Szkoła z pasją

Marcin Fronia, Katarzyna Gawlicz, Marcin Starnawski
17.04.2007

Oleśnica Mała to licząca niespełna 700 mieszkańców wieś położona kilkanaście kilometrów od Oławy i około trzydzieści kilometrów na południowy wschód od Wrocławia. Niegdyś „motorem napędowym” miejscowości był Zakład Doświadczalny Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin – prężny instytut, który „skurczył się” po prywatyzacji w 2000 roku. Kiedyś rodziny z dziećmi przyjeżdżały tu za pracą. Dziś w poszukiwaniu pracy emigrują za granicę. We wsi jest kościół, zabytkowy pałac, dwa sklepy i park. I szkoła.

Ta ostatnia to prawdziwy mikroświat: edukacyjny i społeczny. Od rana do późnego popołudnia uczęszcza tu czterdzieścioro dzieci, uczących się w klasach 0­‑VI, z których najliczniejsza jest dziesięcioosobowa klasa piąta. Jedenaście osób – w tym dyrektorka – tworzy w tej minispołeczności kadrę nauczycielską, jednak pełne etaty są tylko dwa. Pozostali nauczyciele dorabiają również w innych szkołach. Gdy pewnego wrześniowego dnia przyjeżdżamy do Oleśnicy Małej koło południa, mieszkańcy z dumą wskazują nam drogę do szkoły, a gdy docieramy na miejsce widzimy, że tętni ono życiem. A jednak ów puls mógł zostać przerwany. Całkiem niedawno ta niewielka wiejska placówka wygrała walkę o własne życie.

Dwa lata temu władze gminy Oława uznały, że „nie opłaca się” utrzymywać szkoły z kilkudziesięcioma uczniami, zwłaszcza że osiem kilometrów dalej jest większa, do której dzieci mogą dojeżdżać gimbusem. Nauczycieli i rodziców postawiono przed alternatywą: albo likwidacja szkoły przez gminny samorząd, albo przejęcie jej przez stowarzyszenie. Zdecydowano się na to drugie rozwiązanie. Obecnie oleśnicka szkoła jest jedną z trzech prowadzonych przez Stowarzyszenie na rzecz Rozwoju Gminy Oława. Otrzymała własny statut, możliwość dalszego istnienia oraz… nowe troski i wyzwania.

Jeszcze przed przekształceniem szkoły w placówkę stowarzyszeniową część rodziców była przeciwko tej opcji. Trudno się dziwić, że woleli, by szkoła utrzymywana była tak, jak szkoły gminne. Nietrudno też zrozumieć, że perspektywa konieczności aktywnego zaangażowania się – czasowego, logistycznego czy finansowego – w życie szkoły, mogła niektórych rodziców przerastać. Dziś „wkład rodziców”, jak eufemistycznie określa się cały szereg prac i świadczeń na rzecz szkoły, jest uzupełnieniem podstawowego źródła utrzymania, jakim są ministerialne subwencje. W przypadku szkoły w Oleśnicy Małej roczna kwota 180 tys. wystarcza zaledwie na pokrycie najważniejszych kosztów, w tym wypłat dla nauczycieli. Zmusza to do poszukiwania sponsorów: oławskie zakłady samochodowe dofinansowały książki na nagrody w szkolnych konkursach, jedno z wydawnictw przekazało mapy, dokładają się także sponsorzy indywidualni. A jednak i to nie wystarcza. Choć szkoła posiada bogatą ofertę zajęć pozalekcyjnych – języki obce, informatyka, kółka artystyczne – nie dla wszystkich zaangażowanych w to nauczycieli starczy pieniędzy na wynagrodzenie. Choć wymagania dotyczące podstawowego programu nauczania są identyczne jak w szkołach samorządowych, kondycja finansowa szkoły pozostawia wiele do życzenia.

A zatem szkoła istnieje, jednak warunki pracy zatrudnionych w niej nauczycieli pogorszyły się dramatycznie. To efekt nieobowiązywania Karty Nauczyciela w szkołach niepublicznych w zakresie ustaleń dotyczących płac i warunków (godzin) pracy. Jak mówi dyrektorka szkoły w Oleśnicy Małej, mgr inż. Irena Borkowska, w stosunku do szkół publicznych pensum wzrosło o jedną czwartą (z 18 do 24 godzin tygodniowo), podczas gdy zarobki spadły o jedną trzecią. Karta Nauczyciela, podstawowy dokument regulujący kwestie zatrudnienia w szkołach państwowych, tutaj obowiązuje tylko częściowo – w zakresie wymaganych kwalifikacji. Zarobki regulowane są już tylko poprzez kodeks pracy, co oznacza, że nauczycielki tracą dostęp do wszystkich świadczeń gwarantowanych przez Kartę Nauczyciela: dodatku motywacyjnego, wiejskiego, mieszkaniowego, za wysługę lat. Co gorsza podpisywane są z nimi jedynie umowy na czas określony od września do końca czerwca, a coraz częściej sami nauczyciele proszą o zawarcie z nimi umowy­‑zlecenia. W czasie wakacji nie otrzymują wynagrodzenia.

Pani dyrektor mówi o tym szczerze, otwarcie i z nieukrywanym żalem: „Po przekształceniu szkoły z samorządowej w stowarzyszeniową nasi nauczyciele mają gorsze pensje i pracują więcej godzin”. Narzeka, że wprowadzenie – wraz ze zmianą statusu szkoły – umów na czas określony zwiększyło rotację kadry nauczycielskiej. Dodatkowym problemem dla nauczycieli, wynikającym z pracy na niepełne etaty, jest konieczność dojeżdżania do różnych szkół, co zwiększa ponoszone przez nich koszty, gdyż nie o każdej porze mogą liczyć na przejazd darmowym gimbusem. Na przykład osoba prowadząca muzykę, przyjeżdżająca do szkoły na dwie godziny tygodniowo, zarabiała 89 złotych miesięcznie, podczas gdy na dojazdy wydawała dużo więcej. Irena Borkowska mówi, że „buntuje się” przeciwko tym warunkom pracy swoich nauczycielek i chciałaby żeby możliwe było zarówno obniżenie liczby godzin pensum, jak i dofinansowanie nauczycielskich pensji. „Jeśli nauczyciele nie będą lepiej opłacani to stracimy tych najlepszych” – mówi. Pytana o działalność w oleśnickiej szkole nauczycielskich związków zawodowych, wspomina, iż trzy osoby należą do ZNP i że ceni sobie, że „otwarcie mówią o problemach”. Nazywa swoją kadrę pasjonatami, ubolewa, że brakuje pieniędzy na nauczycielskie nagrody oraz, że tych, którzy po zebraniu doświadczenia zawodowego w szkole wiejskiej chcą przenieść się na przykład do Oławy, dyskryminuje się na oświatowym rynku pracy.

Pasja nauczycieli to najważniejszy filar nie tylko procesu wychowania dzieci w okresie szkolnym, ale w ogóle tworzenia przestrzeni szans życiowych młodego pokolenia w miejscowościach takich, jak Oleśnica Mała. Choć udział rodziców w pracach na rzecz szkoły – od organizacji imprez pozalekcyjnych po fizyczne prace remontowe – jest nieoceniony, nie wszyscy pomagają. Ot, czasem się angażują, a czasem nie. Trudna sytuacja ekonomiczna kraju w ogóle, a obszarów wiejskich w szczególności nie sprzyja warunkom edukacji. Dyrektorka szkoły w Oleśnicy Małej zwraca uwagę, iż „ubożejące społeczeństwo oznacza między innymi gorsze wyposażenie dzieci w podręczniki”. Wspomina, że każdego roku przed końcem września sama kupuje zeszyty ćwiczeń dzieciom, których rodziców nie było na to stać.

Trudności ekonomiczne sprawiają, że przesuwają się priorytety w życiu polskich rodzin. Pani dyrektor gorzko stwierdza: „W pogoni za pieniądzem rodzice zaczęli pomijać kwestię kształcenia swoich dzieci, co jest szczególnie ważne na wsi, gdzie dostęp do kultury jest trudniejszy niż w mieście”. Ta pogoń za pieniądzem to często zwyczajnie wysiłki, żeby związać koniec z końcem. Według raportu Głównego Urzędu Statystycznego o sytuacji gospodarstw domowych w 2005 roku, wydatki na osobę spadły o blisko 2 procent w stosunku do roku wcześniejszego, co oznacza ograniczanie spożycia nawet podstawowych artykułów spożywczych, jak pieczywo, mleko czy cukier. Jak zatem w takim kontekście możemy mówić, że rodziców będzie stać na wyprawkę dla dziecka do szkoły w wysokości około 200 zł na sam początek roku? Już w raporcie UNICEF z 1999 roku wynikało, iż co dziesiąta rodzina w Polsce zrezygnowała z zakupu niezbędnych podręczników dla dzieci, co dziewiąta nie płaciła składek na komitet rodzicielski, a co piąta zrezygnowała z zajęć pozaszkolnych. Jednocześnie spada liczba osób podejmujących kształcenie na poziomie „licealnym” („wyższym średnim”) i zawodowym. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest wzrost kosztów edukacji, na które składają się: formalne opłaty, nieformalne płatności za nauczanie prowadzone indywidualnie, wreszcie koszty podręczników.

Według GUS, w alarmującym tempie powiększają się też nierówności w dostępie do kultury między miastem a obszarami wiejskimi. Jednak nie sposób wyjaśnić tego wyłącznie kondycją socjalną wiejskich gospodarstw domowych. Istotną przyczyną są tutaj również niewystarczające środki na prowadzenie działalności i niedorozwój lokalnej infrastruktury kulturalnej. Spadła liczba punktów bibliotecznych, wiejskich księgarń i punktów sprzedaży książek, zmalała liczba wiejskich domów kultury, klubów i świetlic; z mapy kulturalnej wsi praktycznie znikły kina.

Może właśnie dlatego – widząc społeczny i kulturalny zaułek, jakim stała się po części polska wieś, pani dyrektor Borkowska oraz oleśniccy nauczyciele­‑pasjonaci tak wiele wysiłku wkładają w to, by pomimo oczywistych trudności szkoła istniała i rozwijała się. Wspomniana wcześniej emigracja zarobkowa za granicę to, obok niżu demograficznego, duży problem z perspektywy szkoły. Ubywa rodzin we wsi, ubywa też dzieci, a przecież wysokość dotacji dla szkoły zależy od liczby uczniów. Dyrektorka chętnie widziałaby też większe zaangażowanie na rzecz szkoły ze strony sołtysa wsi, choć podobno coś zmienia się na lepsze. Mieszkając w Oleśnicy Małej od trzydziestu lat, czuje się z wsią związana i mówi, że byłoby jej żal, gdyby szkoła przestała istnieć. Dzięki utrzymaniu się szkoły przy życiu wieś ocaliła swoje społeczno­‑kulturalne serce, zaś kameralny charakter placówki sprawia, że żadne z dzieci nie jest anonimowe, wszystkie są dobrze znane nauczycielom, co daje więcej możliwości w procesie wychowania.

To nieprawda, że w polskim społeczeństwie nie ma już społeczników, idealistów, pasjonatów oddolnej pracy oświatowej i kulturalnej. Hasło „edukacja nie jest towarem” okazuje się prawdziwe tam, gdzie wolnorynkowa logika utowarowienia dotyka ludzi najbardziej i gdzie dla zachowania swej godności i satysfakcji żyją i działają oni nierzadko wbrew tej antyspołecznej logice. Pozostaje pytanie: kto zyska a kto straci na proponowanej od jakiegoś czasu likwidacji Karty Nauczyciela? Czy rzeczywiście likwidacja pewnych zabezpieczeń socjalnych dla nauczycieli jest warunkiem poprawy jakości kształcenia? Skąd pewność, że efektywny nauczyciel, który otrzyma zwiększone pensum, zyska stałą gwarancję zarabiania więcej? Czy panaceum na wszystkie bolączki szkolnictwa stanowi jego urynkowienie? W Oleśnicy Małej chyba już wiedzą, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż neoliberalne gadanie o „konkurencyjności” i „rentowności”. I robią swoje.

Katarzyna Gawlicz – Nauczycielka akademicka; zajmuje się problematyką wczesnego dzieciństwa i demokracji w instytucjach dla małych dzieci. Członkini redakcji „Recyklingu Idei”.
Marcin Starnawski – socjolog i pedagog, nauczyciel akademicki, tłumacz; członek redakcji „Recyklingu Idei”.