Architektura SPOZA

Paweł Głowacki
13.07.2005

Podobno architektura lub też zawód architekta cieszą się opinią profesji o wysokim statusie społecznym, tak jak i prawnicy czy lekarze. Mogłoby to implikować tezę o dużej społecznej wrażliwości i odpowiedzialności architekta, gdyby nie często spotykane stwierdzenie, że architekt to drugi z najstarszych zawodów świata, co raczej nie przysparza mu społecznego prestiżu i zaufania.

Jak jest naprawdę? Trudno o obiektywną odpowiedź. Opinia każdego z nas, chcąc nie chcąc użytkownika architektury, będzie uzależniona od własnych doświadczeń i preferencji. W jakim stopniu są one zgodne z preferencjami architektów? Czego od architektów i architektury oczekuje szeroko rozumiane społeczeństwo? Czy dzisiejsza architektura wychodzi naprzeciw tym oczekiwaniom? Na pewno stara się im sprostać tzw. architektura SPOłecznie ZAangażowana, czyli taka, której twórca niekoniecznie motywuje się wysokością wynagrodzenia i która stara się reagować na problemy społeczne. Dla ułatwienia będę posługiwał się adekwatnym skrótem SPOZA. Postaram się wskazać zjawiska, które moim zdaniem mieszczą się w nurcie zachowań prospołecznych i wiążą się z architekturą, czy też ogólnie – budowaniem.

Radykalne pomysły

Architektura SPOZA, jak już wspomniałem, reaguje i odpowiada na aktualne problemy społeczne, choć wbrew pozorom oczekiwania człowieka pod tym względem niewiele zmieniły się od czasów, kiedy zaczęła nam towarzyszyć materia budowlana – chodzi po prostu o dach nad głową. Dość spektakularnie zmierzyli się z tym problemem na początku XX wieku moderniści, ze swoimi postulatami uzdrowienia XIX­‑wiecznej struktury mieszkaniowej, która nie była w stanie przyjąć olbrzymich mas przesiedleńców ze wsi potrzebnych szybko rozwijającemu się przemysłowi. Wprowadzanie w życie słusznych skądinąd pomysłów w skali dotychczas nie spotykanej wymknęło się spod kontroli, niekoniecznie z winy samych architektów, co wygenerowało całą masę skutków ubocznych (patologiczne blokowiska), ale to już temat na inną historię. Kiedy w latach 60 modernizm nieco okrzepł, pojawiły się nowe, często bardziej radykalne pomysły, które podejmowały aktualne problemy społeczne. Na fali ogólnego fermentu tamtych lat powstają grupy architektoniczne tworzące projekty – manifesty, których radykalizm może, nawet dziś, wywołać ambiwalentne odczucia. Jak zwykle w takich sytuacjach pojawiał się nowy model człowieka (społeczeństwa), dla którego tworzono te architektoniczne koncepcje. Można spekulować, na ile były one artystyczną prowokacją wymierzoną w kapitalistyczne i konsumpcyjne społeczeństwo, a na ile twórcom leżały na sercu realne problemy społeczne. Nie można jednak kwestionować dużego wkładu w twórczy ferment tamtego okresu. Obok tworzonych wtedy projektów futurystycznych miast utopii, powstawały realne projekty. Z dala od cywilizacyjnego zgiełku na pustyni w Arizonie, wysiłkiem grona „szaleńców”, powstaje miasto Arcosanti, miejsce alternatywnego sposobu na życie.

Śmiałe wizje miast utopii z lat 60 zdążyły już zagrzać miejsce w podręcznikach historii architektury, o Arcosanti – choć nadal istnieje i rozwija się – mało kto pamięta. Nadchodzi czas na nowe radykalne pomysły. Tym bardziej, że podobno pojawił się nowy model człowieka – „ponowoczesny”. W 2000 r. na 7 Biennale Architektury w Wenecji, jednej z najbardziej prestiżowych imprez tego typu, architekci mierzyli się z wizją miasta trzeciego tysiąclecia, w szerokim kontekście zachodzących przemian. Pocieszające, że biennale odbywało się pod hasłem „Miasto: mniej estetyki, więcej etyki”. I choć przedstawione przy pomocy współczesnych środków przekazu projekty rzadko dają gotowe rozwiązania, to włączają się w trudną grę poszukiwań.

