Ryba psuje się od głowy, czyli krytycznie o Apelu z Bamako

Mariusz Doluk, Marcin Pańków
26.08.2008

Z dwuletnim opóźnieniem do polskiego czytelnika trafia tekst Apelu z Bamako, który właśnie został opublikowany w dziesiątym numerze „Recyklingu Idei”. Apel można traktować jako główny – a przynajmniej jedyny oficjalny – dokument polityczny światowego ruchu alterglobalistycznego ostatnich lat. Już sama jego geneza jest wyrazem rosnącej presji na stworzenie spójnego programu politycznego w ruchach antysystemowych. Tekst niestety nie powstał w wyniku konfrontacji idei w łonie ruchu na lokalnych Forach Społecznych, lecz wdrożono go zgodnie z tradycjami instytucjonalnej lewicy. Napisany przez grupę intelektualistów, zaprezentowany został do zaakceptowania bądź odrzucenia Światowemu Forum Społecznemu. Zarazem Apel jest też niewątpliwie świadectwem stanu świadomości jego autorów. Traktuje o narodzinach nowego historycznego podmiotu – porównuje się go wręcz z Manifestem Komunistycznym1. Bliższa lektura zaleca jednak ostrożność wobec tak efektownych porównań. Tekst należy odczytywać w jak najbardziej współczesnym politycznym kontekście.

Apel z Bamako powstał w 2006 roku, w momencie historycznym określonym przez podwójną tendencję: z jednej strony światowa lewica od dawna albo znajdowała się w zapaści, albo zaakceptowała większość założeń ideologii liberalnej; z drugiej – część rozwiązań lewicowych tu i ówdzie wpisało się w nowe „formy hybrydowe” – stąd rosnąca popularność modelu wenezuelskiego, który wśród części osób zdążył zyskać rangę jedynej politycznej alternatywy dla dominującej wszechwładzy rynku. Ponieważ charyzmatyczny prezydent Wenezueli został jednocześnie wykreowany na symbol oporu przeciwko amerykańskiemu imperializmowi, „socjalizm dwudziestego pierwszego wieku” podbił nie tylko serca, ale i umysły. I to do tego stopnia, że najwyraźniej nadwyrężył poczucie rzeczywistości alterglobalistycznych teoretyków. Trudno bowiem inaczej wyjaśnić fakt powstania tworu tak osobliwego i eklektycznego jak Apel z Bamako. Powiedzmy szczerze na początku: Apel trudno w ogóle traktować jako projekt polityczny, co najwyżej jako świadectwo jego braku. Powodów jest wiele, skupimy się na naszym zdaniem najważniejszych.

Już sam kształt tekstu narzuca wizję sytuacji, współczesnych walk społecznych i obowiązujących reguł gry. Składa się z trzech części – krótkiego wprowadzenia, ośmiu zasad, a następnie – katalogu celów, które stawia przed nami w wymiarze długofalowym i doraźnym. Taka konstrukcja nie jest neutralna – pozwala przede wszystkim zatrzeć brak historycznej diagnozy, uniknąć próby rozpoznania kluczowych tendencji i sytuacji strategicznej, która narzuciłaby jakieś w miarę zdecydowane konsekwencje. W rezultacie Apel z Bamako od początku pozostaje co najwyżej – jak słusznie nazwa wskazuje – „apelem”, a nie manifestem. W przeciwieństwie do Manifestu Komunistycznego nie jest wskazaniem nowej siły i społecznej racji, lecz wyrazem niepewności i oderwania od realiów współczesnego świata – w konsekwencji: tworem całkowicie pozbawionym ostrza politycznego.

Zacznijmy od wprowadzenia. Napotykamy tu możliwie niekontrowersyjne sformułowanie deklaracji ideowej, silnie osadzonej w sferze wartości, choć zarazem w dziwny sposób ogólnikowej. O ile w dokumentach Peoples’ Global Action2, protoplasty ruchu alterglobalistycznego, chodziło jeszcze o walkę z kapitalizmem jako takim (także w neokeynesowskiej, mniej radykalnej odmianie), a nie jedynie z jego skrajną, neoliberalną postacią, tutaj kapitalizm utożsamia się w zasadzie z neoliberalizmem. Schemat ten do końca pozostaje nienaruszony. Widmu neoliberalizmu i jego przemożnej dominacji przeciwstawia się jakąś inną, złagodzoną i zreformowaną wersję, obraz „pokoju, sprawiedliwości i różnorodności” – forsowany pod zagadkowym hasłem „radykalnego przeobrażenia systemu kapitalistycznego”.

Dowiadujemy się więc, że „nie sposób już dłużej tolerować niszczenia Ziemi i milionów ludzkich istnień” – z czym trudno się nie zgodzić. Problem w tym, że całość znacznie łagodzi tę tezę, która rychło zaczyna jawić się jako idealistyczna przesada. Autorzy domagają się „stworzenia zróżnicowanego, wielobiegunowego i opartego na dążeniach zwykłych ludzi podmiotu historycznego”. Jeżeli tak, to przydałby się jakiś historyczny opis jego realnych możliwości, a przede wszystkim jakiekolwiek wyobrażenie na temat jego przeciwników i metod, jakimi dysponują: krytyczna wizja systemu władzy – politycznej i ekonomicznej – zakresu i technik jej oddziaływania, a zwłaszcza jej słabych punktów. Wstęp unika jednak ryzykownych diagnoz, które traktowałyby o kapitalizmie od strony strukturalnej. Nie wspomina o narastającym utajnieniu procesów decyzyjnych, implozji opinii publicznej, o powszechnym „kłamstwie bez repliki” – słowem: o wszystkim tym, co w wymiarze globalnym nadaje światowemu systemowi charakter przestępczy. Nie przeczytamy nic na temat narastającego chaosu, systemowej korupcji środowisk kapitałowo­‑politycznych, marketingu politycznego, spektaklu i innych form pacyfikacji, które blokują tradycyjne kanały oddolnego społecznego nacisku. Zamiast tego antysystemowi intelektualiści – tak jakby urodzili się w latach osiemdziesiątych – wolą koncentrować się na efektach anonimowej „polityki neoliberalizmu” – na konsumpcji, konkurencji, izolacji, urynkowieniu, katastrofach ekologicznych, na „słabości demokracji”, fatalnej dominacji Stanów Zjednoczonych… Te dość dobrze w sumie znane „bolączki współczesności” mają znaleźć przeciwwagę w różnorodności, solidarności i podobnych ogólnikach, którym jedynie „należy przywrócić należną rolę”. „Trzeba znaleźć i upowszechniać rozwiązania alternatywne, które zaktywizowałyby siły społeczne i polityczne” – czytamy w apelu. Tryb przypuszczający nie pojawia się przypadkiem. Druga część dokumentu sprawia bowiem wrażenie, że mobilizację społeczną winna w jakiś sposób (nie wiadomo jaki) zapewnić barwna paleta „ośmiu zasad”: 1) solidarność, 2) obywatelskość i równość płci, 2) afirmacja uniwersalnej cywilizacji, 4) „budowanie przestrzeni uspołecznienia poprzez demokrację”, 5) szacunek dla zasobów planety, 6) odtowarowienie dziedzin życia, 7) pojednanie postępu z autonomią kultur, a także 8) „antyimperialistyczna solidarność Ludów Południa i Północy”.

