Bush nie istnieje

Carol V. Hamilton
01.11.2004

Nikt nie lubi oglądać martwych ludzi na ekranach telewizorów

– G.W. Bush, 13 kwietnia 2004

W powieści Jerzego Kosińskiego z 1970 roku Wystarczy być bohater o imieniu Chance, ogrodnik, którego życie ograniczało się do oglądania telewizyjnych show i opieki nad ogrodem, zostaje nagle pchnięty w zewnętrzny świat. Zdobywa tu wielbicieli, którzy nazywają go Chauncey Gardiner, mylą jego ignorancję z intelektualną głębią, a napomknienia o ogrodnictwie biorą za profetyczne wróżby. Jego intelektualne ograniczenie i osobista niefrasobliwość stają się społecznymi i politycznymi cnotami. Na końcu powieści prezydenccy doradcy zbierają się, by rozważyć poparcie dla kandydata do zastąpienia obecnego wiceprezydenta. Jeden z nich sugeruje Chance’a. „Gardiner nie ma przeszłości, więc nie jest i nie może być dla nikogo niewłaściwy! Jest przystojny, wygadany i dobrze się prezentuje w TV”1. Chociaż Wystarczy być zostało napisane 30 lat temu, świetnie oddaje sytuację współczesnej sceny politycznej. Tylko pod jednym względem przewidywania Kosińskiego są zbyt zachowawcze. Pisząc swą powieść w czasie rządów powściągliwego, niefotogenicznego, ostrożnego i inteligentnego prezydenta Nixona, Kosiński zupełnie nie potrafił wyobrazić sobie Chance’a jako urzędującego prezydenta.

Płaska osobowość wieku symulacji

W rezultacie pogrążania się w telewizyjnych programach i ograniczonej znajomości prawdziwego świata Chance jest niezdolny do odróżnienia filmowej fikcji i społecznej rzeczywistości. Wystarczy być dostrzegła zdolność obrazów – spektaklu – do przesuwania i zawłaszczania tego, co rzeczywiste, nawet w stosunku do wojny w Wietnamie.

– Co z wojną? – pyta młoda kobieta po lewej stronie Chance’a.

– Wojną? Którą wojną? – mówi Chance. – Widziałem wiele wojen w TV.

– Niestety – odpowiada kobieta – w tym kraju, gdy śnimy o rzeczywistości, telewizja nas budzi. Dla milionów, wojna jest tylko kolejnym telewizyjnym show. A faktycznie, na froncie, prawdziwi ludzie oddają swoje życie.2

„Wojna to kolejny show”. Oczywiście nie dla żołnierzy czy cywili rannych i zabijanych przez amerykańskie pociski, lecz dla telewizyjnej publiczności. I chociaż ostre relacje z Wietnamu spowodowały wyłonienie się opozycji antywojennej, relacje z pierwszej wojny w Zatoce, ze swoimi zielonkawymi, trzęsącymi się ujęciami i fosforyzującymi wybuchami, bardziej przypominały grę wideo niż pole bitwy. W 1991 roku Jean Baudrillard opublikował trzy artykuły w paryskim Liberation, kwestionujące realność wojny w Zatoce. „Wolimy wygnanie, jakie pociąga za sobą wirtualne, którego TV jest uniwersalnym lustrem”, napisał w pierwszym ze swoich esejów, „niż katastrofę obecną w rzeczywistym”.3 Argument Baudrillarda spotkał się z szerokim niezrozumieniem i został gniewnie potępiony.

Niniejszy artykuł sięga do pomysłu z Wystarczy być i tekstów Baudrillarda o wojnie w Zatoce, by zaproponować tezę, że George W. Bush jest symulacją, postacią wirtualną niczym Chance Ogrodnik. Nie interesuje mnie w tym kontekście cielesne istnienie G.W. Busha, ale raczej jego płaskość i sposób, w jaki jego oczywiste ułomności przedstawiane są przez rzekomo bezstronne media. Oderwanie Busha od rzeczywistości – ewidentnie objawiające się w nieznajomości geografii, historii, poprawnej składni językowej i zasobów wiedzy ogólnej – wypływają z jego własnego braku realności. G.W. Bush nie istnieje.

Pod znakiem postmodernizmu, hermeneutyczna głębia została zastąpiona przez powierzchowne gry, a płaskie widowisko wypiera skomplikowane historyczne postaci. Frederic Jameson w Postmodernizmie komentuje przesuniecie między głęboką podmiotowością przedstawianą w modernistycznej powieści a postmodernistyczną „śmiercią podmiotu”. „Ten nowy porządek”, pisze Jameson, „nie potrzebuje już dłużej profetów ani widzów w starym modernistycznym sensie, czy to wśród swoich twórców kultury, czy to wśród polityków. Takie postaci nie dzierżą już dłużej żadnego czaru czy magii dla podmiotów korporacyjnego, skolektywizowanego, postindywidualistycznego wieku”.4

Podobnie jak Bush, Chance Kosińskiego posiada ograniczoną ilość informacji i znacznie ograniczoną zdolność artykułowania idei. Kiedy dzięki swej właśnie osiągniętej sławie pojawia się w talk show, jest w stanie, po drobnej podpowiedzi gospodarza, wydukać kilka banałów na temat kolejności wzrostu poszczególnych roślin. Następnie jeden z fanów Chance’a komentuje, że ten ogrodnik „posiada osobliwą zdolność redukowania skomplikowanych spraw do najprostszych ludzkich pojęć”.5 Chance’owi prawi także komplementy Lord Beaucklerc, szef BBC:

Bardzo podobała mi się nieostrość twojej wypowiedzi w telewizji. Bardzo, bardzo sprytnie! Nie należy rzeczy zbytnio precyzować, czyż nie? To znaczy – nie dla ‘video­‑idiotów’6

Lord Beauclerk myli banalność Chance’a z przemyślaną strategią i zakłada, że oglądający telewizję są głupkami, których proste umysły wymagają prostych wyjaśnień.

Kiedy Bush publicznie jąka się na temat wolności, demokracji i osi zła, komentatorzy amerykańscy przyjmują jego oświadczenia pozytywnie. Reporterzy i eksperci prasowi notorycznie przeceniają Busha w podobny sposób, jak to robią wielbiciele Chance’a. Mówią o nim, jakby faktycznie posiadał filozofię swojej polityki i rozumiał posunięcia rządu. Przeoczają, pomniejszają znaczenie i starają się wytłumaczyć jego niezdarną wymowę, ufność w stereotypy i niezdolność do odpowiedzi na teoretyczne i praktyczne pytania. Przedstawiają go tak, jak gdyby był „na prawdę” osobą ze złożoną osobowością, a nie jak złożone w całości z dźwięków i możliwości obiektywu symulakrum.

Na przykład na konferencji prasowej 13 kwietnia 2004 roku jeden z reporterów, zorientowawszy się, że Bush mówi „niedbale”, spekulował, że robi to celowo, by być lepiej rozumianym przez zwykłych Amerykanów. Inni komentatorzy pochwalali jego „pewność” w sprawie wojny w Iraku, nawiązując do chwil, gdy z pozorną namiętnością powtarzał stereotypy o wolności. W 13 kwietnia w wydaniu Hardball, Chris Matthews, z uwielbieniem mówi o tym, że Bush odmawia uznania jakiejkolwiek odpowiedzialności czy jakichkolwiek błędów – dziwny panegiryk, zważywszy na długie i żenujące momenty niezdarności Busha na podium, uśmieszki i jąkania oraz niezdolność do wymyślenia jakiejkolwiek sensownej odpowiedzi, jakby komputerowy wirus zainfekował jego osobisty software.

Następnego dnia New York Times, referując prezydenckie wystąpienie, pisał: „Pan Bush był uroczysty i robił wrażenie, gdy czytał swe propozycje, ale jego odpowiedzi na pytania były niepokojąco chaotyczne i nie na temat”.7 Użycie „robił wrażenie” miało na celu zneutralizowanie słowa „niepokojąco”. Żaden z komentatorów nie wspomniał o uśmieszkach stale obecnych na jego ustach, nerwowym i niewłaściwym zachowaniu, szczególnie zważywszy na powagę zadawanych pytań.

W Wystarczy być ignorancja Chance’a odnośnie „prawdziwego” świata przejawiała się w milczeniu zawsze wtedy, gdy nie rozumiał pytań, uwag i zachowań do niego skierowanych. Jego dziwna pasywność każe innym bohaterom interpretować go, jak im pasuje. I tak na przykład, gdy żona pana Randana czyni seksualne podchody w stronę Chance’a, dostrzega brak jego reakcji i bierze to za obojętność wobec jej fizycznych wdzięków. Gdy ambasadorzy Narodów Zjednoczonych spotykają Chance’a na przyjęciu, szybko nabierają przekonania o jego językowej biegłości i kulturowych kompetencjach. Nikt nie zdaje sobie sprawy, że Chance w każdej takiej sytuacji traci grunt pod nogami.

Można wnioskować, że Bush przyjął podobną strategię, pasywnej tajemniczości. W książce Rona Suskinda The Price of Loyalty, Paul O’Neill, Sekretarz Skarbu w latach 2000­‑2002, zaznajamia się z pracą Busha w Białym Domu. O’Neill wkrótce obserwuje, z rosnącym niepokojem, kłopoty z komunikacją z prezydentem. Po prezentacji swoich pomysłów zrobił przerwę na pytania lub odpowiedź: „Bush o nic nie zapytał, patrzył na O’Neilla z niezmienionym wyrazem twarzy, bez żadnej reakcji – pozytywnej czy negatywnej”.8 Podobnie jak Chance, Bush jest otwarty na interpretacje: „Prezydent zdawał się kiwać potwierdzająco. O’Neill nie mógł być pewien”.9 Stary współpracownik Białego Domu, O’Neill był przyzwyczajony do aktywnego uczestnictwa poprzednich prezydentów – do ich pytań, analiz i procesu myślenia. W następnych spotkaniach O’Neill zauważał typowe „płaskie, niewzruszone spojrzenie”10, z którym Bush słuchał jego sprawozdań. Nikt z zespołu nie wiedział, co myśli Bush. „Doświadczeni, ambitni mężczyźni i kobiety z agencji federalnej wielokrotnie nie robili nic więcej poza zgadywaniem, co myśli Bush”.11 Szczyt rozczarowania O’Neilla ukazany jest w następującym opisie:

O’Neill przypatrzył się bliżej Bushowi. Ten wyrzucił z siebie kilka postrzępionych zdań, ale było to tylko pozorne zaangażowanie. Sekretarze gabinetu pracowali ponad miesiąc nad szczegółowym raportem. O’Neill został uświadomiony przez swoich kolegów w Białym Domu, że nie powinien spodziewać się, że prezydent przeczyta raport. Często nawet nie wydawało się, by przeczytał krótką notatkę, którą przesyłał dalej.

