Terroryści mają rację

Fnoll
28.07.2005

A kto ma rację, ten stawia kolację. Ale, ale, nie chcę się bynajmniej wprosić na pieczonego barana u Osamy, daleko mi do chęci zapoznania się z człowiekiem, który widziałby we mnie tylko zło wcielone, trujący zarodnik znienawidzonego „Zachodu” – postaram się natomiast wyspekulować tę odmianę racjonalności, którą prezentują w swoich konsekwentnych i zorganizowanych działaniach fundamentaliści islamscy spod znaku Al Kaidy.

Przyjmijmy, że czymś podstawowym dla fundamentalistów islamskich jest założenie tej treści: „Zachód jest zły i stanowi dla nas zagrożenie”. Proste? Proste, a do tego nie takie znowuż obce…

Teraz uściślijmy: „Zachód stanowi zagrożenie dla naszych tradycyjnych wartości rodzinnych i w ogóle – wartości”. Żadna rewelacja, prawda?

Wyznaczamy cel: „Trzeba obronić naszą tradycję! Zachować ją dla przyszłych pokoleń w stanie nienaruszonym”.. Brzmi swojsko…

Pytanie: „JAK?”

Odpowiedź: „Należy udowodnić, że Zachód nie jest taki mocny, a więc nie jest taki super, jak mu się wydaje. To po pierwsze. A po drugie należy zapobiec odchodzeniu naszych współwyznawców od tradycji”.

Metoda: „Zorganizujemy akcje na terenie wroga i wplączemy go również poza jego terenem w takie akcje, które obnażą jego słabość, pokażą, że nie jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę Zachodu, że nie tylko on może dyktować warunki; zorganizujemy wiele szkół, które będą nauczać młodzież, że tradycja jest wszystkim, wyślemy oddanych tradycji nauczycieli wszędzie tam, gdzie nasza młodzież jest zagrożona Zachodem”.

Warunki sukcesu: „zahamowanie kulturalnej ekspansji Zachodu, radykalne wzmocnienie wierności tradycji* wśród współwyznawców”.

––––––––––––––––––––––––

* Samouczek dla wątpiących

(czyli podręczny zestaw aksjomatów):

„Co jest WŁAŚCIWĄ tradycją? MY to wiemy”.

„Skąd wiemy? BÓG nam powiedział”.

––––––––––––––––––––––––

Powyższemu ciągowi wniosków można łatwo uczynić zarzut, że jest on jedynie projekcją europejskiej umysłowości autora na kulturę zupełnie mu obcą. Przecież w tych przejściach, od założenia, że zmiana jest wrogiem, do metody polegającej na skompromitowaniu wroga i skutecznej propagandzie, nie ma nic, czego nie znaleźlibyśmy w skarbcu kultury Zachodu! Takie racje nie raz były prezentowane i realizowane w kręgu kultury zachodniej, takim racjom służyła na przykład kontrreformacja. Byłaby zatem na wstępie przedstawiona racja terrorystów i religijnych propagandzistów błędem europocentryzmu? A może jednak… „homo sum, humanum nihil a me alienum puto” („człowiekiem jestem, i nic, co ludzkie, nie jest mi obce), powtarzając za Menanderem, starożytnym greckim poetą, którego utwory odnaleziono w XX­‑tym wieku w, nomen omen, Egipcie. Czy znano go w Arabii w czasach świetności arabskiej filozofii i nauki? Bardzo prawdopodobne! Niestety, wieki po „arabskim renesansie” (IX – XII w.), w czasie, gdy Europejczycy „wynaleźli” rewolucję przemysłową (XVIII w.), wśród Arabów został „odkryty”… wahhabizm. Był to punkt, w którym kultura zachodnia radykalnie rozjechała się z kulturą islamską. Od czasów wypraw krzyżowych, w wyniku których Europa złamała dominację kalifatu w handlu w obszarze śródziemnomorskim, w państwach zachodnich następował generalnie stały przyrost gospodarczy, który tworzył rosnące zapotrzebowanie na nowe rozwiązania techniczne i dobra kulturalne. Połączenie sprawnego handlu i doceniania nauki zaowocowały w końcu czymś bez precedensu w historii ludzkości: rewolucją przemysłową. Tymczasem kalifat, niedostatecznie zasilany handlem, okopany na pozycjach tradycjonalistycznych, usychał, by w końcu wydać z siebie zatruty owoc „radykalnego wstecznictwa”, czyli wspomniany wahhabizm. Obraz byłby niepełny, gdybym nie wspomniał w tym miejscu o sufizmie, czyli nurcie, który wydobywa z islamu to, co najlepsze, towarzyszy mu niemal od początku, i zdobywa popularność w różnych punktach globu, w tym w państwach Zachodu – nie był on jednak nigdy inspiracją dla żadnych fundamentalistów, więc jest poza tematem niniejszego tekstu.

