, gdy próbujemy odpowiedzieć na pytanie jaki ma być ten „inny świat” i jakie drogi mają do niego prowadzić.

Miejscem gdzie odpowiedź mogłaby się pojawić są Fora Społeczne, które stanowią swoistą przeciwwagę do spotkań możnych tego świata. Odbywają się od kilku lat zarówno na poziomie gmin, jak i globalnym (Światowe Forum Społeczne odbędzie się w przyszłym roku w Indiach). Służą one głównie wymianie doświadczeń oraz zaplanowaniu posunięć taktycznych skierowanym przeciwko „neoliberalizmowi” na najbliższy czas. Jednak próba wyjścia poza plany krótkoterinowe kończy się zwykle klęską. Odpowiedzi, na pytanie „co dalej”, jak się można było spodziewać, są różne, co nie jest samo w sobie złe. Gorzej, że się wzajemnie się wykluczają. Jak wiadomo cały ten zmyślony ruch antyglobalistyczny składa się z wielu ruchów, często przeciwstawnych sobie nawzajem. Przecież mamy tam ruch związkowy, ruch anarchistyczny, ruch zielonych, ruch socjalistyczny, różne ruchy religijne, etc. Mają one swoje interesy i swoje własne, mniej lub bardziej ugruntowane odpowiedzi na pytanie, jaki ten „inny świat” ma być.

Oczywiście natychmiast pojawia się pokusa, aby narzucić innym „dla porządku” swój punkt widzenia. Jedni toczą spory nad definicją antyglobalisty, inni zaś podkreślają, że są alterglobalistami, czyli że nie są przeciwni globalizacji tylko „takiej globalizacji”. Nazwa się zmienia, problem pozostaje. Podziały tworzą się także wokół stosunku do partii politycznych. Z założeń Forów Społecznych wynika, że partie polityczne nie powinny w nich brać udziału. Problem pojawił się jednak na przykład podczas Europejskiego Forum w Paryżu, gdzie Partia Socjalistyczna zasponsorowała niemałą sumą całą imprezę. To oczywiście nie mogło zyskać aprobaty wolnościowców i anarchistów, którzy widząc taki obrót spraw zorganizowali własne Forum Wolnościowe. Od mniej więcej roku wyraźnie widać, że anarchiści zaczynają odcinać się od „ruchu antyglobalistycznego”. Nie przeszkadza to zresztą części mediów w stawianiu równości pomiędzy antyglobalistami a anarchistami (sic!), co tylko dowodzi niezrozumieniu przez nich problemu. Przy okazji polecam lekturę wrześniowego „Profitu”, gdzie autor dość mętnie dowodzi, że „antyglobaliści to anarchiści”, ale także z „żelazną logiką” przekonuje, że ruch antyglobalistyczny „jak to zawsze w przypadku anarchistów bywa” musi skończyć się prędzej czy później akcjami terrorystycznymi. Anarchiści zgodnie ze swoją doktryną, wolą się wycofać, niż narzucać swoje zdanie ruchowi, albo „przejmować go od środka”. Co innego trockiści. Próby kontrolowania Forów Społecznych, zwłaszcza lokalnych, przez partie trockistowskie i inne partie lewicowe pod przykrywką różnych organizacji społecznych i związków zawodowych są aż nadto widoczne. Podczas spotkania na którym podejmowano decyzję o tym gdzie ma odbyć się następne Forum, jeden z dziennikarzy Indymediów brytyjskich ze zdumieniem zauważył, że większość delegatów z Wielkiej Brytanii to trockiści, występujący jako przedstawiciele różnych marginalnych organizacji pozarządowych i związków i wypowiadający się w imieniu całej „pozarządowej” Wielkiej Brytanii. Równocześnie część trockistów narzeka, że ruch próbują przejąć, jak to ujął Roberto Sarti, „prawicowi przywódcy socjaldemokracji z organizacji takich jak ATTAC”. Tymczasem ruch powinien pójść w kierunku „masowych strajków i walki klasowej”. Kontrowersje budzi też pytanie, czy wchodzić do oficjalnych struktur państwowych, czy zakładać nową partię. „Nasz ruch ma tendencję do fetyszyzowania nowych form demokracji uczestniczącej […]. To bardzo użyteczne modele, ale musimy sobie także zadać pytanie co możemy zrobić dla odzyskania i ożywienia polityki parlamentarnej. Nie wystarczy, jak wielu twierdzi, po prostu odwrócić się plecami do systemu za który nasi polityczni poprzednicy wylali tyle krwi”., pisze na łamach „Guardiana” znany brytyjski działacz ekologiczny George Monbiot.

Pozostałe pytania również pozostają bez odpowiedzi. Jak połączyć idee prymitywistów, których sztandarowym hasłem jest „zniszczenie cywilizacji przemysłowej” z celami wspomnianych wcześniej kierowców ciężarówek? Jak pogodzić potrzeby rolników z państw biednego Południa, którzy domagają się otwarcia rynków bogatej Północy na ich produkty rolne, z postulatami rolników z UE czy USA? Jak pogodzić zwolenników otwarcia granic dla wszystkich ludzi z hasłami związków zawodowych, które domagają się zamknięcia granic przed napływem taniej siły roboczej? Ktoś może powiedzieć, że w każdym ruchu istnieją różne nurty i kierunki. Owszem, ale nie może być tak, że te nurty się wzajemnie znoszą. Być może w najbliższym czasie sytuacja się wyjaśni. Część osób zapewne zasili szeregi establishmentu wchodząc do istniejących struktur partyjno­‑biurokratycznych. Pozostali zaś pójdą swoją drogą, tak jak to właśnie zrobili anarchiści, widząc, że mimo wspólnego wroga, trudno połączyć ogień z wodą. Na pewno media będą trąbić o końcu ruchu antyglobalistycznego, tak jak trąbiły o końcu pokolenia ‘68. Oba sztucznie stworzyły, więc mają prawo je uśmiercać. Działania na rzecz zmiany obecnego systemu będą trwać nieprzerwanie, choć może znów już pod różnymi sztandarami. Sytuacja przynajmniej będzie jasna, po co kreować sztuczną jedność?