Nihil novi, czyli stare wraca

Mariusz Doluk
18.11.2005

Nowy rząd, zapewne ku zaskoczeniu wielu, będzie w pewnym sensie rządem kontynuacji. Postulowana czwarta RP dość łatwo wpisuje się w stare i znane koleiny trzeciej. Szczególnie zdumieni zapewne są ci, którzy omamieni propagandą przedwybroczą uwierzyli, że rząd PiS będzie rządem solidarnościowym (przez małe „s”), socjalnym czy wręcz socjalistycznym. Nic z tych rzeczy. Po wygranej, kiedy już wyborcy zrobili, co do nich należy, sytuacja wraca powoli do normy w większości kwestii. Nagle z expose premiera wyparowały obiecywane podczas kampanii trzy miliony mieszkań i zamieniły się cudownie w pięć stadionów. Wiadomo – nie ma pracy, nie ma mieszkań, potrzebne są więc igrzyska. Znajomy zastanawiał się nawet, czy te stadiony nie mogłyby pomiędzy rozgrywkami służyć za masowe noclegownie. Taki mały substytut. Jako forma igrzysk dla mas może też być uznana nagonka na środowiska gejowskie czy Wielka Komisja Śledcza do spraw Wszystkiego. Natomiast w sferze gospodarki niewiele się zmieni. Symbolem kontynuacji może być tragikomiczna „afera”, kiedy to okazało się, że premier Marcinkiewicz „ściągnął”, niemal słowo w słowo, obszerne fragmenty z expose poprzednika. Podatki będą obniżane (w projekcie rządowym progi podatkowe są tak spłaszczone, że tylko krok dzieli je od podatku liniowego), a minister skarbu Andrzej Mikosz zapowiedział przyspieszenie prywatyzacji. To ostatnie spowodowało nerwowe ruchy w NSZZ „Solidarność”, która, jak wiemy, uwierzyła w „solidarne i socjalne państwo” i poparła Kaczyńskiego w wyborach, jako „jedyną siłę przeciwko neoliberałom”. „Solidarność” wysłała nawet skargę w tej sprawie do premiera i prezydenta elekta. Ciekaw jestem, jaką i czy w ogóle dostanie odpowiedź? Zastanawiam się, kiedy ten związek przestanie dawać się mamić kolejnym rządom prawicowym, podobnie zresztą pozostaje otwarte pytanie, kiedy OPZZ przestanie dawać robić sobie wodę z mózgu rządom „lewicowym”. Poza tym, czy rządy w ogóle mogą prowadzić inną politykę? Nie tylko są uzależnione od sponsoringu wpływowych biznesmenów, którzy słono płacą wszystkim bez wyjątku partiom mającym szansę mieć jakieś wpływy (może tylko niektórym dają trochę więcej) za wspieranie ich „progospodarczej” polityki, ale także są uzależnione od kapitalistycznej globalnej gospodarki, która nie daje rządom zbyt wielkiego pola manewru. Jeśli te nie będą działać pod dyktando międzynarodowych rynków i organizacji, wtedy mogą dostać się na indeks państw „nierozsądnych”, spadną im ratingi prowadzone przez międzynarodowe agencje i będzie kłopot. Tak więc, w dużej mierze, polityka gospodarcza nie jest pisana w gabinetach ministrów. Ponadto rządy mają tendencję do robienia zwykle polityki „pod siebie”, a nie działania dla dobra obywateli. Wszak, jakby co, zawsze można zmienić nazwę partii i sprzedać stary, zużyty produkt w nowym opakowaniu. Wystarczy dobrze przygotowana kampania reklamowa i „mamy spokój na cztery lata”. Przecież i tym razem mało kto się zorientował, że PiS to w zasadzie AWS po liftingu.

Elementy kontynuacji z przyspieszeniem widać szczególnie wyraźnie w przypadku polityki zagranicznej. Może tylko nieco więcej jest jak dotąd prężenia muskułów, udawania światowego mocarstwa i wymachiwania szabelką, co już przynosi konkretne efekty – pozostałe kraje pukają się w głowę, a Rosja zastanawia się czy podnieść nam cenę gazu. Polska pod rządami takich osób, jak nowy minister Radek Sikorski, ulegnie jeszcze większej wasalizacji w stosunku do USA niż za poprzedników. Warto zauważyć, że Sikorski jest członkiem American Enterprise Institute, konsewatywnego think­‑tanku, uważanego za czołowego architekta polityki administracji prezydenta Busha. Pogłębianie „przyjaźni polsko­‑amerykańskiej” widać już w pierwszych posunięciach rządu. Sikorski zapowiedział kilka dni temu, że zostaniemy w Iraku zapewne dłużej niż do końca roku, jak to było wcześniej zapowiadane („musimy to jedynie skonsultować z sojusznikami”, czytaj – „zapytać wielkiego wodza George’a, co robić”). Dochodzi do tego głośna ostatnio sprawa tarczy antyrakietowej, której Polska ma być jednym z głównych elementów, u nas mają być umieszczone silosy z rakietami. Kwestia ta była negocjowana w sposób półjawny przez poprzedników. Teraz rząd PiS postanowił wyłożyć „kawę na ławę” i ogłosił, że Polska wręcz przebiera nogami, żeby mieć na swojej ziemi te „zabawki”. Poprzednicy co najwyżej skrytykowali nowych za „brak profesjonalizmu”. Przecież pozorując, że „średnio nam zależy”, można było wytargować coś więcej od USA, a tak – nasza pozycja negocjacyjna jest słabsza. Samej idei nie próbowali podważyć. Ciekaw jestem, przed kim będziemy się bronić za pomocą tych rakiet? Zbombardujemy Moskwę, bo zablokowała import polskiego mięsa i owoców? Tak naprawdę chodzi o to, żeby wciągnąć głębiej Polskę w imperialną politykę Busha, dla którego będziemy stanowić propagandowy listek figowy, dzięki któremu będzie mógł mówić, że „nie działa sam, ale w koalicji”. Zamiast wydawać na politykę społeczną w kraju, będziemy pompować pieniądze w zbrojenia, aby lepiej służyć nowym panom (w oficjalnej propagandzie: „aby wypełniać zobowiązania sojusznicze”). Już to kiedyś przerabialiśmy, ale wtedy kraj nie nazywał się IV Rzeczpospolita, ale PRL, a „wielki sojusznik” posługiwał się skrótem czteroliterowym, a nie trzyliterowym.

Tak czy owak, w polityce zagranicznej, ani gospodarce na żadną rewolucję się nie zanosi.