I co z tą Polską Samorządną?

Mariusz Doluk
31.05.2005

Mija święto Sierpnia ’80. W podniosłej atmosferze, przy akompaniamencie elektronicznej muzyki Jarrea, burzy oklasków na sali Sejmowej, wielkich słów o solidarności i wolności. Czasem w takim zgiełku umyka to, co najważniejsze, nie pozwala się skupić i zastanowić. Zalani frazesami czujemy się zemdleni i znudzeni. Przewijają się w kółko te same obrazy, niczym w zapętlonym filmie. Wałęsa na bramie stoczni ogłaszający porozumienie z rządem 31 sierpnia 1980 roku, jakaś msza, tłumy ludzi, brama w kwiatach. Ale o co tak naprawdę chodziło?

To, co mnie uderza najbardziej, to z jednej strony brak pogłębionej refleksji, mimo pewnych wysiłków etatowych komentatorów, a z drugiej przekłamanie, które wkrada się w opis tamtych wydarzeń. Dziś przewijają się dwie wersje interpretacji. Jedna reprezentowana przez środowiska, nazwijmy to upraszczając, liberalne, druga przez środowiska prawicowe. Oba wycinają z tradycji Sierpnia jedynie to, co pasuje do ich wizji świata. Prawica koncentruje się głównie na podkreślaniu tej części „sierpniowej” tradycji, która dotyczy „walki z komuną” i wątku religijnego. Stąd bardzo często wskazuje na fakt „niedokończonej dekomunizacji” jako „grzechu pierworodnego III RP”. Zdaje się sugerować, że wycięcie wszystkich PZPR­‑owców w pień spowodowałoby, że nowa Polska wyglądałaby niczym rajski ogród. Wskazuje na to, zresztą skądinąd słusznie, że bardzo wielu byłych prominentów z PRL­‑owskiego świecznika po zmianie systemu, razem z częścią dawnej opozycji, „dorwało się do koryta” i świetnie wpasowało się w kapitalistyczne realia.

Odwiecznym problemem prawicy jest to, że często nie zauważa prawdziwych mechanizmów, które stoją za fasadą i nakłada na nią kolejne warstwy, które jeszcze bardziej zaciemniają obraz. Istnieje powszechnie mit, jakoby istniała jakaś wersja „kapitalizmu z ludzką twarzą”, a jedynie wrogowie – Niemcy, Żydzi, i inni „niepolacy”: komuchy, liberały – wypaczają „słuszne mechanizmy”. Bo polski, narodowy, „nasz” kapitalista będzie mniej zachłanny niż niepolski. Wystarczy tylko wyplenić robactwo, a odetchniemy wolnością, jak w Sierpniu. To jest w jakimś sensie typowe dla myślenia prawicowego, szczególnie, jeśli chodzi o skrajną prawicę. Ktoś, jakiś określony wróg „rasowy” musi stać za tymi mechanizmami, pociągać za sznurki i knuć spiski. Bo Polak Polakowi by tego nie zrobił, to musi być jakiś obcy. Takie myślenie magiczne jest w stanie wytłumaczyć wszystko – bezrobocie, biedę, korupcję, złodziejstwo i dlatego jest stosunkowo popularne w środowiskach ludzi wykluczonych. To smutne, a nawet tragiczne, że sprzeciw wobec status quo przybiera w Polsce twarz Giertycha, Macierewicza i ojca Rydzyka. Ich ewentualne zwycięstwo nie zlikwiduje biedy, nie przywróci nam „utraconego raju”, bo nie zmieni mechanizmów będących przyczyną powstawania wykluczenia w kapitalizmie, a jedynie utnie łeb kozłowi ofiarnemu i wzmocni władzę państwa w jedynie słusznej wersji narodowej.

