C’est la mort

Fnoll
23.01.2006

Zawsze lubiłem stawać po stronie słabszych, bo wtedy czułem się silniejszy. Zawsze lubiłem stawać po stronie potrzebujących, bo wtedy czułem, że moje potrzeby są zaspokojone. Zawsze lubiłem stawać po stronie chorych, bo wtedy sam czułem się zdrowszy.

Aż w końcu zrozumiałem, że ja sam jestem słaby, mam niezaspokojone potrzeby i niechybnie czeka mnie śmierć.

Odtąd zacząłem mówić we własnym imieniu. Moje imię wśród milionów innych imion niewiele znaczy, ale to wszystko, czym jestem.

To mnie się poniewiera, wykorzystuje, truje. Całe zło świata mnie dotyka, nie dzieje się wyłącznie gdzieś na zewnątrz, gdzieś za ścianą, gdzieś daleko.

Nie mogę z tym żyć.

Muszę zaufać innym, którzy mówią, że wiedzą, jak zmienić tę sytuację na lepsze. Muszę zrzucić na nich tę przerażającą osobistą odpowiedzialność wobec cierpienia. Muszę na nowo uwierzyć, że są tacy, nie ja, ale inni, którzy są silni, zaspokojeni, znający sposób na zdrowe, udane życie. Muszę ich popierać. Być silnym ich siłą, być zaspokojonym ich zaspokojeniem, być zdrowym ich zdrowiem.

Nie mogę znieść siebie samego.

Muszę się przyłączyć.

Kiedyś było pięknie. Kiedyś będzie dobrze.

Kiedy będzie dobrze? Nie za mojego życia… nie nadążam… sprawy idą do przodu… przewodnicy giną z oczu, rzucają cienie przesłaniające słońce, rosną karmiąc się nadzieją mi podobnych, nadzieją na wyzwolenie z cierpienia, na słuszną zemstę… ja sam nie jestem im potrzebny… jestem wymienny… za wyjście z szeregu czeka mnie bat i splunięcie.

Gdzie jestem?

Dokąd zmierzam?

Co ode mnie zależy?

Jem, co mi dają, czytam, co napisali, oglądam, co nakreślili, maszeruję tam, gdzie wskażą, pracuję, jak mi każą.

Kto?

Słabi, niezaspokojeni, nieuchronnie umierający każdego dnia.

Bez nadziei.

Od otchłani ochroni nas tylko plan, wyznaczona ścieżka, szereg kolejnych obrzędów.

My żądamy! My prosimy. My zasługujemy. My jesteśmy po stronie Prawdy.

Krok w krok to samo.

Dobrze. Bezpiecznie. Dalej.

Gdzie jestem? Wśród swoich. To wystarczy.

W sennych koszmarach widzę siebie oczami innego.

Inni to piekło.

Innych się omija, używa, eliminuje.

Nie jestem inny. Nie… jestem… dokarmiam gołębie. Granica między mną, a gołębiem, jest nieprzekraczalna. Nigdy nie stanę się gołębiem. Jestem…

My jesteśmy!

Czasem wraca to kłucie, to przyszpilenie, to żądło między żebrami – Wielki Entomolog niechybnie doda wypatroszoną z pamięci skorupę, która była mi ślimaczym domem od pierwszej iskierki w układzie nerwowym, do swej zimnej kolekcji w szeolu.

Dokąd mógłbym uciec?

Czy wyskoczę ze skóry?

Wolałbym nie mieć skóry… wolałbym nie mieć rozumu, który rozpoznaje skórę, który się w niej więzi, który się dusi w jej wilgotnym przyleganiu, który się otumania tą skórą…

Po co mam pielęgnować życie? Niech zdycha.

Jestem słaby, głodny i niechybnie czeka mnie śmierć. Mówię we własnym imieniu.

Nie mam imienia.

Mogę z równą troskliwością dbać o wszystko.