Demokracja uczestnicząca i globalizacja

Rafał Górski
26.03.2004

Demokracja, współczesna święta krowa świata, przechodzi kryzys. A kryzys ten jest jednym z głębszych. Każde okrucieństwo jest dokonywane w imię demokracji. System ten stał się wydrążonym jak piękna muszelka, bez żadnej zawartości i znaczenia. Może być wszystkim czym chcesz. Demokracja jest wolną światową nierządnicą, chętną do przystrajania się, rozbierania się, do usatysfakcjonowania wszystkich możliwych gustów, dostępna do użycia i nadużycia”. To słowa Arundhati Roy, hinduskiej obrończyni praw człowieka i antyglobalistki, wypowiedziane w maju 2003 roku. Cóż, ciekawe że zaledwie kilkanaście lat po obwieszczeniu ostatecznego zwycięstwa demokracji wszyscy wokół mówią o jej kryzysie lub nawet zgonie. Pierwszym symptomem upadku ma być traktowanie polityki i samej demokracji w kategoriach porozumienia biznesowego. Drugim globalna modyfikacja technik władzy. Jej cechą wyróżniającą jest koncentracja władzy w rękach władz wykonawczych (które mają coraz większe uprawnienia) kosztem organów wybieralnych i samych wyborców. Opinie tych ostatnich są coraz mniej istotne w determinowaniu najważniejszych wyborów. Stąd biorą się propozycje nazwania nowej epoki mianem postdemokracji. Funkcjonuje również inna opinia. Wedle niej, system o którym mówimy nigdy demokratyczny ani wolnościowy nie był, więc wszystkie żale kierowane są pod niewłaściwy adres. Powstał cały katalog zarzutów wobec instytucji przedstawicielskich: sprzyjanie apatii społecznej oraz nieumiejętność zaspokojenia żądań obywateli. Mają one być niewystarczające do uniknięcia nadużyć władzy i przeszkadzać w wykształceniu się kryteriów przejrzystości w procesach decyzyjnych.

Spróbujmy ocenić, ile w tym wszystkim jest prawdy, bez pozwalania sobie na przytaczanie frazesów, którejkolwiek ze stron, w tym i własnych. Kwestia zasadnicza, to wyjaśnienie stosowanych terminów i przyjęcie stałych kryteriów oceny.

Otóż, klasyczni teoretycy definiowali demokrację jako system, gdzie każdy obywatel jest włączony w proces podejmowania decyzji. Tak czynił Rousseau, twierdząc że bezpośredni udział w demokracji jest najwyższym stopniem wolności, którą zdefiniował jako „posłuszeństwo prawu, które sami sobie nadaliśmy”. Na gruncie polskim, prawdopodobnie nikt nie opisał lepiej istoty demokracji niż Edward Abramowski w 1907 roku. Za jej pierwszy i niezbędny warunek uznał silnie rozwinięte sumienie obywatelskie i nierozłączną z nim nieufność wobec biurokracji, a także przyzwyczajenie i zdolność do samodzielnego załatwiania swoich spraw i potrzeb zbiorowych. Obrona demokracji miała być w pierwszym rzędzie obroną pewnego stylu życia, zwyczajów równości i poszanowania człowieka oraz tysięcy samorodnych instytucji, związków, stowarzyszeń. Dzisiaj, większość publicystów i politologów skupia swą uwagę na posunięciach rządu, ordynacji, zakulisowych debatach i podobnych kwestiach. Do spraw zasadniczych powraca w swych tekstach James Fishkin. Idee wolności i pełny rozwój potencjału obywateli są znowu punktem wyjścia. Identyfikuje on demokrację z systemem, który spełnia cztery warunki:

1. Równość polityczna – oznacza, że obywatelskie preferencje liczą się równo w procesie decyzyjnym;

2. Deliberacja – polega na wolności dyskusji, w której szeroki zakres argumentów jest brany pod uwagę;

3. Uczestnictwo – czyli to, że obywatele bez ograniczeń mogą się włączyć w procesy demokratyczne;

4. Brak tyranii – rozumiany jako respektowanie praw osobistych. System demokracji musi w takim razie – pomimo spełnienia wszystkich innych warunków – unikać „tyranii większości”.

Ponieważ demokracja przedstawicielska jest dominującą formą władzy we współczesnym świecie, to od niej zaczniemy wszelkie porównania. O jej zgodności z warunkiem równego traktowania głosów wyborców najłatwiej będzie się przekonać w kontekście kraju, gdzie system ten jest stabilny, posiada długą tradycję, a poziom życia jest nieporównywalnie wyższy niż w naszym kraju. Posłużę się przykładem Kanady. W wyborach z 1988 roku Partia Konserwatywna uzyskała 43 procent głosów, utworzyła rząd i wcieliła w życie Wolną Umowę Handlową (FTA) USA i Kanady, jakkolwiek większość głosujących (w sumie 52 procent) było za partiami przeciwnymi Wolnej Umowie Handlowej. Zgodnie z zasadą politycznej równości rząd konserwatywny nie uzyskał mandatu na podjęcie takiej decyzji, ale się tym specjalnie nie przejął. W roku 1995 ta sama Partia Konserwatywna zdobyła 45 procent głosów w wyborach stanu Ontario i 64 procent miejsc w lokalnym parlamencie, a następnie wbrew opinii większości głosujących obniżyła zasiłek socjalny o 21 procent. Zamiast tyranii większości objawiła się tyrania zamożnej mniejszości. Wybory pozbawiły pewną część społeczeństwa reprezentacji jej interesów. Są też bardziej spektakularne przykłady lekceważenia wyborców. W roku 1999 przeprowadzono referendum w stanie Ontario. Mieszkańcy sześciu miast zostali zapytani o to, czy chcą połączenia wszystkich organizmów miejskich (w tym Ontario) w jeden. Ludzie udali się do punktów głosowania i w przytłaczającej większości wypowiedzieli się przeciwko temu planowi. Cóż z tego, jeśli rząd prowincji Ontario, który podejmuje decyzje dotyczące organizmów miejskich, postanowił nie uwzględniać woli społeczeństwa i połączył 6 pobliskich miast w jedno. Właściwie każdy głos oddany w wyborach może się okazać głosem „zmarnowanym”.

Trzeba przyznać, że w Europie próbowano czasem zaradzić podobnym nadużyciom, ale stało się to mniej prawdopodobne wraz z ofensywą neoliberalizmu. Jednym z pierwszych sygnałów alarmowych była decyzja rządu Margaret Thatcher o likwidacji Wielkiej Rady Londyńskiej (GLC), na początku lat osiemdziesiątych, zanim ta zaczęła na dobre realizować swe zamierzenia. Rada była jedną z pierwszych prób wcielenia w życie demokracji uczestniczącej. Kompetencje zarządu miejskiego miały być przekazane komitetom mieszkańców, a władza oddana użytkownikom usług publicznych. Byłby to jeden ze sposobów zmniejszenia liczby „zmarnowanych głosów”, które stawiają pod znakiem zapytania równość wyborców. Grabarzami politycznej równości są także rządy, które w trakcie debat europejskich ponawiały głosowanie w referendum, jeśli zakładany przez władze rezultat nie został osiągnięty. W ten sposób postąpił rząd Danii, w sprawie traktatu z Maastricht w 1993 roku i rząd Irlandii w kwestii traktatu nicejskiego z 2001 roku. Nie odnotowano natomiast powtórzenia referendum w przypadku wyniku zgodnego z oczekiwaniami rządzących.

Kolejnym sprawdzianem wiarygodności panującego systemu jest wolność wyrażania wszelakich opinii. Wystarczy porównać wyniki sondaży opinii publicznej (niechęć do karania za aborcję, niezgoda na prywatyzację, sprzeciw wobec udziału Polski w wojnie irackiej) z niepozorną liczbą osób wypowiadających podobne poglądy w telewizji, radiu i gazetach, żeby się przekonać, iż w mediach publicznych brakuje swobody wypowiedzi. Działają tam różne „filtry” i selekcja tematów. Media chcą po prostu zachować dobre stosunki z ośrodkami władzy, które są źródłem 80 procent darmowych informacji. Zależność od reklamodawców może skłaniać do rezygnowania z prezentacji określonych punktów widzenia. Pojawiły się także ograniczenia o charakterze instytucjonalnym. Prawo do posiadania odrębnej opinii miało być pierwszym i niezbywalnym osiągnięciem Trzeciej Rzeczypospolitej. Ale już w roku 1992 oskarżono i postawiono przed sądem pierwsze osoby, które pozwoliły sobie na „obrazę głowy państwa”. Następne lata przyniosły wyroki w postaci grzywien i więzienia w zawieszeniu za obrazę prezydenta, premiera, ministrów… W grudniu 1992 Sejm RP przyjął nowelizację prawa nakazującą „szanować uczucia religijne odbiorców a zwłaszcza respektować chrześcijański system wartości”. Na tej właśnie podstawie skazano 18 lipca 2003 roku Dorotę Nieznalską za wystawienie instalacji „Pasja” na sześć miesięcy ograniczenia wolności w postaci przymusowych prac społecznych i 2 tysiące złotych grzywny (artykuł 196 kk przewiduje nawet do dwóch lat więzienia za obrazę uczuć religijnych). Gdańską galerię „Wyspa”, która wystawiła instalację ukarali zwierzchnicy (ASP) zamknięciem. W październiku 2003 odwołano wystawę innych prac tej artystki w słupskiej „Baszcie Czarownic”. Dyrektor uzasadnił swoją decyzję tym, że „Sztuki nie można prezentować w atmosferze społecznych emocji”. W grudniu 2003 roku, sama zapowiedź wystawienia innych prac Nieznalskiej w prywatnej galerii „Data” w Ostrowie Wielkopolskim, spowodowała skierowanie wniosku 10 miejscowych proboszczów do prokuratury o zakazanie ekspozycji prac artystki. Kilka dni później właściciel galerii dostał wymówienie wynajmowanego lokalu. W listopadzie tego samego roku ocenzurowano wystawę „Pies w sztuce polskiej” w galerii „Arsenał” w Białymstoku, w związku z listem radnej LPR, która poskarżyła się, że instalacja „Dostałem pieska” obraża jej uczucia religijne. Z podobnych względów władze Uniwersytetu Wrocławskiego odwołały wystawę „Moje życie, mój wybór”. Z czasem wyroki sądowe zaczęły też zapadać na mocy żądań o charakterze ekonomicznym. W roku 1997 sąd zakazał emisji dokumentu „Witajcie w życiu” Henryka Dederki, pokazującego werbowanie dystrybutorów Amwaya. Podobny knebel nałożono Witoldowi Michałowskiemu z „Gazety Polskiej”, któremu sąd w 1998 roku zakazał pisania o interesach Aleksandra Gudzowatego i gazociągu „Jamał”. W 2003 roku sąd zakazał dziennikowi „Rzeczpospolita” publikowania jakichkolwiek materiałów o udziale biznesmena Andrzeja Perczyńskiego w aferze PZU i PZU Życie. We wrześniu 2002 roku galeria miejska „Arsenał” w Poznaniu, odwołała pokaz wystawy Rafała Jakubowicza „Arbeitsdisziplin” na żądanie polskiego oddziału Volskwagena, który uznał, że wystawa godzi w dobre imię firmy. Pocztówka anonsująca wystawę wystarczyła, żeby dyrektor zarządu Volskwagena Poznań wykonał karcący telefon do prezydenta miasta R. Grobelnego i odwiedził dyrektora galerii. Artysta został też wezwany na rozmowę dyscyplinującą do rektora poznańskiej ASP, której jest pracownikiem. Prawo do swobodnego wyrażania własnych poglądów należy już do historii.

Nie lepiej wygląda kwestia uczestnictwa w demokracji przedstawicielskiej. Po pierwsze, ludzie z dochodami poniżej pewnego progu nie mają szans na samodzielne zaistnienie w świecie polityki. Nawet rzekoma reprezentacja „wyklętego ludu ziemi”, to jest Samoobrona wprowadziła do Sejmu nadreprezentację biznesmenów z „szarej strefy”. Jak dotąd, nie było jeszcze sukcesu wyborczego ugrupowań pozbawionych prywatnych źródeł finansowania i nie wystawiających przedstawicieli „sektora prywatnego” na listach wyborczych. Za to brak biedaków w niczym nie przeszkadza. Udział w wyborach musi więc z konieczności sprowadzać się do selekcji konkurencyjnych elit, które postrzegają sytuację niezamożnych (czyli około 50 – 60 procent społeczeństwa) z punktu widzenia obowiązującego we własnej grupie społecznej. Po drugie, odmawia się obywatelom prawa do bezpośredniego decydowania o istotnych dla nich sprawach (znowu sprawa aborcji i udziału w wojnie irackiej). To rząd lub parlament, a nie ogół obywateli podejmuje decyzję kiedy i w jakiej sprawie społeczeństwo ma prawo zabrać głos. Po trzecie, wyborca utożsamiający się tylko z częścią programu partii politycznej, nie może tego wyrazić w akcie głosowania. Jeśli popiera politykę ekonomiczną partii A, politykę zagraniczną partii B i pomysły, których brak w programie jakiejkolwiek partii, to nie może głosować zgodnie ze swymi poglądami i musi wyrzec się części z nich lub bojkotować wybory. W tych warunkach, sposobem na utrzymanie kontaktu polityków z wyborcami są techniki manipulacji i zdalnie sterowane urojenia. Dodajmy, że treści programów politycznych różnych partii, niezwykle podobnych do siebie, są coraz bardziej ogólnikowe, pełne sloganów lub niezrozumiałe i chaotyczne. Czysto emocjonalne i mało intensywne jest uczestnictwo obywateli w demokracji przedstawicielskiej.

Pozostaje sprawa respektowania swobód osobistych. Niestety, dla żadnego z podmiotów politycznych nie są one wartością same w sobie, lecz zawsze stanowią kartę przetargową. Partie potrafią o nich milczeć, jeśli wymaga tego „interes państwa” lub doraźny sojusz polityczny. Potrafią też bronić ich zaciekle, jeśli brak innych pomysłów na poprawienie sobie reputacji u docelowej grupy wyborców. Doskonałą ilustracją tej tezy jest postawa SLD w kwestii praw kobiet (na przykład aborcja) czy praw homoseksualistów (małżeństwa).

Inny samorząd jest możliwy

Jeszcze dwadzieścia lat temu powtarzano zgodnym chórem” „Nie ma alternatywy”. Mimo wszystko pragnienie zbudowania „kontrspołeczeństwa” na zasadach demokracji bezpośredniej było ciągle żywe. Nosicielami tej idei byli głównie anarchiści i część radykalnej lewicy. Z czasem, coraz śmielej eksperymentowano z poszerzaniem „przestrzeni uczestnictwa”. Niektórzy europejscy architekci inicjowali włączenie przyszłych mieszkańców w projektowanie masowej architektury. Anarchiści we włoskim Spezzano Albanese współtworzyli alternatywny samorząd; dla realizacji tego samego celu chłopi indiańscy w południowym Meksyku chwycili za broń. Załamanie się gospodarki i krwawe zamieszki w Argentynie (grudzień 2001) przyniosły powstanie ruchu zgromadzeń sąsiedzkich. W południowobrazylijskim Porto Alegre stowarzyszenia sąsiedzkie przekonały trockistowskiego burmistrza do zmian w kierunku demokracji bezpośredniej. To był moment przełomowy. Wiele osób musiało zrewidować cały swój sposób myślenia o formach uczestnictwa w procesach decyzyjnych w sferze administracji publicznej. Za przykładem tego miasta poszły inne miejscowości w Brazylii. Podobne inicjatywy zaczęły się szerzyć w Peru (Villa El Salvador), Kolumbii (Tarso, Cauca), Boliwii (miejska wspólnota partycypacyjna kobiet w Yacapani), Kanadzie, a nawet w Indiach (stan Kerala) i w Senegalu. Opisana praktyka ujawniła też swoje ograniczenia. Ale o tym na końcu.

