Wierszokleci i poeci

Michalina Golinczak
06.07.2004
Wymiatamy z mętnej karczmy nieskończoności

nędzne histeryczne twory zwane poetami,przywalone

niedosytem bólem radością życia,

ekstazą, estetyką, natchnieniem, wiecznością.

Zamiast estetyki antygracja,

zamiast ekstazy – intelekt.

Twórczość świadoma i celowa.

[z manifestu polskich futurystów]

Slam poetry1 dotarło do Polski stosunkowo niedawno, bo w roku 2003, ale od razu wzbudziło żywe zainteresowanie, zarówno mediów, jak i odbiorców oraz twórców poezji. Sama idea jest ciekawa, choć nieco kontrowersyjna. Z jednej strony cieszy, że poezja wreszcie wychodzi na spotkanie z ludźmi, uwalnia się z hermetycznego, akademickiego kręgu, a twórcy i odbiorcy wchodzą ze sobą w żywe interakcje. Z drugiej jednak strony trochę odstraszać może charakter tego typu imprez. Na przykład to, że autorów, którzy nie spełniają oczekiwań publiczności, wygwizduje się, zagłusza, bądź po prostu wysyła do domu. Czytałam o przypadkach obrzucania mniej przebojowych uczestników slamu pomidorami lub niewybrednymi komentarzami i zastanawiałam się, ile to ma jeszcze wspólnego z poezją, a ile z prymitywną rozrywką dla mas. Nie można jednak ferować wyroków, zanim nie pozna się czegoś osobiście. Dlatego ucieszyłam się, że slam poetry trafia wreszcie do Wrocławia. Pierwsza tego typu impreza w stolicy Dolnego Śląska odbyła się 25. czerwca o godzinie 19.00 z okazji otwarcia Mediateki – multimedialnej biblioteki dla młodych.

Piwnica przy ulicy Teatralnej zgromadziła kilkadziesiąt osób. Każdy z poetów­‑uczestników otrzymał mikrofon i 3 minuty na prezentację swoich wierszy. W trakcie występu nie wolno było używać żadnych rekwizytów ani instrumentów. O tym, kto wygra, jak przystało na slam, miała zadecydować publiczność, podnosząc kolorowe kartoniki – zielony oznaczał, że nam się podoba, czerwony – że nie. Szybko zrezygnowano jednak z selekcji negatywnej i w konsekwencji w głosowaniu udział brały tylko kartoniki zielone. Mówi to wiele o atmosferze, jaka panowała podczas pierwszego wrocławskiego slamu – publiczność, którą ściągnęła tu „żądza krwi”, mogła czuć się nieco zawiedziona. Zarówno poziom uczestników, jak i ich rozpiętość wiekowa, był bardzo różny. Generalnie królowała grafomania. Ale nie jest to wcale zarzut. Slam poetry to przede wszystkim zabawa. Wychodzi się tu z założenia, że poetą może być każdy. Tematy utworów były bardzo różnorodne – począwszy od filozoficzno­‑egzystencjalnych („Twoje życie to kwas”, „Dupa wpisana jest w życie twe”) po publicystyczne („W ławce sejmu siedzi leń, nic nie robi cały dzień..”.). Była to sztuka, jak powiedzieliby futuryści, „niespodźana i wszechprzeńikająca”, choć może jeszcze nie „z nug waląca”. Rozmaicie było z umiejętnościami recytatorskimi uczestników – niektórzy rzeczywiście potrafili przyciągnąć uwagę widzów, inni recytowali swoje utwory z patosem godnym szkolnej akademii.

Niestety, zdecydowanie zawiódł prowadzący Paweł Piotrowicz. Wrocławski poeta zupełnie nie mógł odnaleźć się w roli, do której go zaangażowano. Nie potrafił podgrzać atmosfery, zabłysnąć dowcipem, za to notorycznie zapominał o procedurze głosowania. Po wyrównanej walce stosunkiem głosów 16 do 15 wygrał Dariusz Sas, który swoje zwycięstwo skomentował tak: „Lepszy stary pryk niż nikt”, co wywołało salwy śmiechu na sali… Duży aplauz wzbudziła także laureatka II miejsca, Maria Piss, która prezentowała pełne humoru „Ogłoszenia drobne” ze swojego tomiku „Rozmyślania na luzie”. Zabawne były także nagrody dla uczestników – parasolki i inne drobne gadżety.

Po imprezie słyszałam wiele narzekań. A to, że nudno, że mało drapieżnie, że w Poznaniu lepiej… Jak zwykle najgłośniej narzekali ci, którzy nie wygrali. Moje odczucia jako widza są jednak jak najbardziej pozytywne. A fakt, że nie rzucano w poetów ani warzywami, ani wyzwiskami, uważam akurat, w przeciwieństwie do niektórych, za wielki plus całej imprezy. Zresztą, pierwsze koty za płoty. Liczy się przede wszystkim to, że pierwsze slam poetry w końcu się we Wrocławiu odbyło. Teraz może być już tylko lepiej.

PS. Mimo że slam nie ma we Wrocławiu jeszcze swojej tradycji, poezja już wyszła tu „na ulicę”. Idąc Świdnicką, można przeczytać odbite na ulicy wiersze Michała Zabłockiego. „Ratunku! Idziemy w odwrotnym kierunku”, „Witamy uroczych gości w zwykłej rzeczywistości!” – krzyczy bruk pod nogami przechodniów. Futuryści byliby zadowoleni. Ich hasło „Artyści na ulicę!” w końcu doczekało się pełnej realizacji. I dobrze. „Poezja muśi być codźenną, głęboko aktualną i powszechną. Romantyczny smęt ruż i słowikuw dawno przestał już na nas dźałać..”.

Przypisy: