Poza globofobię

Doug Henwood
20.01.2004

Słowo „globalizacja” tak często pojawia się na naszych ustach, że łatwo zapomnieć, jak niedawno pojawiło się w codziennym języku. Pokazuje to częstotliwość stosowania tego wyrazu w ”New York Timesie” i ”Washington Post”. Początkowo użycie tego wyrazu we wspomnianych gazetach utrzymywało się na stałym poziomie przez lata osiemdziesiąte i wczesne dziewięćdziesiąte, aby w drugiej połowie dekady gwałtownie wzrosnąć.

Cóż ono dokładnie znaczy? Jak wiele głęboko zideologizowanych słów, rzadko jest definiowane; każdy wie, co oznacza. Elity mają na myśli coś w rodzaju umiędzynarodowienia życia ekonomicznego, politycznego i kulturalnego, jak gdyby nie miało ono międzynarodowego charakteru już od dawna. Natomiast ludzie spoza elit zdają się mieć na myśli wszystkie złe rzeczy, które wydarzyły się ostatnio. W 2001 roku w American Prospect, Mark Greif opisał badania focusowe przeprowadzone dla klientów korporacyjnych, zaniepokojonych antyglobalistyczną reakcją. Pewien badacz rynku, Jungista, zebrał trzydziestu Amerykanów, pytając ich, co dla nich oznacza globalizacja. Wybrane odpowiedzi: „Nie ma nic osobistego… same maszyny”. „Żadnej prywatności”. „Nie ma już żadnej tajemnicy..”. Przyciśnięci o szczegóły, respondenci narzekali na przyśpieszenie, „walkę o dolara”, niemoc, rosnącą przepaść między bogatymi a biednymi, pogarszanie się opieki zdrowotnej. Pokaźny szereg zażaleń, lecz nie jest jasne, w jaki sposób ich przyczyną jest „globalizacja”. Brzmią jak stare, wyświechtane skargi na kapitalizm.

Eksperci są często niewiele lepsi. Francuski analityk stosunków międzynarodowych, Dominique Moisi, zdefiniował globalizację jako „złożoność, wzajemne oddziaływanie i jednoczesność” – określenia, które mogłyby równie dobrze opisywać gaworzący w barze tłum. Brytyjski socjolog Bob Jessop zaręcza, że słowa tego „najlepiej używać, aby wskazać na wielocentryczny, wieloskalowy, wieloczasowy, wielopostaciowy oraz wieloprzyczynowy proces… skomplikowany, wyłaniający się produkt wielu różnych sił, działających w wielu różnych skalach”. Zaiste.

Czymkolwiek by ona nie była, globalizację zazwyczaj traktuje się jako coś zupełnie nowego. Jednak kapitalizm od samego początku miał niewiele szacunku dla granic narodowych. Po upadku Imperium Rzymskiego, włoscy bankierzy obmyślili skomplikowane instrumenty wymiany zagranicznej, aby omijać kościelne zakazy pobierania procentu. Te przekraczające granice przepływy kapitału szły w parze z przepływami handlowymi. A z rokiem 1492 rozpoczęła się rzeź Pierwszych Amerykanów i rabowanie zachodniej półkuli. Ów akt pierwotnej akumulacji, wraz z niewolą Afrykanów i kolonizacją Azji, sprawił, że gwałtowny rozwój Europy stał się możliwy. Jak ujął to John Maynard Keynes:

Łupy przywiezione przez Drake’a na „Złocistej Łani”, słusznie mogą być uważane za źródło i początek brytyjskich inwestycji zagranicznych. Z uzyskanych z niego dochodów Elżbieta spłaciła cały swój dług zagraniczny, a część tego, co pozostało (około 42,000 funtów), zainwestowała w Levant Company; w dużej części z zysków z Levant Company powstała East India Company, dochody z której były z kolei podstawą brytyjskich powiązań zagranicznych w siedemnastym i osiemnastym wieku; i tak dalej.

Odrobinę przesadził, lecz podstawowa teza jest trudna do podważenia.

Po mniej literackie ujęcie, możemy zwrócić się do Anne Krueger z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, która w mowie wygłoszonej w Melbourne w 2002 roku powiedziała:

Zwrot „rynek wschodzący” wszedł do powszechnego użytku dopiero w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, jednak historia przepływów kapitału do krajów rozwijających się jest oczywiście znacznie dłuższa. Rynki papierów wartościowych działały w Turcji od 1866 r., w Indiach od 1975 r., a w Brazylii od 1877 r. Szeroko rozpowszechnione pożyczki rządowe – w dzisiejszym rozumieniu tego słowa – pojawiły się pod koniec wieku osiemnastego, kiedy to rozprzestrzenienie się konstytucyjnych form rządu przyniosło bardziej stabilne państwa narodowe, które uznawały zobowiązania wobec pożyczkodawców w długim okresie.

