Kwestia mieszkaniowa w dobie globalizacji

Jakub Grzegorczyk
25.03.2009

Termin „globalizacja”, za pomocą którego często definiuje się współczesne czasy, rzadko kiedy łączony jest z problematyką mieszkaniową – zazwyczaj rozumie się pod nim raczej zmiany zachodzące w sferach finansów, rynku pracy oraz globalnej geopolityki. Tymczasem główne procesy składające się na globalizację w istotny sposób zmieniają zarówno charakter współczesnych miast, jak i politykę społeczną w zakresie mieszkalnictwa; wreszcie, wpływają także na kształt przestrzeni miejskiej. Konkretyzując to założenie, można powiedzieć, że globalizacja wpływa na sferę mieszkalnictwa poprzez 3 procesy:

  • powstanie metropolii – zupełnie nowej formy miasta, która obecnie staje się formą dominującą;

  • przedefiniowanie krajowych i lokalnych polityk społecznych w sferze mieszkaniowej wedle wymogów neoliberalizmu;

  • postępującą komercjalizację przestrzeni miejskiej (która stanowi konsekwencję dwóch pierwszych procesów).

Podobnie jak w przypadku rynku pracy czy polityki globalnej, także i w przypadku współczesnego miasta zmiany wymuszane przez globalizację są istotne i często całkowicie zmieniają dotychczasowe funkcjonowanie tej przestrzeni życia społecznego. Mają one znaczenie dla nas wszystkich – zarówno mieszkańców, jak i uczestników współczesnych ruchów lokatorskich, starających się na różne sposoby społecznie kształtować tkankę miejską. W celu zainicjowania debaty na temat możliwej odpowiedzi mieszkańców i ruchów lokatorskich na przemiany wywołane globalizacją przyjrzyjmy się dokładniej wyżej wymienionym procesom i zastanówmy się nad ich ewentualnymi konsekwencjami społecznymi.

Metropolie jako współczesna forma miasta

W literaturze socjologicznej poświęconej kwestii miejskiej metropolia definiowana jest jako„aglomeracja miejska licząca pół miliona i więcej mieszkańców”1. Początkowo, w epoce kolonializmu, słowo to odnosiło się do miast stanowiących ośrodki założycielskie kolonii. Termin ten jednak został przystosowany do współczesnych potrzeb i obecnie jest używany dla oznaczenia dużych, kluczowych ośrodków miejskich, które pod wieloma względami odróżniają się od miast ery przemysłowej.

Z tego powodu definicję opartą na liczbie mieszkańców często uzupełnia się o takie cechy jak2:

  • skupianie na swoim obszarze siedzib/biur kluczowych globalnych podmiotów gospodarczych (korporacji, banków, agencji reklamowych i tak dalej);

  • rozwój nowoczesnej infrastruktury transportowej, naukowej, konsumpcyjnej (centra handlowe) i kulturalnej, która służy współpracy i rozwojowi globalnych podmiotów gospodarczych;

  • odgrywanie ważnej roli w światowym przepływie kapitału i informacji.

Metropolia ma więc być szczególną formą miasta – powstałą wraz z przemianami technologicznymi, politycznymi i gospodarczymi doby globalizacji (rewolucją informatyczną, umiędzynarodowieniem handlu, powstawaniem rynku globalnego, światową dominacją Stanów Zjednoczonych). Forma ta odpowiadać ma współczesnym potrzebom gospodarczym i politycznym nowego systemu społeczno­‑gospodarczo­‑politycznego. Warto tu poczynić pewne uściślenie w odniesieniu do polskiej specyfiki – w Polsce procesy globalizacji rzecz jasna mają miejsce i pod wieloma względami zmiany gospodarki czy polityki są takie same jak w innych krajach. Z uwagi jednak na fakt, że nasz kraj znajduje się na peryferiach światowej gospodarki, nie wszystkie elementy teorii, które odnoszą się na przykład do krajów Europy zachodniej, można stosować także w jego konkretnej specyfice. Jeżeli chodzi o metropolie, to w przypadku polskich miast mniejsze znaczenie ma funkcja „odgrywania ważnej roli w światowym przepływie kapitału i informacji”, niemniej jednak dążenie do jej rozwoju jest ważnym aspektem lokalnych polityk miejskich.

Pozornie, opisane powyżej główne cechy metropolii powinny napawać ich mieszkańców optymizmem: w teorii żyją oni bowiem w centrum światowej gospodarki, korzystając z rozwoju infrastrukturymiejskiej. Wspomniane cechy są jednak tylko „jedną stroną jej oblicza” i warto opisać także ich społeczne konsekwencje. A tutaj sprawa nie wygląda już tak różowo: metroplie mają przede wszystkim stanowić zaplecze dla podmiotów gospodarczych. W efekcie centrum miasta staje się„względnie jednorodną przestrzenią biurową z niewielkimi aneksami usługowymi, przeznaczonymi głównie dla pracowników i interesantów”, handel jest organizowany za pomocą centrów położonych głównie poza centralnymi obszarami metropolii, a nowa „klasa metropolitalna” (wysoko wykwalifikowani i dobrze wynagradzani pracownicy sektora usług finansowych i reklamowych oraz administracji rządowej) organizuje swoje życie w zamkniętych osiedlach, które na różne sposoby odgradzają się od reszty miasta3. Tym samym funkcja miasta jako przestrzeni mieszkalnej staje się coraz mniej istotna i zanika w nim tkanka społeczna: przestrzeń spotkań i wymiany informacji pomiędzy mieszkańcami oraz infrastruktura społeczna (publiczne obiekty usług socjalnych, które służą wszystkim obywatelom, niezależnie od grubości portfela).

Podporządkowując swoją przestrzeń, infrastrukturę i budynki wymogom globalnej gospodarki, metropolie tracą jednocześnie funkcje społeczne i mieszkalne oraz są coraz mniej przyjazne wobec tych, którzy nie zaliczają się do nowej elity gospodarczej i politycznej. Efektem tej zmiany są dwa ważne procesy: oparcie polityki mieszkaniowej na ideach neoliberalnych oraz komercjalizacja przestrzeni miejskiej.

(Neo)liberalizm w polityce mieszkaniowej

W wyniku globalizacji zmieniają się także założenia i narzędzia polityki społecznej w zakresie mieszkaniowym. Zmiana ta jest bardzo podobna do tych, które mają miejsce na rynku pracy czy w polityce gospodarczej. Jej główną podstawą jest bowiem ideologia neoliberalna, którą charakteryzuje:

  • dążenie do likwidacji praw socjalnych traktowanych jako „balast” dla gospodarki;

  • polityka prywatyzacji sfery publicznej i wsparcia dla sektora prywatnego;

  • założenie, że jedynym właściwym regulatorem życia społecznego jest rynek, uwolniony spod regulacji prawnych w zakresie ochrony praw socjalnych obywateli.

Tak ogólnie opisana polityka neoliberalna ma także swoje odbicie w sferze mieszkaniowej. W tym wypadku oznaczać ona będzie celową komercjalizację usług komunalnych (wprowadzenie kryterium rentowności w dostarczaniu energii elektrycznej, ogrzewania, bieżącej wody czy gospodarki odpadami), która często prowadzi do ich prywatyzacji. W sferze zarządzania publicznym zasobem mieszkaniowym, celem będzie „pozbycie się go” na rzecz prywatnych właścicieli budynków lub uwłaszczenie lokatorów w nich zamieszkujących (najczęściej ze znaczną bonifikatą – w Polsce sięgającą 80 procent!). Wreszcie, budownictwo mieszkaniowe rozwijane będzie poprzez wspieranie osób prywatnych i firm deweloperskich, kosztem budownictwa komunalnego i społecznego. Analiza polskiej polityki mieszkaniowej wskazuje wyraźnie, że w istocie – tak na szczeblu samorządowym, jak i krajowym – jest ona prowadzona według opisanego powyżej schematu.

