Drażliwe Odwiedziny

Fnoll
29.11.2005

I rzekł Pan: „idźcie i odwiedzajcie się”. A warunkiem odwiedzin było uprzednie Telefoniczne Umówienie, a telefony znajdowały się w Salonie każdego domu i można je było usłyszeć tylko wtedy, gdy znajdowało się wewnątrz Salonu.

Niektórym jednak nie w smak były odwiedziny, więc wchodząc do Salonu wyłączali telefon, by nie doszło do Telefonicznego Umówienia.

Inni zaś twierdzili, że skoro Pan nakazał się odwiedzać, i zainstalował w tym celu w każdym z Salonów telefon, to nie można wyłączać telefonu, gdy wchodzi się do Salonu, i trzeba zawsze dać szansę Telefonicznemu Umówieniu. Lecz i wśród nich byli tacy, którym odwiedziny były nie w smak. Wykoncypowali oni zatem, że będą wchodzić do salonu tylko o takich porach, o których z dużym prawdopodobieństwem nikt nie będzie dzwonił, a pory te namierzali kreśląc skomplikowane wykresy telefonicznej aktywności, niektórzy podpinali się nawet pod przewody telefoniczne, by badać stężenie wolnych elektronów. Wyjątkowo zdesperowani posuwali się do wchodzenia do Salonu wyłącznie w środku nocy, która to pora przez wielu była uznawana za nieczystą z powodu budzących się wtedy duchów. Inni gorzej nawet – zamieniali czas normalnie spędzany w Salonie na wszeteczne zabawy w Kominie lub Transformatorze, co jednak zostało stanowczo potępione, albowiem tych miejsc Pan nie stworzył po to, by człowiek do nich wchodził – argumentowano – azaliż nie jest Komin zbyt ciasny i wypełniony sadzą? a Transformator czyż nie popieści do zmysłów utraty?

Ci, którzy wchodzili do Salonu lękliwie, unikając go zawsze, gdy prawdopodobnym było Telefoniczne Umówienie, wierzyli jednocześnie, że nie występują przeciwko pańskiemu nakazowi odwiedzin. Zawieszali na ścianach skomplikowane wykresy, przypinali do kabli telefonicznych czułe urządzenia nasłuchowe, powtarzając: „my nic nie zmieniliśmy w naszym domu! nasz dom jest taki, jakim stworzył go Pan, gotowy do odwiedzin!”

„Co z tego?” – drwili z nich ci, którzy po prostu wyłączali telefon – „skoro i tak do was nikt nie przychodzi, bo nie można się z wami umówić?”

„Można!” – odpowiadali butnie rysownicy wykresów, szybko odwracając uwagę od siebie kontratakiem: – „A wy to macie wygodnie, nie staracie się, burzycie porządek domu, i gdyby nawet ktoś do was przyszedł w odwiedziny, to bylibyście skłonni wyrzucić go tak, jak odłączacie telefon!”

Bo prawdą było, iż wśród tych, którzy odłączali telefon wchodząc do Salonu, byli i tacy, co wyrzucali gości, a to nie zdarzało się wśród tych, którzy unikali Salonu w czasie, gdy mogło nastąpić Telefoniczne Umówienie. Albowiem rysujący wykresy podejmowali niechcianego gościa, choćby przychodził parę razy z rzędu, zagryzając niechęć w sobie. Czasem jego wizytę wetowali sobie nakłonieniem go do różnych uciążliwych robót wokół obejścia. W ich życiu uciążliwość oznaczała postępowanie zgodnie z zamysłem Pana. Więc wszystko się w sumie zgadzało i łączyło wokół stąpania na palcach przy Salonie i wdrażania gości w walory uciążliwości.

Tymczasem ci, którzy wyłączali telefon, gdy już decydowali się go włączyć, musieli uprzednio nazbierać w oczekiwaniu odwiedzin, jeszcze zanim doszło do Telefonicznego Umówienia, ogromne mnóstwo rzeczy, by ich gość świadczył potem po świecie o ich majętności. Rozwijali również przemyślne sposoby wyłączania telefonu, które u początków sprowadzały się do narzucania koca lub utrącania słuchawki kijem od miotły, a na koniec wykorzystywały mesmeryzm przedmiotowy, za którego pomocą przekonywali oni telefon, iż jest stolikiem, i nie ma absolutnie powodów, by dzwonić.

Tak płynął czas w mieście Pana. Ludzie opuszczali Salony. Zamieszkiwali nowe, a stare porastał łopian i bluszcz. Wiek za wiekiem jedni wyłączali telefon, a drudzy bali się nawet zajrzeć do jego środka, albowiem to sam Pan umieścił telefon w Salonie, i grzmieli w stronę tych pierwszych: „Wystawi wam Pan rachunek za nieodebrane połączenia!” – „Ależ wy też nie odbieracie!” – odszczekiwali się drugim, na co oni – „Bo nas akurat wtedy nie ma!”.

Niewiadomo, dokąd jeszcze ta historia jednych i drugich zawiedzie… jedno jest pewne: nie ma życia bez odwiedzin.