Wyjątkowo kłopotliwe było to, że Bush nie zadawał pytań. Było ich tyle wartych zadania, pomyślał O’Neilll siedząc cicho z tuzinami pytań, które przychodziły mu do głowy.

Było to spotkanie jak wiele innych, ale to, co najlepiej je charakteryzowało, to fakt, że prezydent był niczym niewidomy w pokoju pełnym głuchych ludzi. Jakakolwiek komunikacja była niemożliwa”.12

Gdy Bush pojawia się publicznie, zdaje się uprzejmie porozumiewać z mediami. W centrum rządu, gdy nie jest publicznie obserwowany, jest jak niepodłączona maszyna. 30 czerwca 2001 roku na spotkaniu z Narodowym Biurem Bezpieczeństwa, wspomina O’Neill, „Prezydent powiedział niewiele. Po porostu kiwał głową z tym samym płaskim i niekwestionującym niczego spojrzeniem, do którego O’Neill już przywykł”.13 Za zamkniętymi drzwiami, Bush nie daje znaku życia. Jego podstawowa funkcja zostaje utracona. Jest jak drogi, nawoskowany samochód, lśniący w ciemnościach garażu. Ten samochód stworzony jest do szybkiej jazdy i publicznego wystawiania. Kiedy jego właściciel je obiad, nie ma potrzeby go używać. „Sława odsłania osobowość”, wyjaśnia Michael Rogin.

„Dogadza innym; zażyły przed masową publicznością, bawi się publicznie w prywatność. Ani stłumione wnętrze ani trudna rzeczywistość nie pochłania gwiazdy, gdyż istnieje ona jedynie w oczach widza”.14 Jeżeli Bush publicznie „bawi się w prywatność”, nie może prywatnie działać „naprawdę”, ponieważ jest teraz w sferze, w której wymaga się raczej sensu i głębi niż zwykłej powierzchowności.

Prekursorzy prezydenckiego symulakrum

Prezydent Reagan wznosił się ponad rzeczywistością. [Michael Rogin]

Jako symulakrum u władzy George W. Bush miał politycznych poprzedników, tak samo zresztą jak literackich i filmowych. Polityczne ześlizgiwanie się z rzeczywistego w hiperrzeczywiste zaczyna się od Ronalda Reagana. W przeciwieństwie do George’a W. Busha, Reagan był prawdziwy, ale dla niego, postmodernistycznego sans la lettre, pamięć, historia i proste fakty były zawsze już konstruktami.

Powszechny żart o Reaganie – stworzony być może przez samego Reagana – dotyczył jego zaufania do materiałów, z których wygłaszał publiczne przemówienia. Powszechnie wiadomo było, że – w przeciwieństwie do obecnego mieszkańca Białego Domu – Reagan czyta te przemówienia płynnie, bez łamania składni, jąkania się czy niespójności. W Ronald Reagan, The Movie (1987), Michael Rogin pokazuje nie tylko, jak często Reagan mieszał filmową fikcję z wydarzeniami historycznymi, ale także, co takie pomieszanie oznaczało: „Jego łatwość ślizgania się pomiędzy filmami a rzeczywistością jest symptomatyczna dla kultury politycznej coraz bardziej nieczułej na rozróżnienie historii od fikcji”.15 Zauważywszy, że treść przemówienia Reagana z 16 marca 1986 roku o groźbach wysuwanych przez Nikaraguę wydaje się wątpliwa nawet dla niektórych jego pomocników, Rogin komentuje:

Jednak nawet gdyby empiryczna wartość przemówienia Reagana była większa niż zero, było ono w jakiś sposób nie na temat, jego zakres był inny od tego, którego starali się trzymać dziennikarze. Pęknięta zasada rzeczywistości mogła współistnieć z przemówieniem, gdyż operowały one na różnych planach. Prezydent Reagan wznosił się nad tym, co rzeczywiste. Jego mapy, zdjęcia i wizjonerski światopogląd przedstawiane na telewizyjnym ekranie zastępowały świat, który rzekomo reprezentowały… W chwili, gdy słowa i obrazy Reagana wprowadziły jego Nikaraguę do amerykańskich domów, prawdziwa Ameryka Łacińska zniknęła; zagrożona była symbolicznym i fizycznym zatarciem. (podkreślenie moje) 16

Uwagi Rogina na temat Nikaragui są również adekwatne do dwóch wojen w Iraku. Przypadki ofiar irackich nie były relacjonowane, a już na pewno nie były pokazywane, więc amerykańskiej opinii publicznej wydawały się „nierzeczywiste”. Rzecznicy wojskowi i ich prawicowi współpracownicy sprzeciwiali się nawet przedstawianiu jakiejkolwiek konkretnej informacji na temat martwych żołnierzy amerykańskich – urzędowych fotografii ich twarzy czy nawet zdjęć przystrojonych trumien – jak gdyby związek wojny i śmierci, ukazany choćby w najmniejszym stopniu, miał zdemoralizować obywateli i zwrócić ich przeciwko całemu przedsięwzięciu. Decydujące dla polityki administracji było łączenie wojny tylko z serią abstrakcji – wolnością, demokracją, walką z terroryzmem.