Porto Alegre

To miasto wyjątkowe. Niemal półtoramilionowa metropolia z najlepiej rozwiniętymi w Brazylii: przemysłem i sektorem usług oraz najsilniejszą opozycją w okresie panowania dyktatury wojskowej. W okresie przyspieszonej industrializacji napłynęło do miasta wielu przybyszy z wiejskiej prowincji. Powstające w tym czasie stowarzyszenia sąsiedzkie miały w sobie pewne cechy wiejskich wspólnot. To właśnie ci ludzie zażądali od nowego burmistrza wprowadzenia demokracji bezpośredniej w mieście. Partia Pracujących (PT), z ramienia której wybrano burmistrza (rok 1988), miała inne pomysły na samorząd, ale jak się okazało posiadała też cechę wyjątkową: potrafiła słuchać obywateli. Rzecz niebywała we współczesnym świecie. Ostatecznie, zrealizowano model kompromisowy. Mariaż demokracji bezpośredniej, czyli zgromadzeń mieszkańców, które głosują nad tym, jak podzielić pieniądze miejskie z zastanymi elementami demokracji przedstawicielskiej, czyli radą miasta, która zatwierdza budżet i urzędem, który opracowuje finanse od strony technicznej i prawnej, zaowocowało powstaniem demokracji uczestniczącej. Zabezpieczono się przed ingerencją ze strony rządu, powołując się na zapis w konstytucji Brazylii, że „lud może wykonywać władzę w sposób bezpośredni”. Coroczny plan budżetowy podzielono na trzy rundy. Rozpoczynają się one wiosną, a kończą jesienią. Zgromadzenia mieszkańców, odpowiadające 16 geograficznym obszarom miasta, ustalają hierarchię spraw priorytetowych dla samorządu. Liczba osób, które wyraziły dla nich poparcie, braki w infrastrukturze i liczba mieszkańców w danej dzielnicy, przekładają się na ściśle określoną ilość punktów, a co za tym idzie, procent funduszy z budżetu miejskiego. Odbywają się równocześnie zgromadzenia tematyczne, omawiane są priorytety dla inwestycji długofalowych. Zgromadzenia dzielnicowe i tematyczne wybierają delegatów do Rady Budżetu Partycypacyjnego, których mieszkańcy mogą w każdej chwili odwołać ze stanowiska. Delegaci współpracują ze specjalną agendą samorządową (GAPLAN) tworząc plan ogólnomiejski z priorytetów, ogólnych propozycji i szczegółowych projektów zgłoszonych przez mieszkańców. Po ostatniej rundzie spotkań z mieszkańcami wprowadza się poprawki i projekt budżetu partycypacyjnego jest gotowy. Teraz burmistrz przedkłada go Radzie Miasta. Od samego początku (rok 1990) nie zdarzyło się jeszcze, żeby radni odmówili postawienia stempla i zatwierdzenia projektu. Po czternastu latach funkcjonowania demokracji uczestniczącej w Porto Alegre poprawiły się wskaźniki jakości życia, korupcja przestała być problemem, wzrosła liczba osób aktywnych w sferze publicznej.

Reformy samorządu w Porto Alegre dowiodły, że wiedza jest jednym ze źródeł władzy, i może być zawłaszczona przez niewielką grupę ludzi, bądź też ulec demokratyzacji. Demokracja uczestnicząca nie może prawidłowo funkcjonować bez powszechnego dostępu do informacji, która dotyczy lokalnej administracji i mechanizmów polityki. Społeczeństwo, jeśli ma skutecznie interweniować w proces decyzyjny, musi mieć zagwarantowany dostęp do wiedzy i edukacji, która przesądza o tym, iż decyzje są bardziej niezależne i skuteczne. Profesjonaliści w Porto Alegre musieli w związku z tym modyfikować swój żargon techniczny, aby stał się zrozumiały dla mieszkańców, którzy przez to mogą lepiej zrozumieć pewne zagadnienia i przyjąć odpowiednie dla swoich potrzeb stanowiska.

Porto Alegre stało się forum dla międzynarodowych spotkań przeciwników neoliberalnej globalizacji. Chciałbym zwrócić uwagę na deklarację podpisaną przez uczestników Międzynarodowego Seminarium na temat Demokracji Uczestniczącej (10­‑13 listopada 1999, Porto Alegre). Czytamy w niej między innymi: „Widzimy, że sukces naszych doświadczeń leży w zagwarantowaniu obywatelom wzięcia udziału, bez wyjątków, w procesie społecznej samoorganizacji. Podkreślamy, że konieczna jest obrona autonomii lokalnej władzy, a także zapewnienie, że zasoby budżetowe będą się znajdować w jej gestii. Uczestnictwo obywateli w rządach lokalnych implikuje jednocześnie prawo do decydowania o podatkach jako podstawowy warunek umacniający lokalną autonomię. Chcemy podejmować nowe przedsięwzięcia tego rodzaju, które łączyć będzie przyjaźń, współpraca i solidarność między społeczeństwami”.

