„Babilon” pod pręgierzem

Michalina Golinczak
20.09.2005

Uroczyście, bo pokazem musztry i paradą orkiestr wojskowych, a także skandalem z powodu zatrzymania przez policję jednego z uczestników pokojowej pikiety przeciw wojnie w Iraku i w konsekwencji postawieniem mu zarzutu czynnej napaści na policjanta, zakończyły się 10 września na wrocławskim Rynku obchody sześćdziesięciolecia Śląskiego Okręgu Wojskowego. Zatrzymanemu grozi do dziesięciu lat pozbawienia wolności – to najbardziej absurdalny i bulwersujący aspekt całej sprawy, lecz jednocześnie niestety zaledwie czubek góry lodowej. Poważnych problemów, jakie się przy okazji wyłoniły, jest bowiem o wiele więcej.

Śląski Okręg Wojskowy ma co świętować. To przecież on wsławił się interwencją w Czechosłowacji w 1968 roku, zasłynął szczególną aktywnością w Polsce w stanie wojennym, a ostatnio udziałem w okupacji Iraku. Jubileusz był huczny, na miarę osiągnięć. Specjalnie na tę okazję zbudowano w Rynku replikę obozu wojskowego „Camp Irak”. Nie wiem, czy miał to być wyraz dumy z udziału polskich wojsk w wojnie w Zatoce Perskiej, złożenie hołdu żołnierzom biorącym w niej udział, czy może raczej próba oswajania społeczeństwa z wojennym krajobrazem, w każdym razie wyglądało to przerażająco. Nawet nie sama „baza Babilon”, ale reakcja ludzi. Widok bawiących się na czołgach dzieci i par robiących sobie zdjęcia w schronach był dla mnie nieco zatrważający. Obserwując przechodniów, którzy bezrefleksyjnie i całkowicie beztrosko zwiedzali miniaturę obozu, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że mam do czynienia z Adornowskim „społeczeństwem bez opozycji”. Czy naprawdę wystarczy talerz darmowej wojskowej grochówki, żeby zapomnieć, ile pieniędzy z budżetu Polski przeznacza się na zbrojenia i interwencję w Iraku? Zresztą, nie tylko o pieniądze chodzi. Bardziej niepokoi mnie to, że od jakiegoś czasu promuję się w naszym kraju coś, co określiłabym terminem „kultury militaryzmu”.

– „Wojskowy kucharz serwował grochówkę z chlebem prosto z polowej piekarni. Były też pokazy żołnierskiej mody (nawet bielizna i skarpety) oraz śliczna pielęgniarka w mundurze. – Żeby ludzie wiedzieli, że kobiety też służą w Iraku – tłumaczy major Edwin Urbańczyk z 10. Brygady” – relacjonowało darmowe pismo „Echo” z 11 września. W prasie nie pojawił się żaden krytyczny tekst, który komentowałby „Camp Irak” inaczej niż jako ciekawostkę i atrakcję turystyczną („Jeszcze tylko w sobotę od wczesnego rana do wieczora każdy z nas może wejść do samochodów i opancerzonych transporterów, popytać żołnierzy o sprzęt i warunki na misji”. – „Gazeta Wyborcza Wrocław”, 10­‑11 września). W istocie, specyficzna to atrakcja – zasieki z drutu kolczastego, metalowe kontenery, żołnierze w mundurach, wozy bojowe… Pozostaje mieć tylko cichą nadzieję, że jednak nie każdy chłopiec marzy o tym, by zostać żołnierzem, a na społeczeństwo składają się także świadome oraz krytyczne jednostki, a nie jedynie czytelnicy codziennych bezpłatnych gazetek, w których serwuje się zawsze jednakową „papkę”.

Wracając do antywojennej pikiety – obchody jubileuszu Śląskiego Okręgu Wojskowego pozwoliły dostrzec jeszcze inny poważny problem, mianowicie – czy ruch antywojenny we Wrocławiu w ogóle istnieje, jeśli założyć, że istnieje w Polsce. Bo czy garstkę ludzi, bez większego poparcia, można nazwać opozycją? Poza tym paradowanie w kółko z dwoma transparentami, pokrzykiwanie wciąż tych samych haseł, sporadyczne i histeryczne gesty zamiast przemyślanej i regularnej krytyki, znudzenie raczej niż zdecydowanie – to za mało. Chciałaby się mieć nadzieję, że to nie wszystko, na co stać przeciwników wojny we Wrocławiu. Uwaga ta dotyczy zresztą całego ruchu antywojennego w Polsce. Może przykry incydent z zatrzymaniem jednego z jego członków zmusi pozostałych do większej solidarności i zaangażowania? Zwłaszcza, że działania policji – próby wywarcia presji i zastraszanie, także przy użyciu siły fizycznej, podejmowane wobec osób, które otwarcie wyrażają sprzeciw wobec obecnej sytuacji politycznej, ekonomicznej czy społecznej, stają się coraz częstsze i ciągle przybierają na sile.

27 września w Warszawie odbędzie się głośna rozprawa Andrzeja Smosarskiego, oskarżonego o czynną napaść na funkcjonariusza policji podczas demonstracji pielęgniarek w grudniu 2000 roku. Sąd pierwszej instancji, ufając zeznaniom policji, wymierzył mu karę 3700 złotych grzywny z zamianą 3 tysięcy grzywny podstawowej na 100 dni aresztu.­‑ „Zostałem zatrzymany nie jako włamywacz czy kieszonkowiec, ale jako uczestnik manifestacji, nielegalnej, lecz o celach uznanych potem przez parlament i część mediów za uzasadnione. Działania policji i sądu w moim przypadku wpisują się więc w schemat kryminalizacji protestów społecznych przez władze – podobnie jak przypadki agresji policji wobec zgromadzeń publicznych, próby zastraszania działaczy społecznych czy w końcu inne procesy, których schemat jest identyczny z tym, który mnie dotyczy. Protesty i inne przejawy krytyki obecnego stanu rzeczy są więc traktowane jako działalność nielegalna i tak też prezentuje się je opinii publicznej” – pisze Smosarski na swojej stronie internetowej.

Okazuje się, że słowo „nielegalne” znów przeżywa swój renesans, choć właściwie nigdy nie wypadło z użycia i jak zawsze określa się nim wszystko, co niewygodne osobom sprawującym władzę. Śląski Okręg Wojskowy tłumił „nielegalne” strajki w przeszłości, być może dzięki dzisiejszym działaczom społecznym i ich „nielegalnym” inicjatywom, będzie miał co świętować za następnych kilkadziesiąt lat. Można przypuszczać, że jubileusz zostanie uczczony z równie wielką pompą, ciekawe tylko w jakich dekoracjach…