Kraj, który chce istnieć

Eduardo Galeano
31.01.2013

Potężny wybuch gazu: to masowe powstanie, które wstrząsnęło całą Boliwią i zakończyło się ucieczką prezydenta Sáncheza de Lozada, który zostawił za sobą stosy trupów.


Gaz wysłano do Kalifornii, po niskiej cenie, przez ziemie chilijskie, które kiedyś należały do Boliwii. Przepływ gazu przez granice Chile stał się solą w oku Boliwii – kraju, w którym od ponad wieku domagano się, na próżno, odzyskania dostępu do morza, utraconego w 1883 roku w przegranej wojnie z Chile.

Lecz droga przepływu gazu nie była najważniejszym powodem gniewu, jaki wybuchł w całym kraju. Również przyczynił się do niego rząd, który w odpowiedzi na pociski, zapełnił, jak to ma w zwyczaju, ulice stosami trupów. Ludzie zbuntowali się, ponieważ nie chcieli zaakceptować tego, że z gazem może stać się to samo, co stało się ze srebrem, saletrą, cyną i całą resztą. Pamięć boli i uczy, że nieodnawialne bogactwa naturalne odchodzą bez pożegnania i nigdy nie wracają.

W 1870 roku w Boliwii angielskiego dyplomatę spotkał niemiły incydent. Dyktator Mariano Melgarejo zaproponował mu wypicie chicha [miejscowe piwo], narodowego napoju robionego z fermentowanej kukurydzy. Dyplomata podziękował, lecz powiedział, że wolałby napić się czekolady. Malgerejo, z wrodzoną delikatnością, kazał mu wypić ogromny dzban czekolady, a następnie posadził go tyłem na osła i prowadził ulicami miasta La Paz. Kiedy królowa Wiktoria w Londynie dowiedziała się o całym zajściu, kazała przynieść sobie mapę, skreśliła kraj kredą i powiedziała: Boliwia nie istnieje.

Wielokrotnie słyszałem tę historię. Czy rzeczywiście tak było? Może tak, a może nie. Lecz to zdanie, przypisane imperialnej ignorancji, można także odczytywać jako mimowolną syntezę burzliwej historii narodu boliwijskiego. Tragedia się powtarza, zataczając krąg: od 500 lat bajeczne bogactwo Boliwii przeklinają jego mieszkańcy, którzy są najbiedniejszymi z biednych Ameryki Południowej. „Boliwia nie istnieje” – nie istnieje dla potomnych.

W epoce kolonialnej srebro z Potosí było, przez ponad 200 lat, głównym pokarmem rozwoju kapitalistycznej Europy. Mówiło się, że „Potosí ma wartość” po to, żeby wychwalać to, co nie miało ceny. W połowie XVI wieku najbardziej zaludnione, najdroższe i rozrzutne miasto świata powstało i rozkwitło u stóp góry, która tryskała srebrem. Zwana Cerro Rico (Bogata Góra) pochłonęła w swoim wnętrzu wielu Indian. „Były tam niedostępne ścieżki, które zdawały się zmieniać w podziemne królestwo”, napisał górnik z Potosí: ludzie opuszczali wsie i wędrowali ze wszystkich stron, więźniowie w kierunku wejścia prowadzącego do podziemnych korytarzy. Na zewnątrz temperatura lodu. Wewnątrz piekło. Na każdych dziesięciu wchodzących, żywych wychodziło tylko trzech. Ale skazani na pracę w kopalni, choć krótko wytrzymywali, tworzyli fortuny bankierów flamandzkich, genueńskich i niemieckich, wierzycieli korony hiszpańskiej. Byli to ci Indianie, którzy umożliwili takie nagromadzenie kapitału, że przeobraził on Europę w to, czym jest teraz.

Co z tego wszystkiego zostało Boliwii? Wydrążona góra, niezliczone ilości Indian zmarłych z wycieńczenia oraz kilka pałaców zamieszkałych przez upiory.

W XIX wieku, kiedy Boliwia poniosła klęskę w wojnie zwanej Guerra del Pacífico, nie tylko straciła dostęp do morza i została zepchnięta w samo serce Ameryki Południowej. Straciła też saletrę.

Oficjalna historia, która jest historią wojen, mówi, że Chile wygrało tę wojnę; ale prawdziwa historia dowodzi, że zwycięzcą został przedsiębiorca brytyjski John Thomas North. Bez oddania ani jednego strzału czy wydania pensa North podbił terytoria, które należały do Boliwii i do Peru, i przeobraził je w królestwo saletry, które odtąd stało się niezbędnym nawozem do użyźniania znużonych ziem Europy.

W wieku XX Boliwia został głównym dostawcą cyny na rynek międzynarodowy. Blaszane puszki, osławione przez Andy Warhola, pochodzą z kopalni wytwarzających cynę, której wydobycie powiększyło liczbę wdów w kraju. W zagłębiach podziemnych korytarzy, nieubłagany pył krzemionkowy zabijał przez uduszenie. Robotnikom gniły płuca po to, by świat mógł konsumować tanią cynę.

Podczas II wojny światowej Boliwia przyłączyła się do interesu sprzymierzonych, sprzedając minerał po cenie dziesięciokrotnie niższej niż stała, i tak już niska, cena. Pensje robotników zredukowano prawie do zera, wybuchały strajki, karabiny maszynowe miotały ogniem. Simón Patino, właściciel interesu i gospodarz kraju, nie musiał płacić odszkodowań, ponieważ śmierć w wyniku podłożenia bomby nie jest wypadkiem przy pracy. Wówczas don Simón płacił pięćdziesiąt dolarów rocznie podatku dochodowego, ale płacił dużo więcej prezydentowi i jego gabinetowi. Sam umarł z głodu dotknięty czarodziejską różdżką bogini Fortuny. Jego wnukowie wstąpili do stanu szlacheckiego, wychodząc za hrabiny, markizy i krewne króla w Europie.

Kiedy rewolucja z 1952 roku zdetronizowała Patino i znacjonalizowała cynę, okazało się, że zostały resztki minerału z trwającej połowę wieku, krzywdzącej eksploatacji w interesie rynku światowego.

Ponad sto lat temu historyk Gabriel René Moreno odkrył, że lud boliwijski jest „komórkowo niezdolny”. Postawił na wadze mózg Indianina oraz Metysa i sprawdził, że ważą 5,7 i 10 uncji mniej niż mózg człowieka rasy białej.

Czas płynął, a kraj, który nie istniał, nadal chorował na rasizm. Ale kraj, który chce istnieć i którego większość mieszkańców nie wstydzi się tego, kim jest, nie pluje na własne odbicie. To ta Boliwia, pełna życia, dążąc ku obcemu sobie postępowi, jest krajem prawdy. Jego pomijana historia, obfituje w klęski i zdrady, ale też w cuda tych, którzy są zdolni udawać pogardzanych, kiedy przestają gardzić sobą samym i kiedy przestają walczyć między sobą.

Rok 2000, jedyny przypadek na świecie: wieś sprywatyzowała wodę. Tzw. guerra del agua (wojna o wodę) miała miejsce w Cochabamba. Chłopi wyszli z dolin i zablokowali miasto, które też podniosło bunt. Odpowiedziano im gazem i pociskami, rząd ogłosił stan oblężenia. Masowa rewolta trwała nieprzerwanie aż do końcowego ataku, kiedy woda została wyrwana z rąk firmy Bechtel, a ludzie odzyskali wodę, dającą życie i nawadniającą pola. (Firma Bechtel, z siedzibą w Kalifornii, dostała teraz rekompensatę od prezydenta Busha w postaci milionowych kontraktów w Iraku).

Kilka miesięcy temu inna zbiorowa eksplozja w całej Boliwii zwyciężyła Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Fundusz poniósł wysoką cenę za swoją porażkę, kosztowało go to 30 zabitych przez tzw. siły porządkowe, lecz mimo to lud dokonał bohaterskiego czynu. Rząd nie miał wyjścia i anulował podatek dochodowy, który wprowadzono z polecenia Funduszu.

Teraz trwa wojna o gaz. Boliwia posiada ogromne rezerwy naturalnego gazu. Sánchez de Lozada nazwał kapitalizację ich prywatyzacji źle udawaną, lecz kraj, który chce istnieć, właśnie pokazał, że nie ma złej pamięci. Ponownie historia bogactwa, które rozpływa się w obcych rękach? „Gaz jest naszym prawem” – głosiły transparenty podczas manifestacji. Ludzie domagali się i będą domagać się nadal, aby gaz przeszedł na własność Boliwii, za co – w zamian – Boliwia się podda, jeszcze ten jeden raz, dyktaturze. Prawo do samostanowienia, o którym tyle się mówi i które tak mało się szanuje, zaczyna się właśnie od tego momentu.

Zbiorowe nieposłuszeństwo spowodowało, że zmarnotrawiono okazję do intratnej transakcji z korporacją Pacific LNG, tworzoną przez Repsol, British Gas i Panamerican Gas, która chciała być udziałowcem Enronu, znanego ze swoich „cnotliwych” zwyczajów. Wszystko wskazuje na to, że korporacja będzie chciała zarobić, jak oczekuje, dziesięć dolarów na każdym zainwestowanym dolarze.

Ze swojej strony, uciekinier Sánchez de Lozada stracił fotel prezydenta. Na pewno nie stracił złudzeń. Na sumieniu ciąży mu zbrodnia dokonana na ponad 80 manifestantach, ale nie była to jego pierwsza rzeź, ten chorąży nowoczesności nie zadręcza się niczym, co nie przynosi dochodów. W końcu myśli i mówi po angielsku, lecz nie jest to język Szekspira: to język Busha.

Przełożyła Katarzyna Wiącek

Tekst pochodzi ze strony: http://www.attacmadrid.org/d/4/031027204516.php. Niniejszy przekład ukazał się w: „Recykling Idei”, 2004, nr 1.