Globalna władza i lokalna opozycja

Kilkunastoletnie doświadczenia z demokracją uczestniczącą i dość dokładne rozpoznanie tego, czym jest globalizacja pozwalają na sporządzenie pierwszego katalogu różnic.

Polityka poddana regułom globalizacji oznacza planowanie „od ogółu do szczegółu”. Najpierw powstaje wizja całościowa, do której muszą się dostosowywać poszczególne kraje, regiony, miejscowości i w końcu sami obywatele w projektach dotyczących swego życia. Doskonałym ucieleśnieniem tego stylu myślenia są ekonomiści i naukowcy z Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) i Światowej Organizacji Handlu (WTO) narzucający ekonomiczną, techniczną i kulturalną ekspertyzę reszcie świata. Potrzeby poszkodowanych grup społecznych umieszczane są na szarym końcu listy priorytetów. Prowadzi to w nieunikniony sposób do buntów społecznych i ofiar w ludziach. Straty są często porównywalne z liczbą zabitych w konfliktach wojennych. Na przykład podczas demonstracji przeciw polityce wdrażania wskazówek MFW w Wenezueli w kwietniu 1989 zginęło dwa tysiące osób.

W demokracji uczestniczącej planuje się „od szczegółu do ogółu”. Wizja całościowa powstaje stopniowo, przez ujawnianie i opisywanie cząstkowych projektów. Proces decyzyjny wyraża w tym wypadku w sposób bardziej kompleksowy złożoność interesów, nadzieje i obawy społeczne. Wzrasta poziom debat publicznych, dzięki wzbogaceniu dyskusji o nowe informacje i różne punkty widzenia. Maleje ryzyko powstania zatorów ze stosów trupów na ulicach.

Globalizacja oznacza rosnący dystans pomiędzy tymi, którzy tkwią u podstaw społecznej piramidy a tymi, którzy wspięli się na jej szczyt. Tempo zmian ekonomicznych rozrywa tkankę rozwiązań socjalnych, wzmaga niepewność i lęk o przyszłość, co sprzyja rosnącej sympatii do polityków autorytarnych. Kiedy fala demokratyzacji nakłada się na neoliberalne reformy (na przykład plan Balcerowicza) wśród ogromnej części społeczeństwa powstaje przekonanie, że demokracja ze swej istoty jest oszustwem skrywającym „gospodarczy apartheid”. Stąd wraz z postępami globalizacji rośnie poparcie dla Samoobrony, LPR­‑u, a za granicą na przykład dla skrajnych nacjonalistów w Serbii.

Demokracja uczestnicząca jest w tej chwili jedną z pewniejszych metod skutecznego wspierania grup społecznych, których aspiracje są całkowicie odmienne od interesów elit politycznych i ekonomicznych. Powstaje przestrzeń działania dla grup mniejszościowych i marginalizowanych. Mogą one decydować o sprawach rzadko dostrzeganych przez władzę i prywatne grupy nacisku. Przykład Porto Alegre wskazuje, że demokracja uczestnicząca aktywizuje dokładnie te grupy społeczne, które globalizacja i demokracja przedstawicielska spychają na margines lub są tradycyjnie wyalienowane z procesu decyzyjnego. Najbiedniejsi przekonują się, że za ich głosem idą konkretne zmiany w otaczającej ich rzeczywistości.

Globalizacja oznacza dyfuzję odpowiedzialności. Rządy we wszystkich egzystencjalnych kwestiach, które zajmują obywateli spychają odpowiedzialność na obiektywne, przemożne konieczności ponadnarodowej ekonomii. Również prywatni inwestorzy korzystający z infrastruktury wypracowanej przez społeczeństwo uchylają się przed odpowiedzialnością za społeczne konsekwencje swej działalności. Politycy i prezesi firm manifestują bezradność i deklarują swą niewinność. Nawet prezes Cupiał z Tele­‑Foniki tłumaczył, że to nie jego samowola lecz zmiany strukturalne i wyższe moce ekonomii kazały jego własnym ochroniarzom bić pałkami robotników z ożarowskiej fabryki.

