Edukowanie Romanem

Marcin Fronia
25.06.2006

W jednym z ostatnich swoich wywiadów, Jacek Kuroń powiedział „pozwalajcie rządzić komukolwiek, byle nie rządził w edukacji”1. Rozwój edukacji miał bowiem gwarantować dokonanie się skoku, jaki jest potrzebny, by demokracja stała się w końcu dojrzała w swojej formie, a nie – jak można było często usłyszeć w życzeniowym zawodzeniu omnipotentnych intelektualistów – kulała niedojrzałością swoich obywateli.

Tymczasem edukację oddano. Roman G. na początek swojej kadencji pokusił nauczycieli 5% podwyżką wynagrodzeń. Potem jednak, po konsultacjach u Zyty Gilowskiej, ucichła pierwsza marchewkowa obietnica nowego ministra edukacji. Za to kij i tak musiał zostać. Dyscyplina jest przecież potrzebna, bo w szkole panuje „rozprężenie”. Nowy minister ma temu jednak zaradzić, tym bardziej, że nie ukrywa metod, dzięki którym zamierza to osiągnąć. A może on też przeczytał wcześniej ten wywiad z Kuroniem? W takim razie konsekwencje, które mogł wyciągnąć w praktyce zapowiadają dość brunatną przyszłość.

Strategie wykluczania

Protestujący przeciwko nowemu ministrowi edukacji wrzucani są najczęściej do jednego worka jako „lewacy, eseldowcy i pedały”. Dziwnym trafem dowiedzieliśmy się więc, że jest ich w kraju przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy, bo tyle osób podpisało w ciągu kilkudziesięciu godzina w Internecie apel do premiera o odwołanie Giertycha. Za odwołaniem Giertycha jest też liczący ponad 300 tys. członków Związek Nauczycielstwa Polskiego. Zdaniem posła Wierzejskiego nie zapowiada się na spolegliwość, bowiem „powszechnie wiadome jest, że środowiska homoseksualne programowo zainteresowane są upowszechnianiem postaw dewiacyjnych wśród młodzieży, oraz – co gorsza powiązane są ze światem quasi­‑przestępczym o charakterze między innymi pedofilskim”2. Mamy już zatem diagnozę rzeczywistości. I to diagnozę skierowaną w formie epistolograficznej do ministrów sprawiedliwości i spraw wewnętrznych, a więc jednocześnie oficjalnie uprawomacnianą. Wskazano też i wroga, który został naznaczony jako źródło wszelkiego, nawet potencjalnego zła.

Taką retoryką, trafiając do mediów, kreuje się binarną rzeczywistość, z której w zależności od upodobań i aktualnych interesów można wykluczać tych, którzy odstają od preferowanej wizji. Słowem, myślą inaczej niż rządzący. Nie powinno to budzić niepokojów? Na pewno nie u polityków.

Ta podręcznikowa wręcz taktyka szukania kozła ofiarnego przynieść może jednak wymierne skutki. Niektórzy dziennikarze sami do końca nie rozumieją, jak to możliwe, że protesty przeciwko Giertychowi mogą powstawać spontanicznie i oddolnie. I pytają w nieskończoność o to, kto za nimi stoi instytucjonalnie. To z kolei woda na młyn dla polityków, którzy po pierwsze niewiele mają wspólnego z inicjowaniem większości tych protestów, a po drugie z wielką chęcią wykorzystaliby je dla wzmocnienia swoich coraz słabszych wizerunków w roli tzw. „opozycji”.

Dla partii, które próbują ciągle, choć nieudolnie flirtować z różnymi spontanicznymi inicjatywami, szczególnie, kiedy te w efekcie swoich działań przedostają się do mediów3, zgoda na to, że mogłyby się odbyć bez inspiracji polityków lub też wbrew nim, mogłaby się stać politycznym samobójstwem. Chcą one przynajmniej pojawiać się tu jako przysłowiowy listek figowy. Choć w odpowiednim czasie mając i tak zapewnioną obecność w publicznym dyskursie, mogłoby przecież albo przejąć ewentualne pozytywne skutki takich protestów albo też odciąć się od tych, które w danej chwili tak się nie kalkulują. Co z tym wszystkim wspólnego ma szkoła? Raczej niewiele, poza tym, że stanie się w ten sposób kolejnym elementem w politycznej kostce Rubika, gdzie celem jest sama władza i doraźne jej przejęcie. Problem w tym, że ciągle o to przejęcie grają te same osoby i te same partie. Niezależnie jak mocno skompromitowane i zużyte mają partyjne plakietki. Bo emblematy można przecież odmalowywać tak długo, jak to tylko możliwe. Czasem nawet zmienić nieco nazwę czy logo.

