Co zrobić z pedofilem?

Fnoll
28.05.2007

Za wszelki gwałt zadany niewinnemu, bezbronnemu dziecku należy się kara, nawet śmierć1. No? nie za wszelki. Ten, który uzbroił minę, która zabija dziecko lub w najlepszym wypadku urywa mu nogi, czy ten, który w ramach słusznej wojny zbombarduje lub zastrzeli dziecko nie budzi takiego obrzydzenia, co mierzący w dziecko nie pistoletem, lecz penisem w erekcji. Samo wyobrażenie seksualnego kontaktu z dzieckiem budzi wstręt. Jeśli nie budzi, jeśli podnieca, to bardzo, bardzo źle. Wciąż wielu jest w stanie usprawiedliwić bicie dziecka, lecz czerpanie fizycznej przyjemności z wykorzystywania cielesnego małoletnich jest na indeksie. Gwałt na kobiecie niejeden będzie tłumaczył „jej prowokacyjnym zachowaniem” i znajdą się tacy, na co dzień postrzegani jako „dobrzy obywatele”, którzy mu przytakną, lecz nikt uważany za zdrowego na umyśle nie powie, że to dziecko jest winne aktów pedofilskich. Do pewnego stopnia przemoc wydaje się oswajalna, wytłumaczalna, ale mamy tę granicę, która wygląda na powszechnie przyjętą i nieprzekraczalną – seks z dzieckiem jest absolutnym tabu.

Na setkach filmów możemy obejrzeć zabijanie człowieka przez człowieka w tysiącu efektownych ujęć. Żaden z powszechnie dostępnych filmów nie pokaże nam wprost aktów pedofilskich. Są wykluczone nawet w fikcji. Gdy ktoś je subtelnie przemyci, nie dopuszczamy szokująco pedofilskiej interpretacji do swych myśli, o ile… sami nie jesteśmy wstrętnymi krypto­‑pedofilami! – gromadzącymi z pozoru niewinne książeczki dla dzieci, w rodzaju serii „Martusia”, czy wielu mang… Tam mocno nieletnie dziewczęta obowiązkowo pokazują mimochodem majtki i przyjmują pozy dość dwuznaczne. Czy to przypadek? Czy artystyczna sublimacja wypartych skłonności pedofilskich autorów? Trudno orzec… człek sfrustrowany niemocą realizacji swego popędu bywa nad podziw kreatywny i płodny, ale – to osobny temat. Po prostu się rozejrzycie.

Wyobraźmy sobie film „Psy”, w którym zamiast mordu w hotelowym holu mielibyśmy gwałt na siedmiolatce z krwistymi zbliżeniami, a zamiast ucinania palców łopatą dorosłemu mężczyźnie to samo wobec siedmiolatka. Nie, na szerokim ekranie tego nie zobaczymy, ale w Internecie krążą takie filmy. I ludzie, którzy je gromadzą, jak również ci, którzy je produkują, są ścigani przez policję. Bo to nie są grane sceny. To autentyczna krzywda, której nie sposób ubrać w rozrywkową fikcję.

Dobrze jest jak najskuteczniej namierzać sprawców pedofilskich przestępstw. Bezradnością jest, że z więzień pedofile wychodzą bardziej sponiewierani, lecz tacy sami. Więzienie nie uwalnia ich od popędu w stronę dzieci, więc… zabijać? kastrować? stosować lobotomię? Nieodwracalna eliminacja czy uszkodzenie ma zawsze ten minus, że może być zastosowana wobec osoby błędnie osądzonej. Poza tym jeśli pedofilia jest skłonnością niezależną od woli, to jakiekolwiek wzbudzanie lęku przed karą może zawsze okazać się słabsze od popędu. Co więcej osoby, które raz złamią obwarowane bezwzględną karą tabu miewają skłonność do eskalowania swych czynów. Ci, którzy dopuszczają się najobrzydliwszych aktów krzywdząc nawet niemowlęta, na długo przed tym przekroczyli granicę zła, najpierw „trochę”, by potem, jak narkoman, odurzyć się „więcej”. Wpadli w spiralę utwierdzania się w błędzie.

Sama penalizacja nie wystarczy. Mamy tego przykład w niedawnym tragicznym wydarzeniu we wspólnocie Amiszów. Pedofil, który nie ujawniał wcześniej swych skłonności, założył rodzinę, dochował się dzieci – i na koniec, by zniszczyć nękający go popęd ku dzieciom, którego nie akceptował, zabił kilka dziewczynek „winnych jego podniecenia”, a następnie zabił siebie.

Żyją więc wśród nas pedofile, którzy nauczyli się, że seks z dzieckiem jest złem, lecz nie uwolnili się bynajmniej od swego popędu. Dopóki nie popełnią przestępstwa – co im możemy zaoferować? Na pedofilię jedyną odpowiedzią jest kara, o ile skłonność się ujawni. Lecz skryta bynajmniej nie znika, i pewnego dnia może wybuchnąć, jak we wspólnocie Amiszów. Jak temu zapobiec? Co zrobić z pedofilem, który nie akceptuje swojej pedofilii?

Nasza kultura całkiem niedawno zmierzyła się z częściowo podobną sytuacją – oto osoby homoseksualne, niegdyś karane za ujawnianie swego popędu, zostały zaakceptowane w jego naturalności. Zamiast do więzień mogą co najwyżej trafić do psychologa, który pomoże im odnaleźć się ze swoim nietypowym, lecz możliwym do realizowania popędem, pomijając hochsztaplerów żerujących na poczuciu winy wywołanych dawną moralnością i łudzących nadzieją cudownego „uleczenia”. Niemożliwym jest przełożenie tego schematu na pedofilów. Dziecko nie jest równorzędnym partnerem seksualnym i zawsze ponosi w tej roli krzywdę. Zatem zaakceptowanie naturalności skłonności pedofilskich bynajmniej nie otwiera drogi do zgody na ich realizację, po co zatem w ogóle je akceptować? Po co się zastanawiać, czy są zawinione przez danego człowieka, czy od niego niezależne? Skoro nie ma miejsca na ich ujawnienie, to… tępmy je bezwzględnie?

Może na dziś nie ma lepszych rozwiązań. Może lepiej jest obecnie skupić się na ujawnianiu chowanych pod dywan skłonności pedofilskich rodziców, wychowawców, duchownych, zrobić ten krok, przed którym Freud się cofnął, że opowieści dzieci o seksie z dorosłymi nie zawsze są wynikiem ich fantazji edypalnych, może nawet nigdy nie są.

Nie ustrzeże to nas jednak przed tragedią, która zdarzyła się we wspólnocie Amiszów. Pedofil, który zostaje sam na sam ze swoją przez samego siebie odrzucaną pedofilią zawsze może po prostu… pęknąć, popęd topiąc w mordzie.

Co mamy do zaoferowania pedofilom, którzy jeszcze nie stali się przestępcami, oprócz obrzydzenia, które w niczym im nie pomaga?

Ja – nie mam nic. Stoję z pustymi rękami jak średniowieczny wieśniak wobec czarnej zarazy. Jesteśmy nawet w gorszej sytuacji, bo ta zaraza nie przeminie, będzie ciągle się odradzać, w każdym pokoleniu. Kto odważy się wyciągnąć dłoń do trędowatych? Jak oni mają żyć bez ryzyka krzywdzenia innych, bez nakręcania w sobie spirali zaprzeczenia, która pewnego dnia może złamać hamulce i uderzyć?

Przypisy: