Obrót odruchami ludzkimi

Konrad Góra, Mariusz Doluk
27.05.2004
Mariusz Doluk: Gdy dwa lata temu Miasto rozpoczęło kampanię „Nie dawaj na ulicy”, odpowiedzieliście akcją „Dawaj na ulicy”. Co chcieliście uzyskać?

Konrad Góra: Pamiętam, że byliśmy strasznie wkurzeni pojawieniem się tych gigantycznych plakatów na ulicach, na dworcach kolejowych. Tak sobie myślałem o kosztorysie tej akcji, o koszcie druku tych kolorowych plakatów. Oczywiście Urząd Miasta powie, że ktoś im to wydrukował za darmo. Ale nie sądzę, żeby ktoś im to drukował rzeczywiście za darmo, co najwyżej w ramach umowy o szersze usługi. Chcieliśmy wtedy nagłośnić nasz sprzeciw wobec tej akcji, która wyglądała na jakiś szturm przeciwko ludziom nieprzydatnym, szczególnie tym w Rynku i Śródmieściu.

MD: Co to znaczy „ludzi nieprzydatnych”?

KG: No, tak to odczuwałem – i ja i większość ludzi na skłotach we Wrocławiu – jako ofensywę na tych, którzy potencjalnie psują humor spacerującym po Rynku turystom z zagranicy swoimi pokracznymi, poranionymi nogami, garbami albo nieświeżym oddechem. Znam te argumenty Miasta, argumenty Piechoty przeciwko żebrakom, że udają, że zmuszają dzieci do żebrania, co jest tak wyeksponowane na tym plakacie od dwóch lat…

MD: No właśnie, co myślisz o ludziach, którzy zmuszają dzieci do żebrania?

KG: Ocena wobec takich osób jest jednoznacznie negatywna. Bardzo negatywna. Ale nie sądzę, by odsetek ludzi zmuszających dzieci do żebrania był tak wielki, a uważam, że w ataku na osoby, które używają dzieci w ten sposób – „używają”, bo tak to należy określić – jest, tak naprawdę, dużo hipokryzji. Nie słyszałem, żeby władze miasta protestowały przeciwko wykorzystywaniu dzieci w rolnictwie, przeciwko zmuszaniu ich do wykonywania niebezpiecznej pracy, w mieście czy na wsi. Nie słyszałem ani jednego słowa, które wypowiedziałby pan Piechota, czy ktokolwiek z władz miasta o takiej sytuacji, gdy dzieci są zmuszane do pomocy w gospodarstwach, do pomocy w przedsiębiorstwach domowych, gdy rodzice pozbawiają dzieciństwa swoje dzieci po to, żeby pomagały im w pracy.

Oczywiście sytuacja jest dużo bardziej drastyczna, gdy ktoś wiąże swojemu dziecku i usztywnia nogę, żeby wyglądała dramatycznie. Ale przypuszczam, że te sytuacje zdarzają się naprawdę rzadko, choć nie wykluczam, że się zdarzają i nie twierdzę, że nie należy przeciwko temu ostro interweniować. Natomiast myślę, że te pojedyncze przykłady, te skrajne przykłady, są tutaj używane na poziomie skrótu myślowego skierowanego przeciw wszystkim ludziom zarabiającym pieniądze na ulicy, łącznie z grajkami, muzykami, artystami ulicznymi, którzy coś tam brzdąkają na tych gitarach, albo są, dajmy na to, doskonałymi żonglerami. Władze miasta oczekują, jak słyszałem, żeby ci ludzie się zarejestrowali, czy wręcz mówi się na serio o sposobie ich opodatkowania. Wtedy podczas tej akcji, którą odbieraliśmy jako bardzo drastyczną, skierowaną przeciwko ludziom najuboższym, najsłabszym, a jednocześnie jako akcję bardzo groteskową, słyszałem wypowiedzi pana Piechoty o tym, że jest to „szara strefa”, że ileś tam pieniędzy przepływa bez udziału Skarbu Państwa i tak się zastanawiałem – może niech pan Piechota rozda kasy fiskalne żebrakom, a żebracy niech wystawiają zaświadczenia o przyjęciu datku. Niech to się nazywa, dajmy na to, „obrót odruchami ludzkimi”.

MD: Mówi się, że Wrocław jest miastem, gdzie się chętnie daje. Jak myślisz?

KG: Nie sądzę, aby Wrocław był Mekką dla żebrzących. Coraz więcej ludzi żebrze i coraz trudniej wyjść na ulicę z niczym. Potrzebne jest coś, co zainteresuje przechodniów, jak choćby fire show.

Wykształciła się natomiast prawdziwa kultura recyklerów, ludzi żyjących ze sprzedaży butelek, złomu, aluminium. Mają oni poczucie rzetelnie wykonywanej pracy, swój etos pracowniczy, i mają do tego prawo. Stosunek do ludzi żyjących z odzysku jest podobny, jak do żebraków, są uważani za całkowicie zbędnych. Zamyka się szczelnie śmietniki, uniemożliwiając im zarobkowanie.

Także grajkowie, gitarzyści, fleciści – podczas akcji Nie dawaj na ulicy zostali potraktowani jak żebracy, usuwani z Rynku. Tymczasem to jest naprawdę ciężka praca, wymagająca treningów przez okrągły rok.

Myślę też, że jest bzdurą, to, co się mówi o gigantycznych zarobkach na ulicy. Można na ulicy uzbierać sto złotych w ciągu dnia, ale na pewno w ciągu miesiąca nie da się uzbierać trzech tysięcy.

MD: Organizatorzy akcji „Nie dawaj na ulicy” uważają, że istnieją wyspecjalizowane organizacje pozarządowe oraz system opieki społecznej, który pomaga biednym w sposób bardziej efektywny, niż rzucona do kapelusza złotówka.

KG: Wtedy, dwa lata temu, ruszyłem na miasto z ukrytym mikrofonem. Biegaliśmy po „Caritasach”, po różnych „akcjach katolickich”, próbowałem dostać się na pewną plebanię. Za każdym razem przedstawiałem swoją sytuację tak, że od dwóch dni jestem we Wrocławiu, nic przez ten czas nie jadłem, nie mam żadnych pieniędzy i proszę o pomoc. Poszedłem do jadłodajni przy ul. Słowiańskiej. Tam mnie poinformowano, że owszem, mogę stanąć na końcu kolejki i sobie zjeść zupę, ale jeśli chcę tu regularnie otrzymywać posiłki, to po pierwsze muszę iść do Caritasu na Ostrowie Tumskim i tam sobie załatwić na końcu danego miesiąca bloczki na te posiłki na następny miesiąc. Załatwienie tych bloczków polega na tym, że trzeba złożyć podanie do Komisji Parafialnej, bądź Komisji do spraw Bezdomnych. To podanie tam zostanie rozpatrzone i bloczki zostaną mi przyznane bądź nie. Jeżeli mi zostaną przyznane i zostanę przypisany do konkretnej jadłodajni, to jeżeli się w niej nie pojawię dwa, czy trzy razy z rzędu, to muszę wtedy pisemnie uzasadnić swoją nieobecność. Inaczej zostanę skreślony z listy osób, którym przysługuje posiłek. W praktyce wyglądało to tak, że ludzie, którzy przychodzili bez tych bloczków, stawali z tyłu i coś tam dla nich zostawało, zupa powiedzmy, ale drugiego dania już nie było dla tych ludzi. Pamiętam, że poszedłem do stowarzyszenia Klubu Inteligencji Katolickiej i opowiedziałem swoją sytuację, zupełnie zmyśloną rzecz jasna. Tam mi powiedziano, że muszę się skierować „gdzieś tam”.

Poszedłem do Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej i tam się odbijałem od drzwi przez dwa, trzy dni, w ogóle zdziwiony tą sytuacją. Spotkałem tam kobietę, która mi powiedziała: „No tak, tutaj znowu kierowniczki nie ma, a kierowniczka jest zobowiązana, żeby siedzieć tutaj w środę między godziną 13:00 a 15:00, ale się od ponad miesiąca nie pojawiła niestety i nie można nic załatwić, a ja mam dziecko chore i pieluch nie umiem sobie na ten czas załatwić”, i tak dalej. Chodziłem po kościołach, chodziłem po zakonach, wszędzie mnie wysyłano „gdzieś tam” – do profesjonalistów.

To zupełna nieprawda, że jeżeli przyjedzie do Wrocławia człowiek bezdomny, albo stanie się mieszkając we Wrocławiu osobą bezdomną, bez pracy, czy osobą posiadającą mieszkanie, ale nie posiadającą, dajmy na to, źródła utrzymania, to, że jeśli zwróci się do jakiejkolwiek osoby duchownej, czy jakiegokolwiek urzędnika miejskiego, otrzyma ot tak sobie pomoc. Wtedy w Caritas wytłumaczono mi zasady pomocy rzeczowej. Pomoc ta polega na tym, że znowu się składa podanie do Komisji Parafialnej, bądź Komisji do spraw Bezdomnych i ta pomoc przysługuje raz na pół roku. To są dwie pary spodni, zasłony i tak dalej. Nie byłem w stanie do końca uwierzyć w to, co ci ludzie mi mówili, byłem już tak nabuzowany, że myślałem, że się mylę, że źle przyjmuję te informacje, ale wyglądało na to, że nie ma się za bardzo wyboru co do rzeczy, które się dostanie. I ten bezdomny, w sensie bezdomności „altankowej”, czy mieszkania w kartonie, dostanie ten worek z zasłonami okiennymi, nie wiem po co.