Śmierć Ronalda Reagana była okazją do następnego spektaklu. Podczas wielkiego państwowego pogrzebu, komentatorzy w mediach wychwalali go w płomiennych słowach. Rzadko usłyszeć można było napomknienia o cieniach jego polityki – kulejącej ekonomii, usunięciu umysłowo chorych z ulic, aferze Iran­‑Contras i wzroście deficytu budżetowego. Ponadto Reaganowi przypisywano nadludzkie, ponadhistoryczne czyny, jak jednostronne zakończenie Zimnej Wojny. Śmierć zarówno rozdmuchała, jak i rozprzestrzeniła wizerunek Reagana, od którego przez tydzień nie dało się uciec w amerykańskich mediach. Pogrzeb, jak jeden z celowo nudnych filmów Andy’ego Warhola, puszczany był w nieskończoność. Jak zwraca uwagę FAIR (Fairness & Accuracy In Reporting – Organizacja na rzecz Uczciwości i Trafności w Dziennikarstwie – przyp. tłum.) w e­‑mailu do swoich osób wspierających:

Dziennikarze wydawali się zobligowani do pokazania, że jakakolwiek krytyka Reagana może być odwrócona do góry nogami. Jak wyjaśnia Dan Rather w 60 minutach w CBS (6 czerwca 2004), „Ci, którzy odczytywali wszystko dosłownie, zawsze mieli kłopot z jego tendencją do mieszania życia z filmami. Ale on, jak niewielu przywódców przed nim, rozumiał siłę mitu i opowiadania historii. W swoich filmach i życiu politycznym, Ronald Reagan stał na skrzyżowaniu, na którym spotykały się sny i rzeczywistość, i z porozumiewawczym mrugnięciem zawsze oferował szczęśliwe zakończenie”.17

Michael Rogin, który pierwszy obnażył chroniczne zagubienie Reagana pomiędzy filmem i rzeczywistością w programie CBS 60 minut – tym samym staje się jednym z „tych, którzy odczytują wszystko dosłownie”. Dan Rather zastępuje dezinformację „marzeniami”; Reagan już teraz nie zaciera granicy miedzy prawdą i fantazją, lecz „stoi na ich skrzyżowaniu”.

Nawet jeden z największych wielbicieli Reagana, Edmund Morris, uznał niektóre z wad prezydenta – takie, jak na przykład niezdolność do objawiania uczuć swoim dzieciom, brak bliskich przyjaciół, niezdolność do rozpoznania ludzi, których spotkał ostatnio. Jak George W. Bush, Reagan regularnie okazywał zadziwiającą ignorancję co do podstawowej wiedzy kulturalnej. Co najważniejsze, wydawało się, że Reaganowi brakuje tego, co Morris nazywa „prywatną empatią” odnośnie kłopotów innych ludzi. Pomimo tego Morris pisze:

Gdy proszono go o wyrażenie swych emocji publicznie, potrafił być poruszająco szczery. Kwestionowanie jego utożsamiania się z „chłopcami z Pointe du Hoc” albo z bezimiennymi martwymi w Bergen­‑Belsen byłoby niezrozumieniem jego zasadniczo aktorskiej natury. „Aktorzy nie są jak ja czy ty: ich prawdziwy świat, który czują naprawdę, jest na scenie. (podkreślenia moje)18

Tu i w innych miejscach, Morris zdaje się sugerować pewien rodzaj solipsyzmu u Ronalda Reagana, niezdolność do rozumienia „realności” innych umysłów i innych odczuwających istot. Posiadanie „zasadniczo aktorskiej natury” oznacza oczywiście wyrażanie uczuć tylko publicznie i tylko dla tych, którzy już nie istnieją lub nigdy nie istnieli.

W 1982 roku, w czasie pierwszej kadencji Reagana, wytwórnia Warner Brothers wydała słynny film Ridleya’a Scotta Bladerunner, film, w którym ludzcy aktorzy grają „repliki”, sztucznie stworzone formy życia, będące nieomal nie do odróżnienia od ludzkich istot – ważną różnicą była ich niezdolność do uczuciowej empatii. Blade Runner powstał na bazie powieści Philipa K. Dicka z 1968 roku Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? i w obu dziełach główną postacią jest łowca, którego zadaniem jest „usuwanie” replik albo „androidów”, jak są nazwane w powieści. Jednakże powieść z epoki Nixona jest nieco inna – bardziej mroczna i pesymistyczna – niż film nakręcony w erze Reagana. O ile aktorzy, tacy jak Rutger Hauer, czynią filmowe postaci replik wzruszającymi, a wręcz przejmującymi w momencie śmierci, androidy z powieści są bezinteresownie i niewyobrażalnie okrutne, nawet w stosunku do ostatnich form życia organicznego na Ziemi. Jeden z nich odcina nogę pająka żeby zobaczyć, co się stanie. Inny mściwie spycha kozła z dachu. Androidom z powieści brak wrodzonej istotom ludzkim natychmiastowej empatycznej reakcji. Dlatego oblewają test na empatię Voigt’a­‑Kampff’a, obejmujący „wrzuconego do wrzątku psa” czy „walizkę ze skórki niemowlęcia” (rzeczywiści ludzie reagują konwulsją). Androidy to symulakra. Jeden z nich, Rachel Rosen, przyznaje: „Jesteśmy maszynami, odciśniętymi z matrycy, jak kapsle od butelek. To iluzja, że ja osobiście istnieję; jestem jedynie reprezentantem typu”.19 Ludzka postać wyczuwa, że „procesy mentalne androidów przenika pewna szczególna, złośliwa abstrakcyjność”.20 Płatny łowca Rick Deckard zawsze rozpoznaje androidy przez ich zimno. „Jej głos miał w sobie zimną rezerwę – i ten inny rodzaj zimna, które spotkał u tak wielu androidów”.21