Podobnie jak podstawowe funkcje miasta, tak i polityka miejska staje się wiecwraz z procesami globalizacji nastawiona na wsparcie klas wyższych, kosztem „zwykłych ludzi” (średnio­‑ i niskozarabiających). Polityka taka przez długi okres może nie być odczuwalna dla przeciętnego obywatela (wszak obiecuje zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych poprzez „własne mieszkanie”), ale jej negatywne konsekwencje społeczne szybko dają o sobie znać: rynek mieszkaniowy, który organizuje dostęp do tego dobra pierwszej potrzeby, ma dużą skłonność do koncentracji kapitału i windowania cen (co widać na przykładzie cen metra kwadratowego). Jeżeli rozwojowi mieszkalnictwa prywatnego nie towarzyszy silny sektor publiczny, ceny szybko idą w górę, ograniczając dostęp do mieszkania do tych, którzy są w stanie spłacać kredyt przez dwadzieścia – trzydzieści lat. Obecny kryzys finansowy pokazuje natomiast, że kredyt tylko w wyjątkowych okolicznościach może być powszechnym sposobem zastąpienia pensji – szybko nadchodzi bowiem czas, gdy miesięczne raty pną się w górę, a warunki przyznania kredytu są drastycznie zaostrzane. Gdy do tego obrazu dodamy jeszcze proces reprywatyzacji, również ograniczający publiczny zasób mieszkaniowy i windujący koszty najmu, wyłania się sytuacja, w której mieszkanie jest luksusem dostępnym dla nielicznej grupy. Co z tymi, których nie stać na kupno na wolnym rynku? Ich udziałem stają się długotrwałe procesy sądowe o zasadność podwyżek, eksmisje, a w końcu lokal socjalny, pomieszkiwanie u rodziny, czy – w skrajnych przypadkach – tymczasowe klitki lub wręcz bezdomność.

Neoliberalizm w polityce mieszkaniowej prowadzi więc do sytuacji, w której większość społeczeństwa nie może w satysfakcjonujący sposób zaspokoić swoich potrzeb mieszkaniowych, a publiczne pieniądze są transferowane z kieszeni podatników do prywatnych podmiotów gospodarczych. Również przestrzeń miejska staje się coraz mniej przyjazna.

Utowarownienie przestrzeni miejskiej

Pisząc o tym, że przestrzeń miejska staje się coraz mniej przyjazna, mam na myśli proces „kolonizacji” centralnych dzielnic miast oraz peryferii przez prywatny kapitał, który przekształca centrum miasta w sferę złożoną z biur, banków, reklam (w najlepszym razie restauracji). Mieszkańcy tych rejonów są natomiast zmuszeni do przeniesienia się na peryferie – przy czym najbardziej atrakcyjne tereny są zazwyczaj zagospodarowywane przez prywatnych deweloperów, budujących albo grodzone osiedla, albo luksusowe kompleksy domków jednorodzinnych – w obydwu przypadkach dostęp do tego typu „oferty mieszkaniowej” jest, rzecz jasna, ograniczony do osób zamożnych. W sytuacji braku publicznego zasobu mieszkaniowego wiele osób styka się więc z widmem tymczasowego najmu w lokalach socjalnych lub przenosin do zdewastowanych dzielnic peryferyjnych. Proces kolonizacji starych dzielnic miejskich określa się mianem „gentryfikacji” (uburżuazyjnienia)4.

W gentryfikację przestrzeni miejskiej wpisuje się jeszcze jeden proces: tendencja do tworzenia gett – izolowanych od reszty miasta kompleksów mieszkań (najczęściej socjalnych, rzadziej komunalnych), w których lokuje się wszystkie osoby uznane za „nieprzystające” do nowej koncepcji miasta: są to zarówno osoby z problemami materialnymi (bezrobotni, utrzymujący się ze świadczeń socjalnych, samotne matki, niskozarabiający pracownicy), jak i grupy zmarginalizowane (borykające się z problemami alkoholowymi, bezdomni i tak dalej). Te współczesne getta są najczęściej izolowane od reszty miasta zarówno poprzez peryferyjne położenie, jak i słabą infrastrukturę transportową.

Tym samym przestrzeń miejska traci swój społeczny, powszechny wymiar na rzecz funkcji komercyjnych. Miasto nie należy już do mieszkańców, a staje się przestrzenią podporządkowaną rynkowi i prywatnym podmiotom gospodarczym.

Konsekwencje dla ruchu lokatorskiego

Można więc porównać efekty, jakie globalizacja przynosi w sferze rynku pracy czy też polityki międzynarodowej, do jej konsekwencji w sferze mieszkaniowej. Podsumowując, są one na ogólnym poziomie bardzo zbliżone: redukcja praw socjalnych, obniżenie warunków życia szerokich rzesz ludności, komercjalizacja i prywatyzacja sfery publicznej oraz podporządkowanie niestabilnemu mechanizmowi rynkowemu są widoczne zarówno na poziomie konkretnego zakładu pracy czy branży, jak i w większości miast.

W tym momencie pojawia się pytanie: czy zmiany te są nieuniknione? Wbrew fatalizmowi, często wyrażanemu przez zwolenników neoliberalnej globalizacji, należy zauważyć, że procesy społeczne nie są w całości zdeterminowane przez czynniki „obiektywne” (takie jak rozwój techniki czy zmiana globalnego ładu politycznego), ale podlegają także modyfikacji, o ile tylko pojawiają się aktorzy społeczni dążący bądź do zahamowania ich, bądź też do pchnięcia ich w innym kierunku. Dodatkowo procesy społeczne powodują często powstanie sytuacji, która blokuje ich dalszy rozwój w początkowym kierunku.

W sferze stosunków pracy praktycznie od samego początku powstania kapitalizmu rolę „modyfikatora” relacji pracodawca – pracobiorca spełniał zorganizowany ruch robotniczy. Także obecnie jest on ważnym aktorem, który – choć znacznie osłabiony w porównaniu z wiekiem dziewiętnastym czy dwudziestym – często przeciwstawia się neoliberalnym reformom ograniczającym poziom życia pracowników czy też uprawnienia organizacji pracowniczych. Analogiczna sytuacja ma miejsce w sferze stosunków mieszkaniowych – współczesne przemiany charakteru miast powodują powstanie zbiorowości lokatorów, którzy borykają się w różnym stopniu z negatywnymi konsekwencjami globalizacji w tej sferze życia społecznego. Grupa ta nie jest – w przeciwieństwie do pracowników – klasą spajaną przez takie samo miejsce w procesie produkcji, podobne warunki bytowe i wspólne doświadczenie problemów społecznych. Jest ona jednak zbiorowiskiem osób, które w wielu wypadkach borykają się z podobnymi problemami: niemożnością sprostania wygórowanym opłatom czynszowym, niemożnością uzyskania mieszkania na własność, zagrożeniem bezdomnością lub wypchnięciem do substandardowych lokali mieszkalnych czy też zagrożeniem eksmisją. W konsekwencji tej „wspólnoty doświadczeń” powstaje społeczny ruch lokatorów, walczący z negatywnymi aspektami sytuacji mieszkaniowej, wspierający swoich członków prawnie lub materialnie, domagający się zmian w polityce społecznej.

