Rospuda a demokracja

Mariusz Doluk
27.02.2007

Od kilku dni batalia o Dolinę Rospudy nabrała tempa. Ekolodzy własnymi ciałami bronią unikatowej przyrody, zaś politycy w sejmie deliberują nad tym, co im się bardziej opłaca z ich wąskiego, politycznego punktu widzenia. Co kilka godzin powstają nowe pomysły. Początkowo wydawało się, że rząd sam nie wie czy chce popierać własny projekt. A to Jarosław Kaczyński sugerował, że za ekologami stoją ciemne siły, a to znowu wysłał Centralne Biuro Antykorupcyjne, żeby znalazło jakieś papiery, najlepiej na poprzedników, którzy podjęli decyzję o przebiegu tej obwodnicy, co pozwoliłoby rządowi w razie czego wycofać się z twarzą ze skompromitowanego projektu, a całą winę zwalić w klasycznym stylu na innych. Na wszelki wypadek równocześnie rząd nakazał skontrolowanie wrażych sił ekologicznych, czy aby nie maczają w tym palce jakieś pozostałości po WSI, albo jakaś agentura rosyjska lub niemiecka, czy (nie daj Bóg) anarchiści.

Pozostawmy jednak obsesje rządowe nieco z boku, a zajmijmy się czymś znacznie ciekawszym. To, co wydaje się z mojego punktu widzenia interesujące w tej batalii, to rola tzw. „samorządu”, społeczności lokalnej i środków masowej dezinformacji, czyli, innymi słowy, problem władzy.

Pozornie wydawałoby się, że wszystko jest w porządku. Lokalna społeczność chce obwodnicy, nawet kosztem przyrody, zatem samorząd zdecydował i koniec. Demokracji stało się zadość, a każdy prawdziwy demokrata powinien się cieszyć, siedzieć cicho i czynnie wspierać projekt premiera Kaczyńskiego dotyczący lokalnego referendum w sprawie losu Rospudy. Niektórzy zwolennicy skrajnego lokalizmu i „antyglobalizmu” właśnie takie konsekwencje mogą wyprowadzić z aksjomatu, że lokalna społeczność zawsze ma rację i z natury swojej chce dobrze dla swego otoczenia. Jak widać nie musi tak być, szczególnie jeśli pewne niezdrowe tendencje są wzmacniane przez obecny system polityczno­‑gospodarczy.

Na przykładzie społeczności Augustowa widać, że nie zawsze sprawa wygląda tak pięknie. Ludzie chcą obwodnicy jak najszybciej, tu i teraz, i nie bardzo obchodzą ich jakieś „bagna i żabki”, wszak liczy się człowiek. Pomijam czysto ekologiczny fakt, że alternatywa: przyroda albo człowiek jest z gruntu fałszywa, bo człowiek jest częścią przyrody i bez tych bagien, żabek i drzew nie może istnieć. Rysuje się tu jednak także kwestia stricte polityczna. Kto, na jakich zasadach i w jakich sprawach ma prawo podejmować decyzje?

Zastanówmy się przez chwilę nad mechanizmami władzy, które uwidoczniły się w Augustowie. Istnieje tam pewne lobby związane z władzą samorządową i biznesem, którym bardzo zależy na tym, aby ta obwodnica była właśnie tak, a nie inaczej przeprowadzona. Osoby te posiadają, w związku z pełnionymi przez nie funkcjami w danej społeczności (w biznesie czy administracji), odpowiednie środki, aby manipulować opinią publiczną. Powstaje więc podstawowa kwestia: kto ma dostęp do informacji, kto zarządza środkami masowego przekazu oraz komu ludzie w danej społeczności są podporządkowani i czasem nawet ze strachu wolą „dać się przekonać”. Wiedza to władza – ten truizm świetnie widać w Augustowie. Pytanie pierwsze: czy ludzie, gdyby mieli pełny dostęp do rzetelnej i wielostronnej informacji, byli lepiej wyedukowani i świadomi długofalowych skutków decyzji, nadal byliby zwolennikami tej trasy? Byłaby przynajmniej szansa, że podjęliby inną decyzję, bardziej świadomi skutków, jakie może ona wywołać nie tylko dla przyrody, ale także dla nich samych. Wszak wątpliwe jest czy ta droga w ogóle ma szansę powstać w tym wariancie, a nawet jeśli tak, to jej budowa będzie droższa i będzie trwała dłużej niż w przypadku alternatywnej trasy (ze względu na trudny teren, protesty, problemy prawne, etc.) i nadal ludzie będą ginąć pod kołami TIR­‑ów, a władze lokalne oczywiście winę za swoją dotychczasową bierność i partactwo (zły projekt trasy, brak świateł i kładek dla pieszych, brak alternatywnych rozwiązań dla transportu drogowego) będą mogły zrzucić na kozła ofiarnego, jakim są ekolodzy. Tak więc świadomość, którą, dzięki różnorodnym środkom nacisku i manipulacji, generują lokalne władze, może być sprzeczna z realnym interesem przytłaczającej większości lokalnych mieszkańców. Wydaje się to być znakomitym przykładem fałszywej świadomości.