Jeśli zimno, brak empatii i skłonność do abstrakcji są charakterystyczne dla androidów, to z całą pewnością George W. Bush jest jednym z nich. Jego polityczne wystąpienia są złożone wyłącznie z niedefiniowalnych abstrakcji, jak „wolność”. Gdy był gubernatorem Teksasu, bezwzględnie zatwierdzał wyroki śmierci, nigdy nie korzystając z prawa łaski. Apele o ułaskawienie były wyjątkowo głośne w sprawie Karli Faye Tucker, skazanej za morderstwo, która podczas odbywania kary nawróciła się na chrześcijaństwo. Bush, który podkreślał w debatach publicznych, że Jezus był jego ulubionym filozofem (nikt nie spytał go o jego drugiego ulubionego filozofa), odmówił nawet spotkania z licznymi adwokatami Tuckers. Nie tylko to lecz (…..), według tak dzielnego konserwatywnego źródła, jak noszący muszkę Tucker Carlson, Bush wykpiwał jej apele do niego, jak je sobie wyobrażał: „»Proszę«, Bush skamlał, a jego usta skrzywiły się w wykpiwanej desperacji, »nie zabijaj mnie«”.22 Podobnie jak Reagan, Bush wydaje się solipsystą, niezdolnym do wiary w istnienie innych ludzi. Okazał swoje zimno nawet w stosunku do członków własnej rodziny. Według Perfect Wife Gerharta, biografii pierwszej damy, Bush „warczał”, gdy dowiedział się, że jego córka ma iść na operację wycięcia wyrostka, „jakby był na nią wkurzony”.23

Wyobrażenie amerykańskiego prezydenta jako androida albo symulakrum pojawia się także we wcześniejszej, mniej znanej powieści Philipa K. Dicka, The Simulacra. W tej wersji przyszłości Niemcy stają się 53. stanem USA, podróż w czasie jest możliwa dla rządzącej elity, a sędziwa postać prezydenta, znana jako Der Alte (Najstarszy), co jakiś czas przemawia do społeczeństwa w telewizji. Istnieje kilka postaci prezydenta, każda z imieniem i tożsamością – obecny to Rudi Kalbleish – a wszystkie wyprodukowane przez Karp Cartel. Na końcu jednego z prezydenckich wystąpień asystent sekretarza stanu przejmuje ster:

Krótko, swoim zwyczajnym ostrym tonem, Garth McRae powiedział: „Wyłączyć to”. Symulakrum Kalbfleisha zatrzymało się. Jego ramiona opadły, zastygłe w ich ostatnim geście, jego twarz stała się tępa i bez wyrazu. Symulakrum nic nie powiedziało i automatycznie kamery telewizyjne także się wyłączały, jedna po drugiej.24

W świecie powieści Dicka z 1964 roku tylko mniejszość obywateli wiedziała, że Der Alte to symulakrum. Pod koniec powieści sekret zostaje ujawniony. Prezydenckie symulakrum, uwielbiana pierwsza dama Nicole oraz telewizja, „ten instrument perswazji o światowym zasięgu”, wszystko ma ze sobą bliski związek.25

Teraz, 40 lat później, kiedy w lipcu 2004 roku Wired ogłasza: Istota ludzka 2.0: Wyścig do stworzenia androidów, które chodzą, mówią i czują, jak my wszyscy, czy możemy być pewni, że przewidywania Dicka już się nie spełniły?

Pusta kartka: kultura gwiazd

Analfabetyzm jest rodzajem ślepoty.[Ruth Rendell]