Ruch ten, którego powolny rozwój możemy zaobserwować także w Polsce5, musi sprostać najważniejszym wyzwaniom wynikającym z procesów globalizacji: odcięcie mieszkańców od procesu decyzyjnego w najważniejszych kwestiach (w wyniku przeorientowania polityki miejskiej na cele stawiane przez neoliberalizm), pogorszenie warunków życiowych osób o niskich i średnich dochodach, zaniku praw socjalnych oraz komercjalizacji i prywatyzacji przestrzeni publicznej. Obecnie znajdujemy się w momencie, w którym otwiera się debata o możliwych odpowiedziach ruchu lokatorskiego na wyżej wymienione wyzwania. Dla dalszej dyskusji chciałbym zaproponować kilka możliwych rozwiązań w tej materii:

1. Działania na rzecz zmiany istniejącego systemu politycznego.

Jedną z głównych cech neoliberlaizmu jest istotne ograniczenie zakresu udziału społeczeństwa w decyzjach demokratycznych – przede wszystkim poprzez ograniczenie sfery publicznej i dogmatyczne podejście doideologiiwolnorynkowej. Ruch lokatorski, starając się kształtować miasto według potrzeb mieszkańców, musi więc „odzyskać” sferę polityczną: poszerzyć zakres debaty publicznej (na przykład zakwestionować zasadność dogmatu „prywatyzacji za wszelką cenę”) i udział mieszkańców w decyzjach politycznych na szczeblu lokalnym i krajowym. Dobrym punktem odniesienia może tu byćwysuwany przez ruch antyglobalistycznypostulat tak zwanego „budżetu partycypacyjnego” (polegającego na kształtowaniu lokalnej polityki z uwzględnieniem potrzeb, interesów i opinii mieszkańców, którzy bezpośrednio mogą je artykułować podczas procesu legislacyjnego i konstruowania budżetu).

2. Uczestnictwo w budowaniu szerokiego ruchu na rzecz praw socjalnych.

Kwestia prawa do dachu nad głową jest ściśle związana z ogólnym problemem praw socjalnych (dostępu do edukacji, opieki medycznej, transportu, systemu zabezpieczeń społecznych). W tym zakresie działa wiele organizacji i ruchów walczących o prawa socjalne w różnych aspektach(od ruchu związkowego, przez organizacje skupiające bezrobotnych, aż po różnego typu stowarzyszenia). Ruch lokatorski powinien zacząć z nimi współpracę i wymianę doświadczeń w celu wypracowania nowej koncepcji praw socjalnych.

3. Działania na rzecz uspołecznienia przestrzeni miejskiej.

W zakres tych działań wchodzą wszelkie inicjatywy wspierające rozwój lub broniące przed prywatyzacją (lub komercjalizacją) niekomercyjnych, publicznych lub społecznych instytucji czy miejsc: terenów zielonych, szkół, lokalnych (dzielnicowych) domów kultury, placówek opieki medycznej. W tej kategorii mieszczą się także działania w zakresie promowania niekomercyjnej kultury, walka z ekspansją reklam wielkoformatowych czy też sprzeciw wobec rozrostu sieci monitoringu.

Podejmując te działania ważnym wydaje się nawiązanie współpracy z innymi grupami, ruchami i organizacjami, które w różny sposób kwestionują zasadność procesów globalizacji – wszak procesy te są powszechne, a ich różne elementy (sfera pracy, mieszkalnictwa, polityki międzynarodowej) wzajemnie się przeplatają. Ruchy o których mowa zbiorczo możemy określić (w ślad za mediami) jako „antyglobalistyczne”. Zalicza się do nich jednak bardzo wiele różnych podmiotów, nierzadko walczących o przeciwstawne cele (a często wręcz wzajemnie wrogich): w sferze ruchów politycznych globalizację kwestionują bowiem zarówno radykalni marksiści i anarchiści, jak i ruchy konserwatywne i faszystowskie; opór zmianom stosunków pracy w sferze globalnego podziału pracy (przenoszenie produkcji do krajów Trzeciego Świata) dają zarówno związki zawodowe, jak i lokalni przedsiębiorcy… i tak dalej. Tak jak i w wielu innych kwestiach, linia podziału przebiega tu pomiędzy prawicą a lewicą, choć oba te pojęcia zmieniają swoje znaczenie (prawica liberalna stoi po przeciwnej stronie barykady, prawica konserwatywna i nacjonalistyczna deklaruje sprzeciw wobec globalizacji, argumentując to chęcią zachowania tradycji; „lewica” socjaldemokratyczna opowiada się za globalizacją, podczas gdy lewica radykalna i anarchiści są jej przeciwni z uwagi na fakt, że jest to kolejne, agresywne stadium rozwoju gospodarki kapitalistycznej).

