Informacja uwolniona

Mariusz Doluk
31.05.2004

Rok 1999, 30 listopada godzina 10:17. Centrum Seattle spowijają chmury. Wewnętrzny krąg stworzony przez oddziały policji broni się przed naporem zewnętrznego kręgu czterdziestu tysięcy demonstrantów, którzy starają się dostać do Centrum Konferencyjnego oraz Hotelu Sheraton. Tam właśnie ma się rozpocząć spotkanie Światowej Organizacji Handlu (WTO). Na stronie internetowej Seattle Indypendent Media Center (IMC) Adam Holdorf, jeden z czterystu reporterów­‑wolontariuszy publikuje informację: „Kilkuset demonstrantów ucierpiało od gazu łzawiącego użytego przez policję, która stara się odepchnąć tłumy od Centrum Konferencyjnego”. Tę wiadomość przeczytało około półtora miliona ludzi odwiedzających stronę IMC tego dnia. Kilka miesięcy później powstaje IMC w Bostonie, następnie Waszyngtonie, Filadelfii, Nowym Jorku. Jednocześnie Centra zaczynają powstawać poza granicami USA – w Meksyku, Włoszech, Francji, Wielkiej Brytanii. Tak rodzą się Indymedia – federacja setki niezależnych i niekomercyjnych centrów informacyjnych.

Założyciele Indymediów zauważyli, że media korporacyjne, komercyjne, przedstawiając swoją wersję wydarzeń, często prezentują przekazywaną przez siebie wiadomość w takiej formie, aby uchodziła za jedyną i obiektywną. Natomiast jest ona w przeważającej mierze narzędziem służącym propagowaniu określonego obrazu świata wyznawanego przez tego, czy innego wydawcę lub dziennikarza Postulat obiektywizmu i oddzielania komentarza od informacji doskonale prezentuje się w podręcznikach dziennikarstwa, tymczasem w praktyce zasada ta stosowana jest niezmiernie rzadko, jeśli w ogóle. Truizmem jest przecież stwierdzenie, że każdy z nas obserwuje rzeczywistość z innej perspektywy. Dotyczy to również dziennikarzy. Od tego subiektywizmu nie sposób uciec.

Twórcy Indymediów świadomi tego faktu poszli krok dalej – skoro każdy widzi świat inaczej, a żadna z tych wizji nie może pretendować do bycia jedynie prawdziwą, w takim razie dziennikarstwo uważające się za obiektywne jest swego rodzaju mistyfikacją. Działacze Indymediów podkreślają, że tak naprawdę każdy z nas, jeśli ma na to ochotę, może być dziennikarzem przedstawiając swój subiektywny i jedyny w swoim rodzaju obraz rzeczywistości, zderzając go jednocześnie z obserwacjami innych, wzajemnie na siebie oddziałując.

Media przybierając formę, gdzie nie ma miejsca na „wszechwiedzących” dostawców i biernych konsumentów kolejnych porcji informacji, stają się bardziej demokratyczne. Taki sposób prezentowania informacji jest bardziej zbliżony do różnorodnego i pełnego sprzeczności świata. I ta różnorodność jest bodaj największą siłą Indymediów – tylko tutaj można obok siebie przeczytać informacje pochodzące ze środowisk o często przeciwstawnych poglądach. Czytelnik sam musi rozważyć, co jest, jego zdaniem, prawdą, a co nie. Żadne kolegium redakcyjne nie zastąpi jego własnego rozumu. Mało tego – czytelnik, inaczej niż w pozostałych mediach, ma prawo zabrać głos na równych prawach z innymi, a komentarz staje się integralną częścią artykułu.

Ta różnorodność czasem budzi kontrowersje. Na stronie polskich Indymediów ktoś umieścił 18 kwietnia 2003 recenzję książki Romana Giertycha „Kontrrewolucja młodych”, na co wielu czytelników zareagowało oburzeniem. Inni odnieśli się do tego artykułu podobnie jak autor komentarza podpisujący się jako Raszid: „Nacjonalizm jest mi zupełnie obcy pod jakąkolwiek postacią, jednak uważam, że nie ma nic złego w tym, że ktoś zamieścił tu takie info… nikogo tym nie obraził, nie wypisywał jakiś?epitetów? pod niczyim adresem… według mnie nie ma nic w tym złego”. Burza przetoczyła się także przez redakcyjną listę dyskusyjną, lecz mimo, że podstawowa zasada Indymediów, jaką jest niestosowanie cenzury, może dla wielu wydawać się kontrowersyjna, artykuł nie został usunięty.