Europa także miała swojego obrońcę ludzi przed cywilizacją („zachodu”?) w osobie niezwykle subtelnego i doskonale wykształconego filozofa Jean’a Jacques’a Rousseau. Lecz jakże był on inny od niemal równolegle żyjącego Muhammada Ibn Abd al­‑Wahhaba, twórcy wahhabizmu! Koncepcję al­‑Wahhaba można sprowadzić do, nie tak znowuż odkrywczej, wyliczanki: jedna księga, jedna wiara, jedna wspólnota. To on jest „duchowym ojcem” dzisiejszych fundamentalistów islamskich, w jego oczach mieliby oni stuprocentową rację, w kontekście jego systemu postępują racjonalnie. Gdy Zachód odkrywał sztukę napędzania rozwoju w różnych dziedzinach, al­‑Wahhab wynalazł anty­‑postęp o mocy rażenia dalece przekraczającej wpływ chrześcijańskich purytan (których duchowym dzieckiem jest nota bene George W. Bush). Dziś wahhabizm w formie państwowej ostał się jedynie w Arabii Saudyjskiej, która, i owszem, zabezpieczona jest doskonale na wszelkie społeczne reformy, lecz jednocześnie jest sojusznikiem USA – „źródła światowego zepsucia” – i w oczach Osamy jest tym samym, czym byli faryzeusze w oczach Jezusa. Zdrajcą wiary. Zachód Zachodem, ale odstępstwa od wiary trzeba karać ze szczególną bezwzględnością, bo inaczej rozpełznie się stadko, rozejdzie w szwach gułag… Także jeśli Zachód jest wrogiem numer jeden, to „zdrajcy prawdziwej tradycji*” są co najmniej wrogami numer dwa, a że są „bardziej pod ręką” – przeciw nim przede wszystkich skierowane jest ostrze gniewu fundamentalisty. Cóż, większość morderstw jest popełnianych w rodzinie…

Koniec dygresji. Jak na wprowadzoną w życie racjonalność w wersji fundamentalistycznej mogą zareagować społeczeństwa Zachodu? Czy odpowiedź będzie równie konsekwentna i rozumna, wyprowadzona od założeń stanowiących istotę działań, po metody i zdefiniowanie warunków sukcesu? Hm…

Społeczeństwa Zachodu, przyjmując założenie, że ich najwyższymi wartościami, których chcą bronić, jest pokój i wolność, mogą zareagować na przykład tak:

„Jesteśmy zagrożeni, trzeba ograniczyć prawa obywatelskie i zwiększyć wydatki na armię oraz posłać niezwłocznie wojsko do walki”.

Ach, no i kolejną cechą stanowiącą o wyższości kultury Zachodu nad resztą świata jest przecież otwartość i tolerancja, brońmy ich zatem:

„Trzeba odizolować wszystkich potencjalnych sympatyków fundamentalizmu islamskiego i zamknąć miejsca, w których może być on szerzony”.