Ponieważ wśród zasad nie znalazło się miejsce na zagadnienie pracy i kapitału, można wnosić, że sielski obraz, jaki się z nich wyłania, przeznaczony jest dla szerszego grona bardziej umiarkowanie nastawionych czytelników. Jednak także taka strategia pozostawia nieodparte wrażenie naiwności. Sama narzuca sceptyczne pytanie: czy stawiając na tak ogólne hasła tekst jest w stanie zakwestionować możliwość ich politycznego urzeczywistnienia w ramach systemu już istniejącego? Można w to wątpić. Apel nie rzuca wyzwania kapitalizmowi, przeciwnie, zawiera symptomatyczny komunikat – akceptuje kapitalizm jako normę, dominującą kulturę i środowisko. Już na wstępie deklaruje, że pragnie jedynie pewnej utopii. „Nie jesteśmy niebezpieczni” – komunikują tym samym wyraziciele idei alterglobalizmu. Zachowują się tak, jak gdyby przeciwstawiali się jakiejś kontrolowanej logice o źle zdefiniowanych celach, które należy jedynie zastąpić lepszymi, „alternatywnymi”. Pierwsze dwie części Apelu stawiają nas więc przed kłopotliwym paradoksem: tekst, który ma ukazywać drogę do przezwyciężenia dzisiejszej formy kapitalizmu, faktycznie pozostaje pod presją bezalternatywności zjawisk, którym się przeciwstawia – nawet jeśli unika się w nim magicznego słowa „globalizacja”. Nie tylko bierze liberalną ideologię i technokratyczne slogany o globalizacji za rzeczywistość, ale w tym złudzeniu oddaje pole swoim przeciwnikom. Dopiero to daje autorom moralny mandat, aby domagać się uznania i politycznej przemiany. Uprawnia to do pytania: a może w Apelu chodzi o coś innego, niż mówi nam bezpośrednio? Jakie jest jego realne znaczenie polityczne? Przyjrzyjmy się szczegółowym zaleceniom dla uczestników ruchów antysystemowych.

Trzecia część zawiera obszerny katalog „propozycji długofalowych i działań bieżących” dotyczących rolnictwa, polityki międzynarodowej, równości płci, świata pracy i mediów. Dobór formy znów nie jest przypadkowy. Kolejne zalecenia wyliczane w licznych podpunktach mają sprawiać wrażenie profesjonalizmu, naśladując panujący apolityczny styl rządzących technokratów, i tym bardziej zdradzają brak wiary w ich urzeczywistnienie. Trzecia część to rozproszony konglomerat koncepcji, wyzutych ze strategicznego kontekstu i hierarchii celów. Ponieważ istniejący system kapitalistyczny należy w jakiś sposób „znormalizować”, bądź „zrównoważyć”, wyobraźnia autorów rozsnuwa wizje instytucji i gremiów kontrolnych oraz pożądanych globalnych reform. Słuszne postulaty społeczne znajdują przełożenie na propozycje, które polegają bądź na intensyfikacji już podejmowanych działań, bądź na ich instytucjonalizacji. Ten „strategiczny konserwatyzm” sprawia jednak, że całość ociera się o absurd.

Absurd ten polega na wszechobecnym dysonansie między celami a środkami. Aby zapobiec hegemonii USA i Europy należy „stworzyć grupę Delegatów do spraw Obserwacji Demokracji, wyposażonych w prawo sprzeciwu” w ramach ONZ… Należy tworzyć placówki szkoleniowe dla dziennikarzy, gremia ekspertów „śledzących ruchy kapitału”, a nawet specjalne grupy demaskatorów do spraw propagandy wojennej oraz politycznych i gospodarczych nacisków. Dowiadujemy się nawet ile języków i na jakim poziomie trzeba uczyć w szkołach na całym świecie, a także o tym gdzie i dlaczego trzeba likwidować sztuczne zapory wodne. Proponuje się, aby „zachęcać mężczyzn do kwestionowania męskiej dominacji i dekonstruowania jej mechanizmów”. W odniesieniu do Afryki i Azji należy „rozpocząć kampanie na rzecz pokoju i zakończenia istniejących konfliktów bądź zapobieżenia ryzyku nowych konfliktów”, „udaremniać ekspansję i rywalizację kapitału między państwami”. Wciąż mowa o tym, co „trzeba” albo „powinno się” zrobić: „wzmocnić protesty”, „rozszerzyć kampanię”, „promować”, „upowszechnić”, „zobligować”. Wygląda to tak, jak gdyby mnożąc kolejne nie cierpiące zwłoki zmiany, twórcy apelu odreagowywali brak wiary w realną możliwość ich wdrożenia. Biorąc pod uwagę, że w grę wchodzą kwestie palące (suwerenność żywnościowa, wojny na Bliskim Wschodzie) można się zastanawiać nad sensem tego rytuału.