Ktoś zapyta: „A jeśli ktoś napisze artykuł nawołujący do mordowania Eskimosów?” Otóż istnieje możliwość ukrywania wiadomości niezgodnych z polityką redakcyjną Indymediów (dotyczy to najczęściej reklam, informacji powtarzających się, szerzących nienawiść rasową, seksistowskich, etc.). Zostają one usunięte z głównej strony, ale nadal są dostępne na specjalnej podstronie. Jest to kompromis pomiędzy chęcią utrzymania braku cenzury, a potrzebą uchronienia IMC przed zalewem internetowych śmieci.

Każdy, kto uzna jakieś wydarzenie za istotne, może wysłać informację o nim do Indymediów. Wszystko co dana społeczność uzna za ważne, ukazuje się na stronie lokalnego IMC. Mimo, że w każdym IMC istnieje kolektyw redakcyjny, tylko w niewielkim stopniu wpływa on na przepływ informacji. Wszystkie strony internetowe IMC składają się z dwóch głównych działów: pierwszy to tzw. newswire – dział który otwarty jest dla każdego, kto pragnie podzielić się swoją wiedzą z innymi. Drugi dział to kolumna redakcyjna, do której trafiają teksty pisane przez kolektyw redakcyjny lub wybrane teksty z działu newswire.

Całą infrastrukturę potrzebną do prezentowania informacji za pomocą Indymediów tworzą wolontariusze, także informacje są dostarczane przez dziennikarzy – wolontariuszy. System jest prosty i przejrzysty – dokumenty i dyskusje redakcyjne są jawne i łatwo dostępne.

Mimo, że internet jest podstawowym środkiem komunikacji dla każdego IMC, nie należy Indymediów zawężać jedynie do tego środka przekazu. Każde z Centrów stara się, w miarę możliwości finansowych i technicznych, nadawać audycje radiowe i telewizyjne (na przykład poprzez lokalne sieci kablowe), czy publikować specjalne wersje drukowane, na przykład „Unconvention” z Filadelfii, „The Indypendent” z Nowego Jorku, „Cmi na Rua” z Brazylii, czy „Unabhängiges Medienzentrum” z Niemiec. Podczas ważnych wydarzeń pisma te ukazują się codziennie.

O sile Indymediów świadczy chociażby przypadek palestyńskiego IMC, które rozpoczęło działalność zaledwie na kilka dni przed początkiem izraelskiej akcji Mur Ochronny. Wówczas, mimo godziny policyjnej ogłoszonej przez władze Izraela, kolektyw redakcyjny IMC Palestyna nadawał z Betlejem relacje na temat zaistniałej sytuacji. W momencie, kiedy odcięto dostęp do internetu i kolektyw został pozbawiony kontaktu ze swoją stroną www oraz uwięziony w biurze IMC przez wojsko, dostarczanie informacji kontynuowali wolontariusze. Podczas, gdy władze Izraela zablokowały dziennikarzom dostęp do rejonu ogarniętego konfliktem, wolontariusze IMC Palestyna wypełniali zaistniałą lukę informacyjną, dzięki czemu palestyńskie IMC zdobyło sobie popularność także wśród dziennikarzy komercyjnych mediów, a liczba wejść na stronę osiągnęła 600 000 dziennie.

Słabą stroną Indymediów jest fakt koncentrowania się działaczy IMC na stosunkowo ograniczonym zakresie tematów. Niejednokrotnie, przeglądając strony poszczególnych IMC można odnieść wrażenie, że cały świat jedynie strajkuje, demonstruje i protestuje. Wynika to najprawdopodobniej z zainteresowań ludzi zaangażowanych w tworzenie poszczególnych IMC. Być może wkrótce, wraz ze wzrostem popularności Indymediów, pojawi się więcej informacji dotyczących innej tematyki.

Wydaje się, że Indymedia, prezentując zindywidualizowany obraz świata oraz wzmacniając zarówno lokalne, jak i globalne społeczności, mogą stać się nie tylko ważnym medium informacyjnym i opiniotwórczym, stanowiącym nie lada konkurencję dla mediów komercyjnych, ale także potężnym środkiem nacisku i wyzwaniem dla establishmentu. Indymedia, które dają możliwość wypowiedzenia się ludziom bez względu na światopogląd, a przede wszystkim umożliwiają zaistnienie na światowym forum także społecznościom krajów tzw. biednego Południa, gdzie również istnieją lokalne IMC, mogą ukazywać problemy dotychczas pomijane, lub niedostatecznie uwzględniane w ogólnoświatowych mediach, jednocześnie wzmacniając świadomość siły międzynarodowej solidarności.

W styczniu 2003 roku powstała polska strona IMC i stopniowo zaczyna zdobywać coraz większą popularność wśród internautów. W newswire pojawia się kilka informacji dziennie. To, czy osiągnie sukces podobny do IMC w innych krajach, zależy od każdego z nas.