Słyszę, jak ludzie mówią: „no, ale przecież oddaje się rzeczy dla biednych i potrzebujących do tych kontenerów PCK”. Z tego, co się jakiś czas temu dowiedziałem od kobiety pracującej w sortowni, rzeczy, które do nich przychodziły, jechały do lumpeksów. Tam były sortowane, lumpeksy brały wszystko co chciały. Rzeczy, których nie wzięły lumpeksy, mogły brać sortownie ubrań dla potrzebujących, ale nie brały, bo nie opłacało się już tego sortować, a rzeczy nie można składać nieposortowanych. Obecnie, choć trudno mi w to uwierzyć, ale potwierdzano mi to, wygląda na to, że lumpeksy nie biorą już tych rzeczy z kontenerów PCK – zabierają je normalne śmieciarki i wywożą na wysypiska miejskie. Wygląda na to, że przestało to być zyskowne i przestało to kogokolwiek interesować. Jest jedną wielką ściemą, że te wszystkie organizacje są nastawione tylko i wyłącznie na bezinteresowną, altruistyczną pomoc wobec najbiedniejszych.

MD: Co macie do zaproponowania w zamian?

KG: Rozdajemy posiłki raz w tygodniu w niedzielę na placu Staszica o piętnastej. Wspomagamy też ludzi z okolicy warzywami, których dużo dostajemy od rolników z Obornickiej. Pomagamy nieformalnie tym, którzy mają mniej od nas, choć rzekomo to my jesteśmy nędzarzami. To tyle, co może zrobić każdy człowiek, który chce pomóc innym.

MD:Czyli lepiej dawać bezpośrednio żebrakom niż organizacjom pozarządowym?

KG: Nie chcę narzucać żadnej odpowiedzi. Często widzę żebraków, którym za cholerę nic nie dam, widzę po nich, że tego nie potrzebują. Często spotykam też ludzi, którym rzeczywiście chcę pomóc. Jeśli ktoś chce dawać żebrakom na ulicy, to powinien mieć oczy szeroko otwarte i starać się wyczuwać ich faktyczne cele.

Pamiętam kontakty ze schroniskiem przy ul. Kościuszki, gdzie panuje nieomal podkultura więzienna. Kilku bezdomnych, którzy uzyskali jakieś funkcje, terroryzuje całe schronisko. Zdradzę kilka szczegółów ze sposobu funkcjonowania takiego schroniska: o godzinie szóstej rano jest pobudka, trzeba wyjść ze wszystkimi swoimi rzeczami. Jeśli się coś zostawi, jest to traktowane jak śmieć i wyrzucane. Wrócić można dopiero o godzinie siedemnastej. To schronisko funkcjonuje na zasadzie, która uniemożliwia bezdomnym przetrwanie w inny sposób niż żebranie. Mówi się o pladze żebractwa, ale nie daje się tym ludziom innej możliwości przetrwania. Gdy tam przyszedłem, za noc należało płacić nieformalnie, bodajże trzy złote. Kiedy powiedziałem, że jestem bezdomny, spoza Wrocławia, nie mam pieniędzy i nic poza tym, co na sobie, trzy dni nie jadłem, zaproponowano mi – był już ciemny wieczór – bym jechał do schroniska w Szczodrem. Sześć kilometrów z końca Psiego Pola. Gdyby na moim miejscu był prawdziwy, spanikowany gówniarz, odbijałby się klamek i twarzy ludzi, z coraz mniejszą nadzieją na pomoc.

Widziałem też inne małe, sympatyczne – może to niewłaściwe słowo – schronisko. Rzecz jasna, nie jest to przedszkole, bywa tam ostro, ale widziałem, że ludziom, którzy to robią, zależy na tych, z którymi pracują, zżywają się z nimi, idą obok ich życia do końca. Mówię o Erazmie Humiennym i stowarzyszeniu Ludzie Ludziom.

MD: Uważasz, że ludziom żebrzącym na ulicy należy dawać pieniądze, czy też może żywność, lekarstwa?

KG: Też nie chciałbym na to pytanie odpowiadać kategorycznie. Ale jest to niezła strategia: jeśli ktoś cię zainteresuje swoim żebractwem, odpowie, na co zbiera, to możesz mu kupić pół chleba czy jakieś lekarstwo. Metodą jest czujność, którą można też określić słowem: wrażliwość.