Jakie jest źródło symulakrów, takich jak obecny prezydent Stanów Zjednoczonych? Argumentując, że Bush nie jest „prawdziwy”, nie mam na myśli tego, że został wyprodukowany w tajnej fabryce będącej własnością korporacji w rodzaju Karp Cartel i że jest kontrolowany przez jakiś wszechmocny spisek. Chcę się natomiast zastanowić nad tym, że w świecie po epoce pisma, świecie hiperrzeczywistym, owe zrośnięcia czasu historycznego i psychologicznej refleksji, które wytwarzają podmiotowość, mają tendencję do zanikania, zanim zdążą ukonstytuować głęboką, spójną jaźń. Sutkiem może być typ osobowość w rodzaju Busha – ograniczonej intelektualnie, emocjonalnie płytkiej, posiadającej okrojone słownictwo, niczym nowicjusz na kursie języka obcego. Jest ona towarem wyprodukowanym przez współczesną amerykańską kulturę, z jej dziwaczną mieszanką konsumpcjonizmu, telewizji, kultu gwiazd i potocznego chrześcijańskiego fundamentalizmu. Inne kultury w innych okresach wytwarzały typy osobowości ograniczone na odmienne sposoby – na przykład prowincjonalnego wieśniaka, który przez całe życie nie oddalał się od miejsca urodzenia na więcej niż milę. Inaczej niż wieśniak, człowiek o współczesnej płaskiej osobowości wie, że istnieją inne kraje, inne kultury, inne religie – lecz przy jego solipsyzmie są one dla niego czymś nierealnym, zwykłymi złudzeniami, do których inni ludzie, którzy sami są zwykłą fikcją, wykazują jakieś irracjonalne przywiązanie.

Gwiazda lub polityk na ekranie jest przeciwieństwem kierującego uwagę w głąb siebie czytelnika książki. Za wyjątkiem okazjonalnych zniewalających wydarzeń sportowych czy dramatów, oglądanie telewizji jest doświadczeniem raczej „porowatym” niż absorbującym – stąd nieodparta potrzeba surfowania po kanałach, pójścia po przekąskę, wykonania telefonu w czasie reklamy. W przeciwieństwie do tego, dobra książka jest na tyle absorbująca, że odrywanie się od czytania jest irytujące. W numerze Harpera z maja 2004 roku Lewis Lapham zastanawiał się nad przemianą czytelnika w widza. „Gdy nawyki umysłu zależne od reguły obrazów zastępują systemy myślowe odpowiadające znaczeniom słów, nieustający widz uczy się eliminować skojarzenia przyczyn i skutków”.26 Myślenie magiczne i zaklęcia zastępują racjonalną argumentację, dogłębną analizę i dokładne dociekania. Może to zabrzmieć reakcyjnie, ale – jak narzeka Chomsky – trudno jest rozwinąć skomplikowany dyskurs polityczny podczas talk show takiego, jak Nightline, przerywanego nie tylko reklamami, ale także migawkowymi ujęciami pozostałych mówców. W telewizji odgrywanie roli zajmuje miejsce subiektywności rozwijanej i analizowanej w powieści modernistycznej i Bildungsroman. Tym samym, „decydując, jak się zachować, Chance kierował się programem telewizyjnym młodego biznesmena, który często jadał obiad z szefem i jego córką”.27

Chance Kosińskiego nie potrafi czytać ani pisać. „Nie czytam gazet”, powiedział Chance. „Oglądam telewizję”.28 17 października 2003 roku w wywiadzie dla telewizji Fox Georgie Bush dobrowolnie wyznał, że nie czyta gazet. Pustkę zarówno Busha, jak i Chance’a Ogrodnika widać gołym okiem, a jednak ich wyznawcy jej nie dostrzegają. Pustka ta z kolei jest wytworem ich analfabetyzmu. Jest dość znaczące, że ci, którzy proponują Chance’a na wiceprezydenta, wychwalają go jako „białą kartkę”, człowieka bez osobistej historii.29

Relacja między czytaniem, prywatnością i subiektywnością jest tematem The Time of Reading Svena Birkertsa […]. Czytanie stało się przestarzałe, rozważa, trochę jak chodzenie pieszo w dobie samochodu. Wydaje się, że nie mamy już czasu na czytanie, a na pewno nie mamy tego rodzaju czasu, jakiego wymaga czytanie – samotnego, prywatnego, nieograniczonego. Brikerts stwierdza nadejście nowego rodzaju jaźni, „nie skupionej już wokół jakiegoś rdzenia tożsamości, nie gwarantowanej już prostą przynależnością do organicznej wspólnoty ludzkiej, lecz płynnej, zdolnej do metamorfozy – nakładania masek, przybierania ról… Jaźń przyszłości może w rzeczy samej być bytem zdecentrowanym”.30

Oczywiście tego rodzaju jaźń już występuje – występowała w postaci Ronalda Reagana i w większym nawet stopniu – George’a W. Busha. Nie sposób sobie wyobrazić któregokolwiek z nich jako młodzieńca kulącego się z książką Thoreau czy Jacka Kerouaca. Dla obu pożądaną osobą, w jaką należało się wcielić, była osoba spalonego słońcem kowboja na swoim ranczo, nie zaś bladego kujona w okularach – człowieka prerii z zachodnich stanów, a nie intelektualisty ze wschodniego wybrzeża. Ale także – gdy pomyśleć o odgrywaniu, pomimo braku rzeczywistego doświadczenia wojskowego, salutującego głównodowodzącego oraz o lądowaniu wystrojonego na pilota Busha na pokładzie lotniskowca, mamy osobowość „przywdziewającą maski, przyjmującą role”.