Krótko mówiąc, konkretne postulaty zawarte w Apelu potwierdzają pierwsze wrażenie, że zarysowuje on coś w rodzaju reformistycznej utopii świata wyrwanego z rąk kapitału i establishmentu przez działaczy społecznych i grupki intelektualistów. Siła powinna z jakichś przyczyn zrezygnować z pozycji siły, choć polityczny podmiot, który mógłby się jej przeciwstawić, nie zyskuje namacalnego kształtu. Wróćmy do naszego pytania: czy do tego sprowadza się sens polityczny tego tekstu? Wydaje się, że nie. To, że pomija się kwestie bazy instytucjonalnej i finansowania wszystkich tych palących przedsięwzięć też jest nieprzypadkowe. Istnieją tylko dwie możliwości – albo mamy do czynienia z utopią wyjątkowo naiwną, z próbą zaklinania rzeczywistości (należałoby na przykład zdublować większość istniejących instytucji, łącznie z wywiadem, i zaludnić je świetnie wyszkolonymi aktywistami i wolontariuszami), albo promowane instrumenty reform musiałyby znaleźć zaczepienie w instytucjach już istniejących – narodowych, międzynarodowych, organizacjach pozarządowych. Jeżeli tak, komunikat zawarty w apelu zyskuje całkiem znajomy kształt – jeśli pominąć idealistyczną otoczkę, okazuje się po prostu programem socjalliberalnym.

I tak chyba należy „w ostatniej instancji” interpretować realne (a nie intencjonalne) polityczne znaczenie Apelu z Bamako. Wystarczy przyjrzeć się szczegółom. Propaguje się otwarcie biurokratycznych związków zawodowych na ruchy społeczne, „nawołując” do poniechania prób zawłaszczania tych ostatnich przez partie polityczne. W apelu nie znajdziemy krytyki tradycyjnych form uzwiązkowienia, natomiast związkom „zaleca się” obronę imigrantów. Postuluje się reformę i reintegrację międzypaństwowych instytucji regionalnych w Afryce, „tak aby” uniezależnić je od „zbyt dużego wpływu supermocarstw”, wspominając przy tym o szkodliwości „wolnego handlu” i konieczności budowania alternatyw. Autorzy domagają się też rzecz jasna przenoszenia produkcji „w oparciu o negocjacje”, „wielostronnego dialogu między państwami”, „wzmocnienia inicjatyw lokalnych” i aktywnego „społeczeństwa obywatelskiego”. Ponieważ adresatem apelu jest mimo wszystko głównie lewicowa publiczność z krajów Północy, łatwo się domyślić, jakie procesy towarzyszą podobnym hasłom w warunkach instytucjonalnych wytworzonych w kapitalizmie. Są to procesy wchłaniania ruchów społecznych przez instytucje systemu liberalnego. Przynajmniej jedną prawdę warto sobie już dziś przyswoić: to instytucje kształtują ludzi, a nie ludzie instytucje.

To prawda, że bliskie apelowi idee zyskały dziś realny kształt w co najmniej jednym miejscu na świecie – chodzi o ”system hybrydowy”, jaki znamy z Wenezueli. To, że Apel skupia się na „neoliberalnym kapitalizmie”, a nie kapitalizmie jako takim, nie wynika więc z historycznej ignorancji. Należy jednak zdać sobie sprawę z przynajmniej dwóch faktów: po pierwsze – wbrew antykapitalistycznemu PR­‑owi – model wenezuelski znakomicie wpisuje się w plan efektywniejszego włączania gospodarek Południa w światowy system kapitalistyczny. To prawda, że Hugo Chavez jako charyzmatyczny lider i porywający mówca być może jest w stanie zaspokoić zapotrzebowanie na czarno­‑biały obraz świata, w którym po jednej stronie – używając jego porównania – stoi szatan Bush, a po drugiej on. Nie zmienia to jednak faktu, że jednocześnie przy wsparciu Banku Światowego realizowany jest projekt Integracji Regionalnej Infrastruktury Południowej Ameryki (IIRSA). Forsowanie wielkich projektów infrastrukturalnych i industrializacyjnych trudno więc uznać za „alternatywę dla marnotrawstwa i niszczycielstwa kapitalizmu”. Międzynarodowe korporacje, od północnoamerykańskich po rosyjskie, wciąż są obecne w Wenezueli i chwalą sobie współpracę z ”rewolucyjnym” rządem. Po drugie – koszty rozwiązań socjaldemokratycznych ponoszą pracownicy krajów, które nie posiadają dostępu do złóż i technologii albo nie korzystają z pozycji, jaką kraje północy zyskały w przeszłości (konsumując przy tym zabójczą ilość energii). W pozostałych przypadkach każda próba emancypacji spod władzy światowej oligarchii finansowej i wyjścia naprzeciw naciskom społecznym kończy się przykrą nauczką – kryzysem finansów publicznych, wycofaniem kapitału i tak dalej. W batalii o państwo z reguły zwycięzcą okazuje się silniejszy – ten, kto posiada władzę ekonomiczną, panuje nad informacją i wiedzą, ma przemożny wpływ na proces legislacyjny czy wykonawczy władz państwowych.

