Tele­‑wybory

Fnoll
13.10.2005

Zawodowcy w analizowaniu „zjawisk społecznych” szukają dla nich sensownych wytłumaczeń, a pytani przez dziennikarzy, mając niecałą minutę na odpowiedź, muszą rzucić krótkim konkretem wyglądającym na racjonalny. Tak więc w kategorii „dlaczego ludzie nie poszli do wyborów?” możemy się spotkać z przemawiającymi do „zdrowego rozsądku” i wyrażalnymi w jednym zdaniu kolejnymi przyczynami: bo była ładna pogoda; bo była brzydka pogoda; bo ludzie są zniechęceni; bo ludzie stracili zaufanie; bo ludzie nie mają reprezentacji. Nie podważa się samej idei dokonywania wyboru w tym wyjątkowym czasie. Czegokolwiek byś nie zrobił – wybrałeś. Narodowe święto wolnej woli, po prostu…

Moja koleżanka wybory normalnie przespała i, najpewniej, nie jest jakimś ekstremalnym wyjątkiem. Nie to, że nie chciała iść. Gdyby sobie przypomniała, to by poszła, ale… przespała. Jak to się mogło stać? Otóż – owa koleżanka nie posiada telewizora, radio włącza sporadycznie, i tego dnia nie wychodziła z domu. Zwyczajnie przegapiła! Banalne stwierdzenie, że, aby wziąć udział w wyborach, trzeba wiedzieć gdzie i kiedy one się odbywają oraz, ewentualnie, czego dotyczą, wskazuje na fundamentalną rolę jaką w tej „maszynce demokracjotwórczej”, zwanej powszechnymi wyborami, pełni przepływ informacji. Jeśli nie możesz poznać adresu komisji wyborczej, twoje szanse na zagłosowanie spadają do zera. Jeśli nie zorientujesz się, że to właśnie dziś – podobnie…

Czy tzw. „wybory” nie są zatem raczej pokazem możliwości masowej komunikacji, a nie tym, czym z nazwy wydają się być? Codziennie, naprowadzani reklamą i różnymi sposobami bezpośredniego prezentowania towaru, dokonujemy wielu wyborów konsumenckich, które znacząco wpływają na kształt świata. Nie nazwiemy jednak wizyty w sklepie udziałem w „powszechnych wyborach”. Bo? Ano, bo w dużej części nie jest to wybór świadomy, i właśnie brak świadomości sprawia, że, owszem, możemy jeszcze mówić o wyborze konkretnego towaru, lecz już nie o udzieleniu świadomego wsparcia (finansowego!) firmie, która stoi za danym towarem. Ta firma jest nam przecież nieznana. Weźmy na przykład Nokię. Jej slogan „connecting people” jest przez wielu rozpoznawany, lecz czy dostarcza nam informacji na temat charakteru firmy? Wręcz przeciwnie. Pracownicy Nokii, w odniesieniu do warunków pracy panujących w firmie, ukuli inny slogan: „disconnecting people”. Finalny odbiorca produktów danej firmy wspiera między innymi panujące w niej warunki pracy, lecz nie jest to jego wybór, bo nie jest ich świadomy.

Nie ma wyboru bez świadomości przedmiotu wyboru.

Skoro nasza wiedza na temat wybranej partii, czy kandydata, nie odbiega specjalnie od wróżenia z fusów, a wiele z przyszłych politycznych zjawisk, które będą miały miejsce, a których nie możemy przewidzieć, zyskuje nasze raczej nieświadome poparcie „in blanco”, to co może być dla nas rzeczywiście ważnego w „powszechnych wyborach”, jeśli nie jest to wybór? Otóż: uczestnictwo. Sam fakt „uczestnictwa” w hipermarkecie dowodzi, że podoba nam się obowiązujący tam model dostarczania i prezentowania towarów. Nie musi temu towarzyszyć wiedza czy zrozumienie. Chodzi raczej o to, że lubimy pełne półki zastawione różnorodnymi towarami, i lubimy pełne ławy poselskie, w których zasiadają posłowie firmowani przez różne partyjne marki. Marka polityczna składa się natomiast przede wszystkim z komponent emocjonalnych. Słowem: idąc na wybory dajesz świadectwo swej akceptacji obecnego systemu politycznego oraz swego samopoczucia w nim. Jeśli patrzysz z optymizmem w przyszłość, wskazujesz rozwojową markę polityczną, jeśli obawiasz się jutra, wskazujesz zachowawczą, jeśli odczuwasz głównie wrogość, wskazujesz taką partię, która deklaruje wrogość, itp. Nie dokonujesz de facto wyboru, bo nie wybrałeś przecież swojego samopoczucia – odnajdujesz jedynie skojarzenie między swym własnym stanem, a treścią danej politycznej marki. By móc to przekonywująco dla samego siebie uczynić musisz się wpierw zapoznać z prezentacjami poszczególnych partii. Musisz nasycić się ich wizerunkiem, najlepiej poprzez oglądanie telewizji, szczególnie w trakcie kampanii wyborczej. Żadne inne medium nie komunikuje tak dobitnie emocjonalnych komponent politycznej marki, które niczym magnes naprowadzą cię na partię oferującą coś najbliższego twojemu samopoczuciu.

Więc o co chodzi? Chodzi naturalnie o to, żeby chodzić na wybory. I telewizję oglądać.