Jak rozpoznać tych ludzi? Jak rozpoznać te miejsca? W gazetach nic o tym nie pisze, więc, może, tak na wszelki wypadek…

„Poddajmy ostracyzmowi wszystkich muzułmanów i zamknijmy meczety, albo przynajmniej spalmy kilka”.

Bo kto by „ich” rozróżniał…

W pierwszym rzędzie oberwą osoby najlepiej zintegrowane z kulturą Zachodu, bo te są pod ręką – w swoich miejscach pracy, nie spodziewające się tego, że nagle, z dnia na dzień, staną się podejrzane, obce, wrogie. Europa już przerabiała likwidowanie dobrze zintegrowanej, lecz zachowującej swoją odmienność, grupy społecznej pochodzącej z „innej” religii. Potrafimy to robić. Chcemy to zrobić raz jeszcze?

Zastanówmy się, co osiągnęłyby społeczeństwa Zachodu, gdyby jednomyślnie przyjęły taką właśnie linię postępowania? Dość, delikatnie mówiąc, niezamierzony efekt:

Fundamentaliści islamscy dyktują warunki co do miejsca i sposobu walki (policja ściga zamachowców, armia ściga… hm… pokój światowy i stabilizację) oraz zyskują nasze wsparcie w izolowaniu muzułmanów od kultury Zachodu.

Załóżmy, że te dwie strategie, czyli wdrożona racjonalność w wersji fundamentalistycznej i… odpowiedź społeczeństw Zachodu na nią, mają swoich autorów. Niech autorem tej pierwszej będzie Osama bin Laden, a tej drugiej prezydent USA George W. Bush. Jeśli miałbym się zakładać, który z nich jest bardziej inteligentny, stawiam jeden do dziesięciu na Osamę…

A może Osama wcale nie jest taki spryciarz? Może on wysłał swój oddział bojowy do USA praktycznie bez długoterminowych planów… ot tak, żeby zrobić masakrę i zobaczyć, co będzie się działo dalej, z nadzieją, że opasłemu Zachodowi nie będzie się chciało gonić go po stepach Afganistanu.

To byłoby dziecinne, to byłoby nieracjonalne, to miałoby się nijak do obrony tradycji…

Lwa się drażni nie po to, by ryczał, lecz po to, by zwabić go w pułapkę.

I co się nie powiodło w Afganistanie – to się udało w Iraku…

Obecnie Al Kaida ma więcej „żołnierzy” niż przed 11 września. Jej szeregi rosną, plan jest realizowany… choć Europa kontratakuje. I cios Europy jest znacznie boleśniejszy, niż amerykańskie czołgi. Ten cios, ten pocisk, to głos muzułmańskich duchownych. Przez Hiszpańskich imamów Osama został obłożony fatwą w rocznicę zamachu w Madrycie. Angielscy imamowie zaczęli nawoływać muzułmanów do przeciwdziałania fundamentalizmowi! I w ten oto sposób wspaniała wizja radykalnego wahhabity – „jedna księga, jedna wiara, jedna wspólnota” – ukazała poważne pęknięcia…

A wywiad po cichu pozamiata…

Wróćmy jednak do pułapki na lwa – czy Afganistan miał być tą pułapką? Dlaczego Osama osiadł akurat w Afganistanie? Ostatnia wielka mobilizacja mudżahedinów, którzy mogliby stać się zaczynem ogólnoświatowej, fundamentalistycznej rewolucji, miała miejsce właśnie w Afganistanie, podczas wojny z ZSRR. Był tam wtedy i młody Osama, naonczas wspierany przez CIA, jak i większość radykalnych islamistów bijących się z ówczesnym wrogiem numer jeden USA – komunizmem. Dawni sojusznicy wyrośli dzisiaj na wrogów numer jeden – zdarza się. Przyjaciołom najprościej jest o kłótnię, mają podobne cele, więc wchodzą sobie w drogę. Osama mógł mieć całkiem zasadną, zdaje się, nadzieję, że uda mu się utopić w Afganistanie USA tak, jak to miało wcześniej miejsce z ZSRR. Jego szeregi wtedy znacząco by się wzmocniły, kadra rewolucyjna urosłaby w siłę. Zarzucił więc swoją krwawą przynętę 11 września. Lew ruszył się z miejsca.