Bycie razem

Jak moglibyśmy wyśledzić architekturę SPOZA, nie w postaci utopijnych wizji, lecz gotowych rozwiązań? Ważne aby dawała nam możliwość bycia razem, spotkania, wspólnego przeżywania. I to zarówno w przestrzeni budynku jak i miasta. Bardzo dobrego przykładu dostarcza nam znowu modernizm, i to wrocławski. Mam na myśli stojący na Biskupinie dom studencki „Pancernik”. Zbudowany w latach 20 ubiegłego wieku jako budynek mieszkalny, jeden z elementów eksperymentalnego osiedla, dziś świetnie sprawdza się jako akademik, a na jego przestronnych korytarzach może się toczyć życie towarzyskie, dzieciaki spokojnie mogą urządzać plac zabaw, co nie przeszkadza sprawnie funkcjonować pozostałym mieszkańcom. Wspomniana możliwość bycia razem, spotkania, może dotyczyć nie tylko okresu korzystania z obiektu, ale już momentu jego budowania. Tego typu zwyczaje sprawdzają się przede wszystkim w przypadku wznoszenia obiektów sakralnych, ale nie tylko. Peter Weir w filmie Świadek pokazał szerszej publiczności dość egzotyczną, jak na dzisiejsze czasy, społeczność Amiszów. W jednej ze scen wszyscy mieszkańcy osady budują dom dla świeżo poślubionej pary. Wzajemne wspieranie się, a co z tego wynika samowystarczalność, to jedne z wielu cech, które wyróżniają Amiszów, żyjących w zwartych, całkowicie oddzielonych od zewnętrznych wpływów wspólnotach.

Choć architektura SPOZA może zaistnieć bez architektów, to jednak ich udział okazuje się zwykle pomocny, pod warunkiem rzecz jasna, że będą rekrutowani z naszej elitarnej szufladki – SPOZA. Trzeba ich tylko zdemaskować, naturalna skromność tychże nie ułatwi nam tego zadania. Posłużę się w tym celu ankietą, którą od kilku lat tworzą redaktorzy miesięcznika „Architektura”. Ankieta to może za duże słowo, zadają oni po prostu jedno pytanie polskim architektom: „Jaki jest twój ulubiony budynek?” Powstała w ten sposób swego rodzaju galeria architektonicznych maskotek, gdyż zwykle kryterium doboru dzieła był emocjonalny stosunek do „ulubionego”. Wielu kierowało się po prostu swoim wyrafinowanym poczuciem estetyki. Kryterium jest oczywiście dowolne i nie ma w tym nic złego, że wybierając swojego ulubieńca kierujemy się bądź to emocjami, bądź poczuciem estetyki. Pozwala to jednak spojrzeć na to, czym kierują się architekci tworząc, a nam pomoże odnaleźć architektów, którym na sercu leżą sprawy społeczne. Idąc nieco dalej pozwolę sobie zaryzykować tezę, parafrazując pewne powiedzenie – „pokaż mi swój ulubiony budynek, a powiem ci, kim jesteś”.

Człowiek na pierwszym planie

Bodaj tylko jedna z ankietowanych osób szukała ulubionego według klucza: jaki cel towarzyszył jego powstaniu? Czy forma wyraża treści emocjonalne? Czy została zachowana ciągłość tradycji? Zwracam uwagę na pierwsze, w gruncie rzeczy fundamentalne, pytanie, bo pozwala określić sens tego, co robimy w ogóle. Tym architektem dla którego równie ważne są wygląd, sens budowania i towarzyszące budynkom emocje, jest Stanisław Niemczyk – osoba, której twórczość może być dobrym przykładem dla zobrazowania architektury SPOZA. Społeczne zaangażowanie nie jest u niego, jak sądzę, wynikiem jakiejś kalkulacji, czy też przyjęcia ideologii. To, że cieszy się taką opinią, wychodzi mu tak naturalnie, jak popijanie porannej kawy. W czym to społeczne zaangażowanie się objawia? Najprościej rzecz ujmując, na pierwszym planie stoi człowiek, nie architektura. „Dostaliśmy jakiś czas na to, żeby tu być, coś wykonać w stosunku do drugiego człowieka, bo o nikogo więcej nie chodzi. Przecież nie chodzi o architekturę, nie chodzi o kawałek ziemi, którą rolnik orze. On ją po coś orze” – mówi Niemczyk. Zawód architekta traktuje w kategoriach odpowiedzialnej misji, dalekiej jednak od postawy kreatora, wszechwładnego demiurga, już raczej obywatelskiej służby: „gdybym miał przeżyć życie tylko po to, by zarabiając na coś wziąć pieniądze i wracać do pracy, to wolałbym pracować fizycznie, nie wykonywać niczego, co ma komuś służyć w sposób zły, co ma go degradować w kontakcie z tym, co ja dla niego wykonałem. Wyniki naszej działalności mogą niszczyć pokolenia”.

