Nie ma wolności bez „Solidarności”?

Michalina Golinczak
31.08.2005
„Nie zapomnijmy o ideałach sierpnia

o ludziach, którzy walczyli o wolność

o Kościele, który stał na straży polskości

o odrowężu, który ostatecznie wyssał pijawkę zdrady..”.

[Ideały sierpnia – piosenka zespołu Kury; słowa: Marta Handschke]

Donald Tusk rozesłał do mieszkańców Wrocławia, a pewnie i do obywateli całego kraju, list, w którym prosi o głos w nadchodzących wyborach prezydenckich. Czym chce przekonać wyborców? Jednym z jego głównych argumentów, zaraz po tym, że wychował się w zwyczajnej rodzinie, a jego matka pracowała w szpitalu, codziennie dając mu przykład dzielności i uczciwości, jest fakt, że stracił pracę „za »Solidarność«”. Świetna reklama. Sierpniowe obchody 25­‑lecia „Solidarności” na miesiąc przed wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi spadły niektórym jak manna z nieba. Bo czy można wyobrazić sobie lepszą okazję do tego, by jeszcze raz przypomnieć wszystkim, kto jakie ma zasługi i kto od zawsze stoi po właściwej stronie? Po raz kolejny ktoś zatroszczy się o to, byśmy nie zapomnieli o tych, „którzy poniżali, ani o tych, którzy saneczkowali na trzecie piętro”(Wszystkie cytaty pochodzą z utworu Ideały sierpnia).

Urodziłam się w roku 1985, więc „Solidarność” mogę znać jedynie z opowieści. Tym bardziej czułam się nieswojo, oglądając siebie i swoich rówieśników 26 sierpnia na telebimimie wyświetlającym reportaż z manifestacji poparcia dla ukraińskiej Pomarańczowej Rewolucji podczas obchodów jubileuszu „Solidarności” we Wrocławiu. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że moje prywatne i bardzo spontaniczne zachowanie ktoś wykorzystał do reklamy czegoś, czego nie pamiętam i z czym się nie identyfikuję. Czy to znaczy, że nie pragnę wolności? Ależ skąd! Chcę wolności, lecz nie pod szyldem „Solidarności”, „Gazety Wyborczej” czy Telewizji Polskiej. Wolność – na szczęście – nie ma twarzy Władysława Frasyniuka, Donalda Tuska ani Rafała Dutkiewicza. Nie sprowadza się ona do tak spektakularnych, lecz tanich gestów, jak malowanie na ścianie krasnali. Nie ma też jednej barwy, choćby był to najmodniejszy w tym sezonie kolor pomarańczowy.

Absolutnie nie jest moją intencją umniejszać znaczenia „Solidarności”. Chcę tylko zwrócić uwagę, że okazję taką, jak jej dwudziestopięciolecie, wykorzystano w niewłaściwy sposób, bawiąc się w oddawanie hołdu oraz rozprawianie w nieskończoność i do znudzenia o „sprawie, co ważniejsza jest niż osobnicze życie, o matce Polsce – wyśnionej, nieudanej”, o „szabelkach i konikach, o ułanach, buzdyganach, batonikach, o Batorym z mosiądzu i majteczkach z brązu..”.. Zamiast krytycznej dyskusji i wyciągania wniosków wybrano przyjemne, lecz nic niewnoszące pławienie się we własnej legendzie. To wszystko każe mi jeszcze raz odciąć się od solidarnościowego mitu. Nie pozostaje nic innego, jak po raz wtóry kpiąco i okrutnie zakrzyknąć wraz z Ryszardem Tymańskim: „Soldarność, Solidarmość, Solimarność, solej!”. Chociaż sierpniowe ideały, zwłaszcza jeśli zamknąć je w haśle „Precz z zapleśniałą elitą władzy!”, ani krzty nie straciły na swej aktualności i są mi wyjątkowo bliskie.