Jednak skuteczną pułapką okazał się być dopiero Irak. Ot, historia największym wizjonerom z rąk się wymyka, ale raz puszczone w ruch koło, tą czy inną drogą, w końcu stoczy się tam, gdzie ma się stoczyć….

Dlaczego dopiero Irak?

Podczas wojny, która rozgorzała po wdepnięciu USA w Afganistan, okazało się, że ludy środkowej Azji koniec końców nie są specjalnie wierne islamskiemu fundamentalizmowi, bo istotniejsze są dla nich więzy klanowe. Okazało się również, że los Talibów w praktyce niezbyt obchodzi resztę świata islamskiego – w Afganistanie Al Kaida rzeczywiście poniosła klęskę, i ta wojna miała strategiczny sens. Także dlatego, że były w nią zaangażowane sąsiednie państwa i miejscowe siły. Divide et impera. Gdyby Ameryka na niej poprzestała, i skupiła się na cięciu siatki Al Kaidy przy pomocy wywiadu, to Al Kaida byłaby dziś nie większym zagrożeniem niż IRA, ETA, Czerwone Brygady itp., dostarczycielem newsów dla mediów, o globalnej szkodliwości dalece mniejszej niż jazda samochodem czy palenie papierosów, bez szans na destabilizację sytuacji międzynarodowej.

Niestety, George W. Bush rozochocony zwycięstwem pomyślał, że to zwycięstwo zawdzięcza swoim talentom decyzyjnym – uwierzył chłopak w siebie, podobnie jego otoczenie.

Wymyślił zatem, albo ktoś mu podszepnął ten pomysł genialny, żeby dokończyć to, przed czym powstrzymał się jego ojciec, czyli, żeby najechać Irak, osiągając, poza propagandowym, sukces gospodarczy, bo wyjęcie z OPEC największego przynależącego do tej organizacji eksportera ropy, i położenie na nim łapy, znacząco poprawiłoby sytuację USA. Nie pomyślał przy tym, że Arabowie to zupełnie inna para kaloszy od Afgańczyków, i że tereny, które miał zamiar podbić, przez wielu muzułmanów uważane są za święte, co, w przeciwieństwie do Afganistanu, sumuje się do gwałtownego odruchu solidarności, który stał się wiatrem w żagle Al Kaidy.

A to, że Irak nie miał specjalnych związków z ogłoszoną przez Busha „wojną z terroryzmem”? Nie ważne! Bush zasmakował w wygranych wojnach i chciał jeszcze, jeszcze, jeszcze… chciał zostać Wielkim Wodzem, Obrońcą Zachodu.

Najechał więc Irak przy współpracy z Arabią Saudyjską, tą ostoją wahhabizmu, faryzejską może, ale jednak. Gdyby Saudowie tylko wetknęli swoje palce w Irak, Osama zapewne z rozkoszą by im je odgryzł. Nie są jednak głupcami.

I tak lew wpadł w pułapkę, a czarne muchy tuczą się na jego ciele.

I zamiast małej Al Kaidy, mamy rosnącą Al Kaidę.

A ceny ropy nie spadną, wręcz przeciwnie…

Fajowo, no nie?

Dziękujemy prezydencie Bush. Dziękujemy prezydencie Kwaśniewski, i panom premierom Millerowi i Belce. To było baaardzo racjonalne z waszej strony: trzymajmy się Wielkiego Brata, a on za nas pomyśli.

Nie pomyślał.