Ideologiczny eklektyzm apelu, jego bezsilność i próba pojednania wszystkiego ze wszystkim, jest odbiciem schizofrenii, jakiej doznały dziś państwa narodowe, które próbują jeszcze wdrażać elementy polityki socjaldemokratycznej. Każdy reformator, który trafia na problem wykorzystania państwa i innych organizacji do celów ogólnospołecznych, trafia na tę schizofreniczną sytuację – jego zadanie przypomina łatanie poszycia w trakcie rejsu. Poddawany jest tym samym presjom co inni, którzy próbowali tego przed nim. Na dłuższą metę zmuszony jest ulec prawu silniejszego i prędzej czy później zaczyna sobie ten fakt racjonalizować. Krótko mówiąc, podstawowa instytucja, która zdolna jest do realizacji postulatów apelu – państwo – jest zneutralizowana przez te same siły, przeciwko którym apel występuje. Nadzieja dla świata nie leży dziś w ”marszu przez instytucje” i w dostarczaniu legitymizacji parlamentarnym widowiskom, lecz w radykalnej zmianie stosunku sił między kapitałem a pracą. Temat ten zresztą zostaje dość oględnie opracowany w trzeciej części Apelu – niestety ginie w morzu innych „koniecznych reform”, a postulat niehierarchiczności światowego ruchu pracowniczego dziwnym trafem redukuje się do formy czysto PR­‑owskiej („Należy zadbać o to, aby nie postrzegano ponadnarodowej organizacji klasy pracującej jako struktury jednolitej, hierarchicznej i piramidalnej”).

Apel krąży wokół pojęcia demokracji i – last but not least – nie wykluczone, że to właśnie hasło jest ukrytą stawką gry toczonej między pracą a kapitałem. Alterglobaliści mówią o ”walce, która wysuwa alternatywny projekt społeczny, składający się z prawdziwych poziomów władzy i demokracji, odbiegający od obecnych form parlamentarnej demokracji przedstawicielskiej oraz jej mechanizmu wyborczego”. Uważny czytelnik szybko jednak zrozumie, że to jedynie lifting tracącej w błyskawicznym tempie zaufanie demokracji przedstawicielskiej. Dowiadujemy się bowiem natychmiast, że „oznacza to wymóg przejrzystości w procesie podejmowania decyzji i w podziale odpowiedzialności; postulat ten nie oznacza zmniejszenia wagi demokracji przedstawicielskiej, przeciwnie, dopełnia ją i pogłębia”. Strategiczna ostrożność jest dziś jedną z głównych cnót lewicowej kultury politycznej. Należy „zmienić wiele, aby nie zmieniło się nic”. Trudno stwierdzić w jak dużym stopniu także ten tekst wpisuje się w taktykę ukierunkowaną na przetrwanie struktur władzy.

