Kim będziesz gnoju, gdy dorośniesz?

Fnoll
13.04.2006

C

hodź tu gnoju! – woła młodszego brata na ulicy. Brat tak przedszkolnie wygląda, a może pierwsza klasa? Starszy ma bunt za sobą, ścięte do skóry włosy, choć tak na oko jeszcze bierze szkołę. Brat w dresie bezstylowym, dziecięcym. Starszy ma trzy paski i daszek z tyłu głowy. Rodzice mu pewnie mówili od kołyski „gnoju”. Ma szczęście. Przeżył. Nie trafił na ekstremę. Nikt nie walnął go na tyle mocno, by zabić. Słowa biły codziennie. Ile wart jest „gnój”? Nic. Takie gówno wydalone przez rodziców, którego nie da się zetrzeć. Mały smród się ciągnie i rośnie. O kurwa. Bo ci wpierdolę. Jak przestać być gnojem? Metoda jest prosta, sprawdzona od pokoleń: samemu zacząć gnoić. Młody nie podskoczy. Niech tylko spróbuje pyskować. System polityczny jest wypadkową wielu dziecięcych porachunków ze światem. Ofiary skrytych szyderstw rozwiną tajną policję. Nikt bezkarnie nie będzie knuł za ich plecami. Dorosłe „gnoje” doprowadzą do perfekcji sztukę sprowadzania do parteru każdego. Jeśli się uda. Jeśli zaliczy się sukces. Młodszego łatwo zgwałcić mentalnie, wytrzeć się nim z gnoju, ale koledzy… kto zrobi kogo? Każdy teren ma swoją gwiazdę, a reszta kibicując grzeje się w jej cieniu. Świat ma mega­‑gwiazdy. Gargantuicznie zachłanne, posyłające do gnoju miliony, narcystycznie przeglądające się w milionach telewizyjnych luster. Giga­‑gnoje, giga­‑szmaty, giga­‑cioty. Dzieciństwo w masowej kulturze jest ziemią nieznaną. Dziecięcy bohaterowie są wymysłem dorosłych skorup. Wypełniają oczekiwania. Śledzimy dorosłe potyczki, dramaty, podchody i starania, które są tym samym, co starszy brat mówi na ulicy młodszemu, lecz ujętym w formę zapewniającą większy sukces. Broń werbalna ma wiele stopni zaawansowania, od kija po śliczną, szklaną ampułkę z zarazkami trądu. Czy ów uliczny gnój stanie się kiedyś chemikiem gnojowładnej ideologii? Kto wie… są ich miliony, któryś może wygrać sukces przy cichym wsparciu pozostałych… Co zrobić, by samemu nie trafić w pole rażenia rozrzutnika gnoju? Po mnie to spływa… lecz można utonąć. Zwykle nie zwracam uwagi na ludzi gnojących się na ulicach. To ich problem. Idąc między pracą, bankiem i sklepem staram się wymieniać słowa wyłącznie z urzędowo sympatycznymi, i sąsiedzi też trzymają fason w miejscach publicznych, więc… na odległość zatroskam się i poprę postulat, że coś należy zrobić z „trudną młodzieżą”, i styknie! Ograniczyć ich bytność na ulicach! Niech się gnoją po domach! Cywilizowanie, jak rodzice… Byle z oczu! Byle było czym oddychać… Perspektywa, że pewnego dnia giga­‑gnój włączy ideologiczną sokowirówkę, z której nie ma ucieczki, wydaje się nierealna. Do młynów zachłanności przywykłem, a jednak… „chodź tu gnoju!” uderza też we mnie. Bo żaden człowiek gnojem nie jest.

I co?

Nie stanę w obronie młodszego. Przecież jak coś powiem, to wystarczy, że się odwrócę, i starszy spuści mu wpierdol, by podnieść swój respekt. Starszy jeszcze nie wie, jak bardzo mną rządzi w tym momencie… oby się nigdy nie spostrzegł.

Naślę na niego policję, by podnieść swój respekt w ich cieniu.

Spływa po mnie? Spływa we mnie.