Wydaje się, że ruch lokatorski w Polsce w chwili obecnej – w początkowej fazie rozwoju – „nie stoi po żadnej ze stron”. Wraz ze swoim rozwojem, chcąc nie chcąc, będzie jednak musiał po którejś się opowiedzieć. Po której? Jest to kwestia otwarta, warto jednak ją w tym momencie przeanalizować.

W mojej opinii, wybór powinien paść na ruchy o charakterze lewicowym – i to nie tylko z powodu moich osobistych sympatii, ale także ze względu na kluczowe elementy problemu mieszkaniowego. Koncepcje prawicowe (konserwatywne, nacjonalistyczne) mają bowiem to do siebie, że nie kwestionują głównego czynnika sprawczego procesów globalizacji, czyli rynkowego kapitalizmu, który z definicji dąży do podziału społeczeństwa na zarządzającą elitę i podporządkowane masy. Konserwatywnym krytykom globalizacji marzy się powrót do gospodarek z silnym kapitałem narodowym, gdzie własność wciąż jest „w rękach” określonej grupy narodowościowej. Nijak się to ma do natury kapitalizmu, od swego początku dążącego do rozszerzania się ponad granicami państwowymi i koncentrowania własności w dużych (najczęściej międzynarodowych) strukturach. I nic tu nie pomoże rozwój mikroprzedsiębiorstw, które w rynkowym wyścigu mogą co najwyżej urosnąć i zająć miejsce dotychczasowych multikorporacji. Dodatkowo, w optyce prawicowej kluczowe znaczenie mają więzi o charakterze narodowym/religijnym/kulturowym, a nie podział klasowy – w sferze mieszkaniowej prowadzi to do absurdalnej tezy, że spór o zysk z wynajmu (wysokość czynszu) nie będzie występował w przypadku, gdy lokatorzy i właściciele będą należeć do jednego narodu czy też do tej samej grupy wyznaniowej.

Pod tym względem walka o prawo do dachu nad głową wpisuje się w historyczne dążenia lewicy do zbudowania stosunków społecznych opartych na równości i partycypacji w decyzjach politycznych wszystkich zaangażowanych. Inaczej rzecz ujmując: walka o prawo do dachu nad głową jest w tej optyce częścią walki z kapitalizmem. Obecnie manifestacją tych dążeń jest udział (radykalnej) lewicy w międzynarodowym ruchu przeciwko neoliberalne globalizacji.

Jest kwestią otwartą, czy ta walka prowadzona przez raczkujący polski ruch lokatorski skieruje się w stronę szerszego kontekstu sprzeciwu wobec neoliberalizmu i kapitalistycznej logiki, czy też może ugrzęźnie w nacjonalistycznej mitologii.

Przypisy:

1. Por. B. Jałowiecki, M.S. Szczepański, Miasto i przestrzeń w perspektywie socjologicznej, Warszawa 2006, s. 210

2. Cechy metropolii opracowane na podstawie: tamże, s. 201­‑215.

3. B. Jałowiecki, Fragmentacja i prywatyzacja przestrzeni [w:] Gettoizacja polskiej przestrzeni miejskiej, red. B. Jałowiecki, W. Łukowski, Warszawa 2007, s. 11­‑28.

4. B. Jałowiecki, M.S. Szczepański, Miasto i przestrzeń..., s. 250­‑252.

5. Więcej na temat polskiego ruchu lokatorskiego: P. Ciszewski, Obrońcy praw lokatorów [w:] „Przegląd Anarchistyczny”, 2008/2009, jesień/zima, nr 8, s. 77­‑82.