Nie palcie fast food’ów – zakładajcie własne!

Fnoll
22.10.2006

Okrągła rocznica KOR’u oraz inspirujące do historycznej refleksji plucie naczelnego nauczyciela dziatwy polskiej (pana Romana) na Jacka Kuronia skłoniły mnie do myślenia. Naprawdę. Zawiesiłem tryb nakazowo­‑wykonawczy, zwolniłem bieg i stanąłem przed pytaniem – kto to jest Jacek Kuroń? Kojarzę jego syna z programów kulinarnych (na Polsacie?), lecz wystąpienia Jacka Kuronia w roli ministra w swetrze i z pikającym aparatem kontrolującym serce już mocno wyblakły mi w głowie… czy to było tak dawno? No… chyba… Gdy jakiś czas temu znajoma opowiadała o spotkaniu Kuronia ze studentami, podczas którego na pytanie, co by zrobił w wolnej Polsce z pracownikami służb bezpieczeństwa, odparł, że ci, którzy nie popełnili przestępstw, zostaliby w swej profesji, bo to przecież fachowcy, to jakbym wspomnień z Powstania Warszawskiego słuchał. Inny świat… Wtedy Kuroń wzburzył audytorium. Może obecny proces pułkownika Lesiaka ma uświęcić tamte wzburzenie? Nie wiem. Dla mnie wszystko, co odnosi się do PRL’u, jest równie magiczne, co Wodnik Szuwarek. A może nie powinno? Dla wielu wpływowych obecnie ludzi PRL jest nieustającym źródłem inspiracji… gdy Kaczyński (ten czy tamten) grzmi o „sterowanej przez wiadome siły prowokacji wymierzonej w społeczny porządek” niejeden smakosz historii odnajduje w tych słowach gomułkowskie (czy gierkowskie? jaruzelskie? whatever…) akcenty, a już ciosanie kołków na „łżelitach” i „wykształciuchach” musi lać miód na serce sędziwych propagandzistów PZPR. Zaprawdę, niech Opatrzność (dawniej – Partia) chroni Zdrową Tkankę Narodu! Wodnik Szuwarek spada z chmur i wali głową w beton…

Wiem, że Jacek Kuroń napisał warte przeczytania książki, których jeszcze nie przeczytałem – ale one są, czekają, nie odejdą. Mogę po nie sięgnąć. Z tego, czym siały mass media, osiadło we mnie jedno – hasło, by „zamiast palić komitety, zakładać własne”. Nawet drukują je na koszulkach, jak ikonę Che Guevary. Jacek Kuroń to wymarzony kandydat na świętego „lewaków”, agnostyków i ateistów, ale przecież… on nie był święty. Dość głośno powiedział zdanie (zapewne niejedno, ale to konkretne wryło mi się jak przykazanie), które niesie w sobie potężną rację. Człowieka nie ma, lecz zdanie trwa. Traktując je literalnie ślepniemy na sens. No bo już przecież nie ma „komitetów”. Gdy patrzę na „antysystemowców” podpalających punkty McDonalds’a, gdy czytam o fundamentalistach atakujących kliniki, gdzie dokonuje się aborcji, to przecież – oni palą swe „komitety”! Mityczny „Zachód”, szatańskie USA i diabelski Bush – to są „komitety” dla ben Ladena. Wystarczy je spalić i będziemy zbawieni?

Mamy zatem trującego ludzi i pożerającego naturę molocha w rodzaju McDonalds, mamy swą rodzimą Coca­‑Colę w przebraniu kranówy o wdzięcznej nazwie Kropla Beskidu, oraz kilkaset innych „komitetów” – jak niby w opozycji do nich wybudować własne? Przecież one już na wstępie wygrywają siecią dystrybucji… komitet w każdym mieście! Muszą wygrać? Niekoniecznie. Będący alternatywą slow food nie jest bynajmniej skazany na przycupnięcie gdzieś w bocznej uliczce i nie to powinno być celem wszelkich alternatyw, nie komfortowy margines czy „bunt odwieczny”. Cytując głośnego obecnie rewolucjonistę (ponownie wielki Roman): „teraz walka idzie na noże” – nie chodzi jednak o to, by pchnąć „politycznego wroga” między żebra znienacka – tu się mylą niezbyt bystrzy narodowcy. Dziś ty komuś wżenisz kosę i masz szacunek, jutro cię wleką w czarnym worku. Żaden pożytek. Albo inaczej – trawiąc swe myśli na podsycaniu nienawiści do wroga po prostu nie wiesz, jak pielęgnować miłość, która pomnaża owoce. O McDonaldzie trzeba zapomnieć, i robić swoje, ale nie tylko na uboczu – bynajmniej! Skumulowany kapitał zagarnął najbardziej atrakcyjne punkty miasta, reklamy telewizyjne i billboardy, ale nie ma i nigdy nie będzie miał monopolu na konsumenckie postawy. Liczy się pomysł i… pamiętajmy o potędze plotki. Weźmy chociaż takie provo – człowiek spacerujący przed McDonaldem z tablicą informującą o zawartości sprzedawanego tam jedzenia i skutkach jego spożywania, tudzież setki vlepek z krótką historią dziecka, które zmarło, bo było karmione tylko fast foodem – oraz inne przykłady faktycznej szkodliwości tego przemysłu. Niech jak największa ilość ludzi stanie przed pytaniem: to gdzie ja mam zjeść, żeby sobie nie szkodzić? Wtedy wystarczy tu i tam krążąca podpowiedź, poparta apetyczną weryfikacją własną. Można tak? Jasne, że można!

I to jest sensowna „walka na noże” – zamiast sądów kapturowych, erupcji słusznego gniewu, tyrad o „moralnej odnowie”, kostek brukowych i bomb lepiej rozwinąć własny „komitet”, ale w ten sposób, by „komitety” rzeczywiście gorsze po prostu traciły rację bytu – nie poprzez administracyjne machinacje, nie poprzez zorganizowaną bezmyślność (czyli modę), ale poprzez autentyczne uznanie dla ich alternatywy. Kartą wyborczą jest karta kredytowa i portfel. Właśnie one tworzą porządek świata i o nie trzeba zabiegać. Doskonale pojął to Rydzyk, nie kopiując bynajmniej rozwiązań swej „komercyjnej” konkurencji… abstrahując od mniej lub bardziej szemranego wsparcia, które mu pomogło (skłania do refleksji bezproblemowe stawianie nadajników RM na terenie Rosji, gdzie KK zwykle nie ma lekko) stworzył liczącą się w społeczeństwie siłę nie samą modlitwą. Ale… czy godzi się brać nauki od diabła? Hm… selektywnie.

Tak czy siak – łatwo pisać, a tymczasem w Niemczech przy placach, gdzie niegdyś była jedna budka z kebabem, jest ich obecnie piętnaście. Pokonały „system”? Niezbyt… Świat nie pomieści wielu podobnych „komitetów”, osłabiają się nawzajem. Istotnie nowy „komitet” musi wynikać z własnego namysłu. Franchising kastruje nas z twórczego potencjału w każdej sferze, a w ludzkim świecie, który w dużej mierze jest „wymyślany”, właśnie twórczego podejścia nam trzeba (jak chleba). Powtarzanie formułek uspokaja, zwalanie odpowiedzialności na innych oszczędza czas i energię, myślenie jest jednak w zasięgu każdego, wbrew temu, w co wierzą technolodzy „ciemnego / otumanionego ludu”.

Co zmienia zastany porządek? Chwytliwy pomysł – nowy „komitet”!