Tym, co stanowiło odmianę w przypadku ostatniej fali ruchów społecznych był fakt, że nie próbowały one pośpiesznie przywdziewać szat z przeszłości. Już wcześniej można było mieć wątpliwości, czy na dłuższą metę jest to do utrzymania w świetle ambicji poszczególnych osób i grup do zdominowania tak łakomego kąska. Pierwsze symptomy świadczące o tym, że ta delikatna równowaga została zachwiana, pojawiły się bodaj podczas Europejskiego Forum Społecznego (EFS) w Paryżu w 2003 roku, gdy w sposób zupełnie nieprzejrzysty, w wąskim gronie związanym głównie z brytyjskimi trockistami podjęto decyzję o zorganizowaniu następnego Forum w Londynie – co ciekawe, bez konsultacji z lokalnym Londyńskim Forum Społecznym. Natychmiast podniosły się protesty na temat nieprzejrzystości procesu decyzyjnego i niejasności co do finansowania Forów. Wszystko to zostało zamiecione pod dywan w imię „jedności”. Londyńskiego EFS nie omieszkał wykorzystać w lansowaniu swojej osoby ówczesny „czerwony” burmistrz Londynu, Ken Livingston. Próba natrafiła na dość powszechny sprzeciw – nie tylko ze strony grup niehierachicznych – w wyniku czego doszło do powstania Przestrzeni Autonomicznej, gdzie finansowanie było jawne, a proces decyzyjny przejrzysty.

Za sprawą promocji w mediach, w partiach politycznych, na uczelniach czy w wydawnictwach, grupa intelektualistów pretenduje dziś do roli głosu całości i niestety ku naszemu smutkowi, sama zaczyna w to wierzyć, uzurpując sobie prawo do wyznaczania kierunku. Ten osobliwy „podział pracy” wydaje się tym bardziej szkodliwy, że polityczny projekt przyświecający autorom Apelu z Bamako wbrew pozorom nie jest projektem neutralnym. Żeby było jasne, w tekście jest wiele słusznych intencji i pomysłów, niestety stanowią one lukier, który ma ułatwić przełknięcie gorzkiej pigułki. Gdyby był jednym z wielu tekstów mających wywołać debatę w ”ruchu ruchów” na temat jego przyszłości politycznej, nie stanowiłoby to istotnego problemu. Niestety obawiamy się, że nie o wywołanie debaty tutaj idzie, ale o zdominowanie ruchu przez określoną, bynajmniej nie neutralną wizję praktyki.

Być może sympatycy Apelu wzruszą z niecierpliwością ramionami – krytykować ponoć mogą jedynie ci, którzy mają coś konkretnego do zaproponowania. Jeżeli jednak nie dysponuje się nową strategią, nie ma sensu przedstawiać publiczności jej starej wersji w nowym opakowaniu. Automatyczny powrót do mechanizmów instytucjonalnych wytworzonych w kapitalizmie, biurokratycznego zarządzania pracą w imieniu ludzi, nie wydaje się dziś pomysłem ani realnym, ani specjalnie pożądanym. Lepiej od razu postawić sprawę jasno. Trzeba „patrzeć trzeźwym okiem na swe stanowisko życiowe, na swoje wzajemne stosunki”.

Przypisy:

1. W dyskusji na temat Apelu porównania z Manifestem Komunistycznym stają się wręcz obiegowe. W publikacji A Political Programme for the World Social Forum, red. J. Sen, M. Kumar, P. Bond, P. Waterman, New Dehli 2007 (dostępnej w internecie pod adresem http://www.nu.ac.za/CCS/files/CACIM%20CCS%20WSF%20Politics.pdf), w której zebrano teksty dotyczące apelu, wydrukowano także tekst Manifestu. Redaktor Monthly Review Press napisał w notce na temat książki Samira Amina The World We Wish To See (http://www.monthlyreview.org/worldwewish.php): „W publikacji tej znajdziemy również pełny tekst Apelu z Bamako, określanego jako Manifest Komunistyczny naszych czasów”.

2. Peoples’ Global Action (PGA) – powstała w 1998 roku w Genewie sieć radykalnych ruchów społecznych sprzeciwiających się wszelkim formom dominacji: kapitalizmowi, rasizmowi, seksizmowi i tak dalej. Opowiada się za działaniami konfrontacyjnymi w formie akcji bezpośredniej i obywatelskiego nieposłuszeństwa, typowe działania lobbyingowe NGO­‑sów uważając za nieskuteczne. promuje organizowanie się na zasadach decentralizacji i autonomii. Dzięki koordynacji w ramach PGA odbyło się szereg protestów uważanych za początek ruchu alterglobalistycznego (w Seattle w 1999 roku, w Pradze w 2000 r.).