Stwierdzenie, że kto dzisiaj panuje nad mediami, ten panuje nad społecznymi wyobrażeniami, wydaje się dziecinnym truizmem. Politycy zdają sobie z tego sprawę nad wyraz dobrze. Media to władza, a władza w mediach, to panowanie nad społecznymi wyobrażeniami na temat rzeczywistości. Upartyjnienie – nie pierwsze zresztą – telewizji publicznej, to zaś kolejny krok do hegemonizacji takiej wizji, która pasuje kolejnej ekipie stojącej u władzy.

To co z tą edukacją

Wydanie poleceń powstrzymania się od gwałtownych wystąpień przeciwko pojednaniu z Ukrainą, to z jedynie chłodno zbilansowana kalkulacja, że jak nie teraz to i tak przy innej okazji. Przecież to dopiero początek rządów.

Tymczasem jednak już niedaleko do naturalizacji stwierdzeń, że religia na maturze, to przecież nic dziwnego, a wręcz przeciwnie, objaw wolności wyrażenia swoich uczuć religijnych. Nie wiem, ile osób osłupiało ze zdumienia, czytając informację o postulowanym przez Henryka Urbana, jednego z działaczy PiS, powrocie do kar cielesnych w szkole. Odnosiło się wrażenie, że reakcją było raczej milczenie. Pytanie tylko, czy było to milczenie, które wyrażało ciche poparcie dla takich doniesień („bo coś z tą szkołą trzeba w końcu zrobić”), które było wyrazem beznamiętnego uznania tej informacji jedynie za rodzaj dziennikarskiego „michałka” na fali informacji o zmianach w rządzie, a w ilu przypadkach była to reakcja uzasadnionego niepokoju na wieść o nadchodzących zmianach (który to niepokój z osłupienia przeszedł z kolei na pozycje wycofania i oczekiwania)? W mediach głównego nurtu nie znalazłem jednak wystarczająco rzeczowego odniesienia się do kwestii obecności bądź też zakazu kar cielesnych w szkołach. Czyżby więc problemu nie było? Niestety, problem jest.

Problemów w edukacji jest zresztą więcej. Na to, że polska szkoła przechodzi kryzys, nazwijmy to, tożsamości, wskazuje się nie od dziś. Młodzi nauczyciele, którzy zapalili się do uprawiania tego zawodu zostają konfrontowani z rzeczywistością, która nie zawsze zdaje się przystawać do ich wyobrażeń. Niskie płace, selekcja negatywna w zawodzie, syndrom wypalenia i tak dalej nie zachęcają zbyt mocno i wpływają dość znacząco także na relację między samymi nauczycielami w miejscu pracy4. Co istotne, często kumulowanie się tych czynników leży u podłoża pierwszych decyzji o zmianie zawodu.

Problemy zatem istnieją. Zaś nadchodzący dla edukacji okres pod rządami nowego ministra nie zapowiada tego, aby problemy te mogły zostać rozwiązane. Istnieje głęboka rozbieżność między mizerią polskiej oświaty, niskim statusem społeczno­‑ekonomicznym, realiami samej pracy w szkole a oczekiwaniami i wymaganiami społecznymi wobec zawodu nauczyciela5.

Zresztą z samą edukacją w Polsce też nie jest dobrze. Już z raportu UNICEF w 1999 roku wynikało, iż co dziesiąta rodzina w Polsce zrezygnowała z zakupu niezbędnych podręczników dla dzieci, co dziewiąta nie płaciła na komitet rodzicielski, a co piąta zrezygnowała z zajęć pozaszkolnych. Jednocześnie spadła liczba osób podejmujących kształcenie na poziomie „licealnym” („wyższym średnim”) i zawodowym. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest wzrost kosztów edukacji, na które składają się: formalne opłaty, nieformalne płatności za nauczanie prowadzone indywidualnie, wreszcie koszty podręczników6. Jak z kolei wynika z publikowanych każdego roku roczników GUS, alarmujące jest ciągłe powiększanie się nierówności w dostępie do kultury miedzy miastem a obszarami wiejskimi. Przyczyną są tutaj niewystarczające środki na prowadzenie działalności i niedorozwój lokalnej infrastruktury kulturalnej (spadła liczba punktów bibliotecznych, wiejskich księgarń i punktów sprzedaży książek, zmalała liczba wiejskich domów kultury, klubów i świetlic; z mapy kulturalnej wsi praktycznie znikły wiejskie kina). Mimo rozpoczętych w 1998 roku reform, znacznie pogorszyła się sytuacja dzieci, nawet w zakresie spraw, które wcześniej były silnie gwarantowane – między innymi profilaktyka zdrowotna, wczesna edukacja, kształcenie specjalne. Ponadto pogłębiły się dysproporcje miedzy miastem i wsią, co znacznie zmniejszyło na przykład szanse edukacyjne dzieci wiejskich7. Według wyników badań, przeprowadzonych przez Zbigniewa Kwiecińskiego z Uniwersytetu im. M. Kopernika w Toruniu, w Polsce występuje zauważalny problem analfabetyzmu funkcjonalnego, czyli nieumiejętności czytania ze zrozumieniem. Dotyczy to obecnie 25% dzieci w wieku 15 lat. Jest to między innymi skutek nadmiernej ekspansji mediów elektronicznych oraz niskiej jakości nauczania w polskich szkołach8. W analizach polskiego systemu edukacyjnego często wskazuje się także na brak rzetelnej systemowej analizy rynku pracy i potrzebę dostosowania do niego oferty edukacyjnej. Podnoszony jest tu często argument, że na uczelniach państwowych, finansowanych z pieniędzy podatnika, istnieje wiele kierunków studiów, nieodpowiadających na zapotrzebowania rynku pracy.