Następna kwestia: czy faktycznie mamy do czynienia z problemem jedynie lokalnym? Obecnie dochodzi do paradoksu, że niektórzy zwolennicy tzw. demokracji uczestniczącej, samorządów lokalnych i tak dalej nagle wyciągają ręce po pomoc do tak globalnej instytucji, jaką jest Komisja Europejska. Prawdopodobnie ludzie ci nie mają pojęcia, jak zinterpretować sytuację, w której się znaleźli: oto oni – zwolennicy lokalizmu – muszą bronić się przed decyzjami tak hołubionego w pewnych kręgach samorządu lokalnego za pomocą instytucji europejskich. Ale zastanówmy się nad tym. Rospuda naturalnie nie jest problemem, który mogą rozstrzygać tylko i wyłącznie mieszkańcy pobliskiego miasta. Teoria i praktyka anarchistyczna oraz lewicy antyautorytarnej, która jest mi bliska, dużą wagę przykłada do zasady, że decyzję w danej sprawie powinni podejmować ci, których efekty danej decyzji będą dotyczyć. Nie ma zatem wątpliwości, że w kwestii tak ważnego przyrodniczo rejonu decyzję należy podjąć w skali kraju, a nawet Europy. Skoro miasto Augustów, a nawet region, prawdopodobnie same nie byłyby w stanie sfinansować tej trasy, dlaczego decyzja o jej przebiegu ma zapadać tylko lokalnie? O trasie przez Dolinę Rospudy powinien więc decydować na przykład krajowy zjazd sfederowanych wolnych gmin, a nie pojedyncza gmina. Oczywiście ze szczególnym uwzględnieniem głosu lokalnych mieszkańców. Do tego nie jest potrzebna Komisja Europejska, która jedne problemy likwiduje, a inne, najczęściej znacznie poważniejsze, generuje. Nie zapominajmy, że teraz jedni urzędnicy próbują naprawić to, co inni spaprali, ale najczęściej w podobnych przypadkach problemem jest urzędnicza wola. Najważniejszy wniosek, jaki należy wyciągnąć z tej sytuacji jest taki, że lokalna społeczność tylko w pewnym (choć dość szerokim) stopniu jest sama sobie panem na swoim terenie i zawsze w pewnym momencie powstaje potrzeba podejmowania decyzji na szczeblu regionu, kraju i tak dalej. Przy czym to także ma być decyzja ludzi, a nie urzędników, wszystko jedno, czy z Komisji Europejskiej, czy samorządu lokalnego. Bez przemiany w sposobie zarządzania, bez wprowadzenia zasad demokracji bezpośredniej i ścisłej oddolnej kontroli osób wyznaczonych do pewnych zadań, jednym słowem odebraniu władzy urzędnikom i politykom – bez względu na to, czy lokalnym, czy globalnym – na wszystkich szczeblach, niewiele się zmieni.

Na tym przykładzie wyraźnie widać, że pokładanie jakichkolwiek nadziei w obecnej formie samorządu lokalnego jako przeciwwadze do władzy centralnej, jakoby innej, gorszej od władzy lokalnej, jest w dużej mierze bezzasadne. Władza to władza, urzędnik to urzędnik. Obecny samorząd ma taką samą tendencję do odrywania się od wyborców, do tworzenia koterii i lokalnych sitw, jak władza centralna. Może nawet większym stopniu, bo lokalnie wszyscy wszystkich znają i tym łatwiej o kolesiostwo, zwłaszcza, gdy dysponuje się paliwem w postaci choćby skrawka urzędniczej władzy. Dochodzi do tego również fakt, że lokalnie występuje sytuacja, w której miejscowy kapitalista zatrudniający połowę miasteczka staje się panem życia i śmierci, trzymając w kieszeni nie tylko większość samorządowców, ale także lokalną policję, sądownictwo i tak dalej. No i może zwolnić niepokornych z pracy. Takie lokalne księstwo stworzył sobie swego czasu były senator Stokłosa.

Tym samym, dochodzimy do kolejnej kwestii: biznesu. Tutaj grają rolę ogromne pieniądze. A kto ma pieniądze, ten ma de facto władzę. Nie raz już się zdarzało, że politycy z dnia na dzień, z „nieznanych” przyczyn zmieniali zdanie w ważnych sprawach. A w przypadku biznesu nie liczą się żadne wartości poza zyskiem. Nie raz i nie dwa poświęcano znacznie bardziej cenne rejony niż Rospuda, a także życie ludzkie, bo ktoś miał na tym zarobić. Codziennie znikają choćby ogromne połacie lasów deszczowych. A zatem bez przemian w sferze ekonomicznej, bez likwidacji systemu, w którym zysk jest motorem ludzkich działań i w którym akumulacja kapitału jednych czyni panami, a innych sługami, nie ma co marzyć o prawdziwej demokracji. Demokracje uczestniczące, reformy samorządu niewiele tu poradzą, bo nawet jeśli odbierzemy, czy ograniczymy władzę biurokracji, to na jej miejsce wejdzie często znacznie bardziej bezwzględna władza kapitalisty, który już nie musi nawet silić się na stwarzanie pozorów, że dzieje się to w „służbie ludziom”. Zresztą nie ma co marzyć o pokonaniu urzędniczego państwa bez przekroczenia logiki kapitalizmu, gdyż jedno wspiera drugie. Wszak ktoś musi stać na straży praw własnościowych, a kolejne Rospudy będą padały pod toporami różnych Budimexów, chronionych przez kapitalistyczne policje prywatne.