„Na każdego ginącego dzisiaj czytelnika”, zauważa Jonathan Franzen w swym eseju pt. Czytelnik na wygnaniu, „rodzi się jeden widz”.31 W celu poświęcenia się czytaniu i pisaniu, Franzen oddaje swój telewizor. Przyznaje się do posiadania staromodnej wrażliwości literackiej. „Pojmuję swoje życie w kontekście Raskolnikowa i Quentina Compsona”, pisze, „nie zaś Davida Lettermana czy Jerry’ego Seinfelda”.32 Z pewnym sceptycyzmem, Franzen rozważa pesymistyczne argumenty krytyków kulturalnych. Barry Sanders spekuluje, że – słowami Franzena – „bez zdolności czytania zakorzenionej w oralności nie może istnieć ani jaźń taka, jak ją pojmujemy, ani samoświadomość”.33 (Obserwacja taka stosuje się do Busha, który zdaje się organicznie niezdolny do samorefleksji czy samokrytyki.) Franzen pisze również o esejach zebranych Svena Birkerta, The Gutenberg Elegies, które postrzega jako „panikarskie” i przesadnie pesymistyczne, pomimo swej sympatii dla wielu opinii Birkerta. „Powieściopisarze chcą, by ich prace były czytane z przyjemnością, a nie przyjmowane jako lekarstwo”.34

Jeszcze bardziej pesymistyczne spojrzenie na analfabetyzm i na jego skutki pojawia się w powieści Ruth Rendell z 1977 roku, A Judgement In Stone, która zaczyna się zdaniem: „Eunice Parchman zamordowała rodzinę Coverdale’ów, ponieważ nie potrafiła czytać ani pisać”.35 Parchman jest nieprzyjazną odpowiedniczką Chance’a Ogrodnika, brakuje jej jego dobrego wyglądu, życzliwego usposobienia i jego prostoduszności. Inaczej niż Chance, dorastała pośród wielu ludzi, z których wszyscy umieli czytać, tak więc jej analfabetyzm wywołuje głęboki wstyd i staje się „praprzyczyną jej mizantropii”.36 Rendell wyjaśnia: „Izolowanie się było teraz dla niej naturalne i nie była świadoma tego, że zaczęło się to od izolowania się od druku, książek i pisania. Analfabetyzm sprawił, że stała się oschła, a jej wyobraźnia uległa obumarciu”.37 Jako kompensację, Parchman posiada świetną pamięć, zwłaszcza wzrokową. Tak jak Chance, jest zafascynowana telewizją i spędza na jej oglądaniu większość wolnego czasu. Zarówno Wystarczy być, jak i A Judgment in Stone ukazuje osobowość analfabety jako nie posiadającą głębi i złożoności, jako płaski ekran lub pustą kartkę. Kosiński wykorzystuje ironię sytuacji, natomiast Rendell eksploruje jej stronę tragiczną. Może ktoś protestować, że oboje autorów przecenia niedostatki, jakie przypisują analfabetyzmowi, ważne jest jednak, żeby zauważyć, że sytuują oni swoje niepiśmienne postaci w kontekście niemal powszechnego funkcjonalnego analfabetyzmu (obie powieści powstały przed nastaniem ery komputerów osobistych) i nieustannego oglądania telewizji.

Żyjemy w kulturze, w której najwyższą formą nadania ważności i najwyższym osobistym osiągnięciem jest pojawienie się w telewizji. Tak samo, jak filmy nadają aktorom potencjalną nieśmiertelność, telewizja zdaje się nadawać „realność” zwykłym obywatelom. Chance czeka na swoje pierwsze pojawienie się w telewizyjnym talk show. „Chciał stać się obrazem, zamieszkać w telewizorze”.38 Kosiński rozwija tą kwestię:

Telewizja odbijała jedynie wizerunki ludzi; wciąż także zdzierała ich wizerunki z ich ciał, aż byli oni wsysani do jaskiń oczu swoich widzów, znikając bez powrotu. Stojąc przed kamerami z ich nieczułymi potrójnymi soczewkami skierowanymi na niego niczym dysze, Chance stał się dla milionów rzeczywistych ludzi jedynie obrazem. Nigdy nie wiedzieli, na ile jest rzeczywisty, gdyż jego procesy myślowe nie mogły zostać pokazane w telewizji. Dla niego zaś, widzowie istnieli tylko jako projekcje jego własnych myśli, jako wizerunki. Nigdy nie wiedział, na ile są oni rzeczywiści, jako że nigdy ich nie spotkał i nie wiedział, co myślą”. (podkreślenie moje)39

W owym przejściu cyrkulacja obrazów, telewizyjny spektakl zwiększa władzę obrazów kosztem tego, co rzeczywiste, oraz prawdziwej ludzkiej interakcji. We freudowskiej pomyłce myślenie staje się zwykłą projekcją. Przy tym triumfie solipsyzmu można wierzyć we własną realność, ale nie w realność innych. Mimo wszystko, pojawienie się Chance’a w talk show nie odsłania jego ignorancji; polepsza tylko jeszcze jego reputację.