Drugi nurt, liberalny, naturalnie wydaje się dominować i wyznaczać obowiązujący model podejścia do tradycji Sierpnia. Wywnioskować można z niego, że strajkujący walczyli o „wolny rynek i demokrację liberalną”. Dogmat, który jest szeroko rozpowszechniony i tylko niewielu zdaje się go podważać. Obecne elity polityczno­‑gospodarcze ze zrozumiałych względów starają się go wzmacniać. Podejrzewam, że gdyby cofnąć się w czasie i zapytać jakiegokolwiek robotnika ze Stoczni, czy chce wprowadzenia kapitalizmu, odpowiedziałby, że „nie, absolutnie!”. I to nie był tylko wybieg taktyczny, bo „władza by na to nie pozwoliła”. Takie odczytanie tamtych zachowań sugeruje teraz wielu, w tym Wałęsa, który wciąż powtarza, że naturalnie od samego początku wiedział, czym to się skończy i że nie wspominanie o kapitalizmie to jedynie „zasłona dymna”. Skoro wszystko przewidział, to pewnie i w swoich proroczych snach widział rozwarstwienie społeczne, bezrobocie oraz bezpardonową walkę na „wolnym” rynku. Tymczasem ulotki, teksty, przemowy z tamtego okresu przypominają, że prawdziwa demokracja istnieje wyłącznie wtedy, kiedy jest powiązana z „godnością pracy”, z podstawowym bezpieczeństwem socjalnym i wreszcie z „demokracją w zakładzie pracy czy gminie”. Nie zawężano demokracji jedynie do sfery „politycznej”, włączano w to także gospodarkę. Na jednej z ulotek z tego okresu możemy przeczytać: „Prawdziwy samorząd pracowniczy to władza w rękach załogi. Społeczne przedsiębiorstwo zarządzane przez załogę, to jedyna szansa wyjścia z kryzysu”. Najbardziej dobitnie i jasno wyrażono tę wolę w Programie NSZZ „S” uchwalonym przez I Krajowy Zjazd Delegatów jesienią 1981 roku. Gdy współczesny czytelnik zapoznaje się z programem „Samorządnej Rzeczpospolitej”, uderza podobieństwo proponowanych rozwiązań do idei reprezentowanych przez anarchosyndykalistów i wolnościowych socjalistów, w tym szczególnie przywoływanego przy tej okazji Edwarda Abramowskiego, autora Rzeczpospolitej PrzyjaciółZmowy powszechnej przeciwko rządowi, a z nowszych pomysłów – do ekonomii partycypacyjnej Michaela Alberta i Robina Hahnela. Mówi się w tym programie o samorządach pracowniczych, reprezentacjach konsumentów, uspołecznionym handlu, samorządach lokalnych, które mają tworzyć federacje na szczeblach regionalnych, a proces decyzyjny ma przebiegać od dołu do góry. „Samorządna Rzeczpospolita” – program ważniejszy nawet niż 21 postulatów, bo konstruktywny i wyrażający powszechną wolę uczestników solidarnościowego ruchu, dziś został zapomniany jako niewygodny dla tych, którzy obecnie sprawują władzę zarówno polityczną, jak i ekonomiczną, a w najlepszym wypadku wyszydzany jako nierealna utopia. Bo wiadomo, że kapitalizm to „konieczność dziejowa”, dla której nie ma alternatywy. Programu nie można znaleźć w Internecie, a jedynie w nielicznych bibliotekach. W tym procesie zapominania bierze też udział, o ironio, Instytut Pamięci Narodowej, który do swojego okolicznościowego biuletynu dodał płytę CD, na której zamieścił wszystkie numery Tygodnika Solidarność z roku 1981 wraz z dodatkami. Niestety o dodatku do nr 29 TS, w którym zamieszczony był Program, „przypadkiem zapomniał”. Skoro Instytut zajmujący się z urzędu „pamięcią narodową” zapomniał, to inni tym bardziej mają do tego prawo. Może czas więc o nim przypomnieć? Restaurować wielkie marzenie o „Rzeczpospolitej Samorządnej”, jako przeciwwagę do liberalnego mitu „amerykańskiego snu”?