Demokracja uczestnicząca, pomimo ograniczeń wynikających z istnienia kapitalizmu, zwalcza, tam gdzie to możliwe, deficyty odpowiedzialności. Delegat ma jasno określone kompetencje: ma przedstawiać stanowisko społeczności, która go wybrała. Urzędnik lub delegat, który zaczyna rządzić ponad głowami społeczności, żegna się z funkcją. Kiedy pojawia się inwestor, musi rozmawiać z okolicznymi mieszkańcami, a nie z politykami i odpowiadać na pytania, co zyska społeczność w zamian za udostępnienie miejsca na robienie interesów. W Porto Alegre jeden z większych inwestorów musiał się zgodzić na zbudowanie za własne pieniądze określonej liczby mieszkań dla bezdomnych. Przy budowie musieli być zatrudnieni miejscowi bezrobotni. Wszystko w zamian za zgodę na zbudowanie centrum handlowego. Przedsiębiorca przyjmuje więc przynajmniej częściową odpowiedzialność za los okolicy.

Globalizacja polega także na sztuce drenowania państwowych finansów przez międzynarodowe podmioty gospodarcze. Globalizacja wzmaga presję ze strony lobbystów środowisk biznesowych, którzy namawiają do skrócenia ścieżki legislacyjnej i zawężenia grona osób dyskutujących o ekonomicznych projektach (postdemokracja). Dlatego zabiegali między innymi o powstanie Multilateralnego Układu Inwestycyjnego (MAI), który miał ograniczać prawa obywatelskie na rzecz praw inwestorów i uznać nadrzędność praw handlowych nad lokalnymi przepisami. Ilustracją pierwszej z opisanych tendencji jest kształtowanie europejskiego prawodawstwa przez urzędników Komisji Unii Europejskiej w ścisłej kooperacji z zależnymi od wielkiego przemysłu firmami konsultingowymi. Z tych samych powodów zainwestowano środki budżetowe UE w badania nad układami scalonymi dla firmy Siemens. Celem miało być wsparcie europejskiej firmy przeciw konkurentom: IBM i Toshibie. Później Siemens zaczął wspólnie z rzekomymi rywalami produkować, przy pomocy technologii skonstruowanej za pieniądze europejskich podatników, w dodatku produkował poza granicami Europy. Koszty były społeczne, ale zyski już wyłącznie prywatne. Modelowe ograniczenie grona osób decydujących o sprawach ekonomicznych miało miejsce ostatnio w Boliwii (jesienią 2003 roku), kiedy prezydent Sanchez samodzielnie podjął decyzję o eksporcie gazu do USA. Powszechny bunt zablokował decyzję i obalił prezydenta, ale niestety kosztowało to życie ponad 80 demonstrantów.

Pomimo tych wszystkich nadużyć wzrastająca potęga różnych lobby jest coraz bardziej zabezpieczana i honorowana. Grupy lobbystów są nie tylko uznawane, a nawet poszukiwane, cenione i steoretyzowane, silniej niż wyborcy determinują decyzje rządu krajowego i struktur ponadnarodowych. Trafne wydaje się w takich warunkach spostrzeżenie Haralda Schumanna, który definiuje globalizację jako proces stopniowego przenoszenia władzy decyzyjnej z areny publicznej do prywatnych firm.

Demokracja uczestnicząca stoi w wyraźnej opozycji do neoliberalnej polityki, wyrażającej się w bezładnych relacjach pomiędzy publicznymi i prywatnymi interesami. W demokracji uczestniczącej ludzie bezpośrednio kontrolują wydawanie pieniędzy z budżetu i nie ma ośrodka władzy, który byłby władny protegować i subsydiować prywatny biznes publicznymi pieniędzmi. Pieniądze, kierowane są tylko tam, gdzie mieszkańcy dostrzegają potrzeby lub braki. To obywatele, a nie organy władzy wytyczają cele polityki. Ponieważ decyzje podejmowane są powoli, wymagają najszerszych konsultacji, brak miejsca na tajemnicze procedury i wykorzystywanie zasobów publicznych przez uprzywilejowane grupy. Uznanie wielorakości potrzeb ludzkich wyrażonych w procesie decyzyjnym, zobowiązuje do uwzględnienia w lokalnej polityce różniących się od siebie poglądów i koncepcji. Odbiurokratyzowanie procedur, decentralizacja zarządzania i jawność struktur kończy z dyktatem wielkiego biznesu, który potrzebuje społecznego żywiciela i błyskawicznych decyzji. Logika demokracji uczestniczącej opiera się na założeniu, że społeczeństwo jest prawdziwym właścicielem zasobów publicznych, a ludzie zorganizowani w swych stowarzyszeniach i społecznościach wiedzą najlepiej czego potrzebują.

Oczywiście, jest wiele problemów, którym demokracja uczestnicząca nie jest w stanie zaradzić. Choćby zwalnianiu pracowników przez prywatne firmy, państwowej cenzurze czy militarystycznej polityce rządu, ponieważ wszędzie na świecie państwo i kapitalizm stanowią zewnętrzne ramy i hamulec dla rozwoju tej radykalnej formy demokracji. Państwo stanowi ciągłe zagrożenie. Partia Pracowników, która na poziomie lokalnych samorządów potrafi nie przeszkadzać w radykalnych przeobrażeniach, na poziomie władzy państwowej zachowuje się już autorytarnie. A przecież wystarczyłaby totalna decentralizacja państwa i przekazanie władzy obywatelom, aby uśmiercić Światową Organizację Handlu, MFW i Bank Światowy. Wyobraźmy sobie, że to nie rząd negocjuje umowy handlowe i porozumienia z MFW, lecz czynią to tysiące lokalnych samorządów opierających się na zasadach demokracji uczestniczącej. Czy wyobrażacie sobie ekspertów międzynarodowych koncernów i ponadnarodowych struktur, którzy pielgrzymują od jednego zebrania gminnego czy dzielnicowego do drugiego, trzeciego, tysięcznego? A następnie czekają na wyniki lokalnych debat i negocjacji? Gdyby tak pojmowana demokracja uczestnicząca rozprzestrzeniła się na większość krajów świata, MFW i podobne organizacje uległyby radykalnym przekształceniom, zniknęły lub stały się jednymi spośród wielu innych instytutów naukowych o charakterze doradczym, ale bez żadnej władzy. Innym problemem jest władza wynikająca z posiadania środków produkcji, ale to już zadanie dla organizacji pracowniczych. Demokracja uczestnicząca nie potrafi przemóc oporu ludzi, którzy posiadają na przykład większość ziemi nadającej się pod dalszą zabudowę mieszkaniową i blokują jej zagospodarowanie. Podobnych problemów może być wiele. Póki co, demokracja uczestnicząca jest unikalnym połączeniem metod anarchistycznych z cechami polityki instytucjonalnej. Możemy jednak być pewni, że prędzej czy później jedna z tych tendencji uzyska przewagę. Mamy szczęście żyć w epoce przejściowej (od demokracji przedstawicielskiej do demokracji uczestniczącej lub do postdemokracji). O ile przemiany demokratyczne uzyskają pewną masę krytyczną i państwo utraci swe uprawnienia władcze, staniemy przed szansą na budowę wolnościowego społeczeństwa.

Nie ma chyba lepszej taktyki niż praktykowanie demokracji uczestniczącej na poziomie konkretnego działania. Im więcej sojuszników, tym lepiej. Czynnikiem przesądzającym o losach społeczeństwa, w którym żyjemy będzie bowiem, jak przypuszczam, liczba i stan zorganizowania przeróżnych stowarzyszeń, klubów i nieformalnych grup obywatelskich. Testowanie poziomu ich „rewolucyjności” w niczym nam nie pomoże. Bardziej istotne będzie ich przywiązanie do zasad wewnątrzorganizacyjnej demokracji, przejrzyste reguły finansowania, rozliczanie się z wydanych środków i realna praca na rzecz ludzi, którzy tracą wolność i zasoby potrzebne do przeżycia z winy obecnego systemu. Wykorzystujmy wszystkie nadarzające się okazje i środki, a w końcu odniesiemy sukces.