Najpełniej pewne prospołeczne cechy jego architektury ujawniają się przy wznoszeniu ostatnich budowli autorstwa Niemczyka, parafialnego kościoła w Czechowicach­‑Dziedzicach oraz kościoła z klasztorem franciszkanów w Tychach. Niemal cała społeczność parafialna była zaangażowana na miejscu budowy, a w przypadku Tych – nawet bezdomni. Łatwo kręcić nosem, mając w pamięci inne przykłady „dobrowolnego” zaangażowania, tu jednak mamy do czynienia z autentycznym zaangażowaniem wyartykułowanym przez społeczność. „Kiedyś budowaliśmy, a teraz się modlimy. Jedno i drugie nauczyliśmy się robić wspólnie i daje nam to wielką radość” – mówią dziś zgodnie ludzie, którzy dzięki budowie poczuli się też nieco inaczej odpowiedzialni za swoją parafię. Warto wspomnieć, że kościół w Czechowicach stanął wyłącznie dzięki pracy i ofiarności przyszłych użytkowników, bez wsparcia z zewnątrz. Opłacano tylko kilku wyspecjalizowanych fachowców, którzy pracowali po kilkanaście godzin na dobę, ramię w ramię z kilkudziesięcioma pomocnikami i fachowcami społecznymi. Jaka w tym zasługa architekta, ano duża. To on decyduje o technologii budowania, rodzaju użytego materiału. Niemczyk od lat preferuje tradycyjne sposoby budowania, co ułatwia angażowanie do pracy każdego chętnego.

Tradycyjne technologie, robotnicy „niefachowcy”, jakiś podejrzany entuzjazm, łatwo w takich sytuacjach popełnić bubel lub być posądzonym o wtórność. Nic z tego. Kościół w Czechowicach­‑Dziedzicach został obsypany wianuszkiem pochwał, tak przez krytykę, jak i „zwykłych” odbiorców, a w organizowanym przez Wojewodę Śląskiego oraz Katowicki Oddział Stowarzyszenia Architektów Polskich konkursie na najlepszą realizację architektoniczną w województwie śląskim w 1998 roku zdobył I nagrodę. Wszyscy zgodnie wskazują na fenomen wznoszenia tej budowli, przez niektórych zgrabnie określonej „kościołem obywatelskim”. Sam Niemczyk atmosferę w trakcie budowania podsumował: „wierzę, że człowiek zawsze musi trafić na ludzi, bo inaczej w ogóle nie ma sensu nic robić”.

Oczywiście architektów nie rozlicza się za atmosferę pracy na budowie. Do katalogów, podręczników historii trafią piękne, zapewne pozbawione ludzi, fotografie obiektów. Mało kto, delektując się niewątpliwym urokiem piramid egipskich, zastanawia się, ile ofiar pochłonęła ich budowa. Takich przykładów można znaleźć na przestrzeni wieków wiele, dziś starają się nas „nie zawieść” na przykład Chiny, gdzie powstaje tama Trzech Przełomów, inwestycja, która, z charakterystyczną dla Chin megalomanią, skazuje na gehennę ponad milion związanych z budową przesiedleńców. Może warto zastanowić się, czy architektura to tylko architektura, budynek to tylko budynek i jak ma się do tego wszystkiego człowiek lub społeczeństwo.

Architektura SPOZA powstaje w odpowiednich warunkach. Atmosfera społeczno­‑polityczna lat 20. czy 60. sprzyjała rodzeniu się nowych (lub odświeżaniu zapomnianych) idei, co odbijało się szerokim echem między innymi w kulturze, sztuce. Dzięki czemu w architekturze dochodziło do przewartościowania złych nawyków, które redukują człowieka do roli dodatku do budynku. Do głosu dochodzili architekci, którzy (przynajmniej w deklaracjach) na pierwszym planie stawiali człowieka, a dalej budynek z całym bagażem uwikłań stylistyczno­‑technologicznych.

Bez społecznego poparcia, oddolnej inicjatywy architektura SPOZA nie zaistnieje. Przykład społeczności amiszów, parafian czechowickich lub chociażby mieszkańców squatów dowodzi, że możliwe jest realizowanie wspólnych celów (wznioślej: marzeń) na nieco innych zasadach niż obecnie powszechne. Jeżeli taka inicjatywa poparta zostanie współpracą świadomego swojej roli architekta, to myślę, że ma szansę powstać po prostu dobra architektura, cokolwiek to znaczy, już niekoniecznie z przymiotnikiem SPOZA. A kiedy powstaje dobra architektura, to, mam nadzieję, człowiek staje się lepszy, a przecież o nic więcej nie chodzi.

BIBLIOGRAFIA:

Krajobraz pierwotny – rozmowa ze Stanisławem Niemczykiem, „Architektura i Biznes” 12/2002

Którzy chcą widzieć – rozmowa ze Stanisławem Niemczykiem, „Architektura” 9/1996

www.jcho.bielsko.opoka.org.pl

Tekst pochodzi z: „Recykling Idei”, 2004, nr 1(4).