Kwestii, które trapią polski system edukacyjny jest o wiele więcej, niż te jedynie zakreślone powyżej. Oczywiście, sprawa narkotyków i przemocy w szkołach, do czego odwołuje się nowy minister też należy do palących problemów. Nie są to jednak ani nowe ani jedyne i być może nie najważniejsze rzeczy, którymi należałoby się zająć w pierwszej kolejności. Szczególnie, że spodziewane metody do ich zwalczania zanoszą się raczej na wątpliwy efekt. O wiele poważniejsza jest potrzeba rzeczywistej reformy systemowej, zagwarantowanie szkole pedagogicznej autonomii w sferze wychowawczej oraz walka z dysproporcjami w szansach edukacyjnych młodzieży.

Jeśli więc ci, którzy uważają, że „coś z tą szkołą trzeba zrobić”, liczą, że zrobi to Roman G., to grubo się mylą. Jest to pierwszy minister, który nie ma doświadczenia w zarządzaniu edukacją (na co, po powołaniu nowego rządu niejednokrotnie wskazywali już ludzie od wielu lat odpowiedzialni za oświatę). W obsadzie kolejnych resortów liczyła się wyłącznie polityczna kalkulacja. Zaś ideologiczne edukowanie Romanem nie jest i nie stanie się w przyszłości ani receptą, ani nawet środkiem znieczulającym na bóle polskiej edukacji. Jest to czysta gra polityczna, której mimowolnymi zakładnikami stają się coraz młodsi ludzie. Skutki tej gry będą powracać czkawką jeszcze przez kolejne lata.

Przypisy:

1. „Kuroń dla »Przrekroju«” w: Przekrój, nr 26 (27 VI 2004). Podaję za „Zeszyty Literackie”, nr 4 (88), 2004.

2. Za: „Przekrój”, nr 20/3178, (18 V 2006).

3. Na przykład Inicjatorzy akcji zbierania podpisów o odwołanie Romana Giertycha pod apelem do premiera, którzy zebrali już sporo ponad 100 tysięcy podpisów, odcinają się od jakiejkolwiek partii, wskazując na oddolnolność i spontaniczność swojej inicjatywy. Zob. http://www.bezgiertycha.rp4.pl/

4. Por. W. Dróżka (2004), Młode pokolenie nauczycieli, Kielce: Wydawnictwo Akademii Świętokrzyskiej, s. 299­‑370.

5. W. Dróżka (2002), Nauczyciel. Autobiografia pokolenia, Kielce: Wydawnictwo Akademii Świętokrzyskiej, s. 94.

6. G. Fajth (red.), Młodzi ludzie krajów w epoce transformacji, VII Raport z Kontroli Regionalnej – UNICEF Innocenti Research Centre [Firenze / Florencja] Italy.

7. Zob. Polski Raport Alternatywny dla Komitetu Praw Dziecka w Genewie, do Sprawozdania z realizacji w Rzeczypospolitej Polskiej Konwencji o Prawach Dziecka w latach 1993­‑98

8. Zob. na przykład Kwieciński Z. (1990), Dynamika funkcjonowania szkoły, Warszawa: PWN; Kwieciński Z. (1992), Socjopatologia edukacji, Warszawa: IRWiR PAN; Kwieciński Z. (1993), „Mimikra czy sternik? Dramat pedagogiki w sytuacji przesilenia formacyjnego”, w: Spory o edukację. Pod red. Z. Kwiecińskiego i L. Witkowskiego, Warszawa: Edytor.