W scenariuszu do Wystarczy być, była opiekunka Chance’a, Louise, ogląda przypadkiem jego występ. Ze wszystkich milionów widzów, tylko ona jedna wie o intelektualnych ograniczeniach Chance’a. Jest jedynym odpowiednikiem dziecka z legendy, które ogłasza, że król jest nagi. Wykrzykuje do samej siebie:

Bełkot! Przez cały czas wydawał z siebie bełkot! Naprawdę, Ameryka to świat białego człowieka. Mój Boże, wychowałam tego chłopca od kołyski i powiem to teraz: nigdy nie nauczył się czytać ani pisać – nie, drogi panie! Nie miał ani krzty rozumu, między uszami był wypchany puddingiem ryżowym! Nie obdarzony przez Boga i głupi jak osioł, a spójrzcie teraz na niego! Tak, drogi panie – jedyne, co trzeba zrobić, to być białym w Ameryce, a dostaniesz wszystko, czego zapragniesz! Tylko posłuchajcie tego chłopca – bełkot!40

Można by spekulować, że płaska osobowość, jak u Chance’a czy Busha, jest bardziej zgodna z płaskością telewizyjnego lub komputerowego ekranu i tym samym daje się transmitować gładko i zwięźle. Dla odmiany, przypuszczalnie, złożoną, trójwymiarową osobowość, pełną sprzeczności, zakamarków i prawdziwej historii, trudno jest zredukować do płaskiej powierzchni. Nie wszyscy politycy są jednak z konieczności płascy. Dla przykładu John Kerry stał się problemem dla wnikliwych komentarzy telewizyjnych mędrców. Jak ktokolwiek mógł być zarówno odznaczonym bohaterem wojennym, jak i długowłosym protestującym? Powieść potrafiłaby finezyjnie nakreślić taką transformację (na myśl przychodzi Lord JimZbrodnia i kara), ale telewizja musi spłaszczyć ją do postaci zwykłego „odwrócenia”. Kerry, który w oczywisty sposób umie czytać, który wypowiada się za pomocą złożonych zdań i używa „wielkich słów”, kompensował sobie te ułomności podkreślając swój atletyzm i doświadczenie wojskowe. Reklamuje siebie jako „prawdziwy interes”.

Lecz w hiperrzeczywistych Stanach Zjednoczonych, gdzie reality shows przywłaszczyły sobie samą rzeczywistość, kwestią jest właśnie problematyczny status „prawdziwego”.

Przełożyli Artur Chojnacki i Jakub Maciejczyk

Przypisy:

1. Kosiński Jerzy, Wystarczy być. Wydawnictwo Albatros/Andrzej Kuryłowicz, 2004.

2. Kosiński, Wystarczy być, dz. cyt.

3. Baudrillard, Jean. The Gulf War Did Not Take Place. Bloomington: Indiana UP, 1995, s. 28.

4. Jameson, Fredrik. Postmodernism or, The Cultural Logic of Late Capitalism. Durham, N.C: Duke UP, 1991, s. 306.

5. Kosiński, Wystarczy być, dz. cyt.

6. Kosiński, Wystarczy być, dz. cyt.

7. The New York Times 14 April 2004

8. Suskind, Ron. The Price of Loyalty. New York: Simon and Shuster, 2004, s. 58.

9. Suskin, dz. cyt, s. 59.

10. Suskin, dz. cyt, s. 117.

11. Suskin, dz. cyt, s. 98.

12. Suskin, dz. cyt, s. 148­‑49.

13. Suskin, dz. cyt, s. 73.

14. Rogin, Michael Paul. Ronald Reagan, The Movie, and Other Episodes in Political Demonology. Berkeley: University of California Press, 1987, s. 9.

15. Rogin, dz. cyt, s. 9.

16. Rogin, dz. cyt, s. xvi.

17. www.fair.org/press­‑releases/reagan­‑myth­‑reality.html

18. Morris, Edmund. The Unknowable: Ronald Reagan’s Amazing, Mysterious Life. The New Yorker, 28 June 2004, s. 48.

19. Dick, Philip K. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? Warszawa: Prószyński i S­‑ka, 2003.

20. Dick, dz. cyt.

21. Dick, dz. cyt.

22. Wolcott, James. The Bush Bunch. Vanity Fair, July 2004, s. 82.

23. Wolcott, dz. cyt, s. 83.

24. Dick, Philip K. The Simulacra. New York: Vintage, 2002, s. 32. Muszę dodać, że natknęłam się na tę powieść już po napisaniu niemal skończonej wersji niniejszego artykułu.

25. Dick, The Simulacra. dz. cyt, s. 88.

26. Lapham, Lewis. Buffalo Dances. Harper’s Magazine, May 2004.

27. Kosiński, Wystarczy być, dz. cyt.

28. Kosiński, Wystarczy być, dz. cyt.

29. Kosiński, Wystarczy być, dz. cyt.

30. Birkerts, Sven. The Time of Reading. http://www.bostonreview.net/BR21.3/Birkerts.html.

31. Franzen, Jonathan. How to be Alone. New York: Farrar, Straus, and Giroux, 2002, s. 165.

32. Franzen, dz. cyt, s. 165.

33. Franzen, dz. cyt, s. 166.

34. Franzen, dz. cyt, s. 176.

35. Rendell, Ruth. A Judgment in Stone. New York: Vintage, 2000, s. 1

36. Rendell, dz. cyt, s. 38.

37. Rendell, dz. cyt, s. 42.

38. Kosiński, dz. cyt, s. 61.

39. Kosiński, dz. cyt, s. 65.

40. Kosiński, Jerzy. Wystarczy być (scenariusz). http://www.geocities.com/Hollywood/8200/being.txt.