Jarska słonidarna

Fnoll
21.03.2006

B

udzę się jak co dzień wieczorem przed telewizorem odurzony chińskim trampkiem, masłem z oleju palmowego oraz innymi frykasami człowieka z lepszej strony globu i co widzę? Pan prezydent Jarosław Kaczyński w telepudle zapodaje mi tak śmiesznie trzymając ręce na stole, że nie rozwiąże parlamentu. To nie to samo, co legendarne wystąpienie Jaruzelskiego, no ale z komentarzy w mediach wnioskuję, że grozą powiało. Nie rozumiem, o co chodzi, bo po co, nie w tym rzecz. Liczy się dreszczyk. Otwieram lodówkę i sprawdzam, czy już mamy Polskę solidarną. Nic z tego. Jogurt z przeceny, szynka zawierająca 66% mięsa oddzielonego mechanicznie z przeceny (a może to pieczeń? trudno rozróżnić, gdy nalepka się zetrze…), chiński czosnek, niemiecka marchewka i jeden zdechły, kolumbijski banan. Ani chybi, ciągle mamy Polskę liberalną. Ale może już czwartą? Na zegarku dziesiąta… czas się szurnąć na miasto. Będzie meczyk. Trzeba uważać. Kibole, którzy pojednali się w dzień śmierci polskiego papieża, już nie są pokoleniem JP2, tylko B16. B52 skończyły loty nad Irakiem. Szykują się na Iran. Łukaszenko szykuje wyniki zwycięskich wyborów, a Putin – list gratulacyjny, ale się ociepliło… co by się miało nie ocieplić, wiosna idzie. Razem z wiosną – ptasia grypa. Po krowach wesołkach i drób przyjdzie zdjąć z półek. Jarsko będzie, to i dobrze. Jezus Chrystus nie jest w modzie, bo rogaty jest na fali, my pijemy tu browary, Hare Kriszna, Hare Hare. Viva wegetarianizm! Jezuuu… to nie te czasy. Patrzę na męczenników w tramwaju, tych na żywo, i tych na plakatach rozwieszonych przez fundację taką a siaką, co się dobrze spisała, medalowo, skądinąd wiem, że prowadzi też arcyciekawy portal „christianitas” tropiący wytrwale „lobby homoseksualne” w każdym zakątku świata. „Potrzebujesz kogoś, kto ochroni Ciebie i Twoją rodzinę? Umieść w swoim domu wizerunek Najświętszego Serca Pana Jezusa”. głosi wyciągnięta ze skrzynki reklama. Tym gadżetem diluje konkurencyjny wszechpolski Instytut im. Ks. Piotra Skargi, który wcześniej rozprowadzał medalik z Matką Boską o takiej sile rażenia, że gdyby go, jak zalecano, zaszyć ukradkiem w płaszczu niewiernego, to nawróci się prędzej, albo i później. Co ja tu myślę… przystanek, pora wysiadać. Otwieram pismo dla bibliotekarzy, dział „cuda”. Polecają książkę o święcie Jezusa Króla Świata, które, jak czytam w recenzji, zostało ustanowione w obronie przed galopującą laicyzacją. No, faktycznie. Wszyscy wokół się gdzieś spieszą. Balansuję wyważonym krokiem bezrobotnego. Nie to, żeby nic… coś czasem na czarno, coś na zleconko… szkoda gadać. Co tam, panie, w polityce? Chińczyki trzymają się mocno… Zbombardowane klasztory w Tybecie stały się kopalniami odkrywkowymi. Płynie za granicę strumień obrzydliwych, reakcyjnych rupieci do licznych kolekcji. A może nereczkę? Z chińskiego, zdrowego, świeżo straconego więźnia. Może nawet w promocji. O, matko! Ten świat jest straszny, i nie osłodzi go nawet uśmiech premiera. Idź pod prąd! Do macicy! W tył zwrot! Ale… nie puszczą… wokół robi się coraz bardziej słonidarnie, niezdarnie, ciężko tak… szare, oklapłe trąby przesłaniają linię horyzontu. Gdy w końcu wydarłem się z tzw. rzeczywistości, ulepiłem bałwana pod kopcem Kraka. Bałwan stopnieje, ale kopiec jeszcze długo postoi.