Międzynarodowe przepływy kapitału inwestycyjnego były szczególnie wysokie w późnym XIX i wczesnym XX wieku, w sytuacji wolnego handlu i sztywnych kursów w ramach systemu waluty złotej1. W istocie, przepływy do krajów rozwijających się były wyższe względem całej gospodarki światowej podczas pierwszej „złotej ery” finansowej globalizacji niż są dzisiaj. Tu, w Australii, w późnych latach osiemdziesiątych XIX w. przepływy kapitału sfinansowały połowę wszystkich krajowych inwestycji.

Albo, według słów Jamesa Petrasa: „Od XV do XIX wieku inwestycje i handel zagraniczny krajów Ameryki Łacińskiej miały większe znaczenie niż w wieku XX. Podobnie, tworzenie się brytyjskiego kapitału w XVII wieku w jednej trzeciej opierało się na międzynarodowym handlu niewolnikami”. Kapitalizm jak najbardziej był globalny aż do I Wojny Światowej; wysiłki przywrócenia starego porządku w latach dwudziestych poniosły sromotną porażkę w roku 1929. Odwrót kapitalizmu do gospodarek narodowych i bloków handlowych był oznaką kryzysu. Pod koniec II Wojny Światowej, jednym z głównych zadań kapitału było zrestrukturyzowanie międzynarodowego systemu walutowego, zaś Waszyngton kładł ogromy nacisk na przywrócenie systemu handlu światowego do życia. Uzdrowienie gospodarki wymagało odbudowy globalnych mechanizmów.

Globalizacja jest traktowana jako źródło wielu ekonomicznych bolączek. Czy jest nim rzeczywiście? My, ludzie z „Pierwszego Świata”, musimy bardzo uważać narzekając na wywoływane przez nią presję na obniżanie standardu życia, gdyż osiągnięcie europejskiego bogactwa zależało początkowo w dużym stopniu od kolonii i wciąż czerpiemy korzyści z taniej pracy i tanich zasobów. To żenujące słyszeć echa słów Pata Buchanana2 w biadoleniu Ralpha Nadera3 i jego współpracowników, że NAFTA i WTO zagrażają suwerenności Stanów Zjednoczonych. Waszyngton przez dekady naruszał suwerenność dziesiątek narodów.

Nie przeczę, że przenoszenie fabryk do Meksyku spowodowało ostry nacisk na amerykańskie zatrudnienie i zarobki lub że sama tego groźba zmniejszyła siłę przetargową pracowników. Jak bardzo jednak przyczyniło się to do ruchu spadkowego i narastającej presji? Ekonometrycy twierdzą, że handel odpowiada za około 20­‑25 procent spadku godzinnych płac realnych w USA w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. O ile nie jest to wielkość nieznaczna, wciąż pozostaje niewyjaśnione 75­‑80 procent, a główni sprawcy są przede wszystkim wewnętrznego pochodzenia. I dlaczego, jeśli tak definitywnie globalizacja przynosiła nędzę, godzinne płace realne wzrosły po roku 1995, odwracając trwający dwie dekady ich spadek, pomimo skutków wywołanych przez NAFTA i wzrostu penetracji rynku przez handel transgraniczny?

Ważnym powodem sprawiającym, że handel nie wyjaśnia więcej z naszej historii gospodarczej od wczesnych lat siedemdziesiątych, jest to, że 80 procent z nas pracuje w usługach – z czego jedna czwarta dla rządu – które są odporne na konkurencję międzynarodową. Cóż „globalizacja” miała wspólnego z deregulacją transportu przeprowadzoną przez Teddy’ego Kennedy’ego i Jima Cartera, lub ze zwolnieniami kontrolerów lotów za Reagana, czy też z podpisaniem przez Clintona ustawy o opiece społecznej? Podczas gdy wiele osób za cięcia obwinia globalizację, silniejszy wpływ mieli inwestorzy portfelowi z Wall Street, którzy zawsze żądają wyższych zysków.

Czy zglobalizowane gospodarki są bardziej nierówne od niezglobalizowanych? Firma konsultingowa A.T. Kearney obliczała roczny wskaźnik globalizacji dla magazynu Foreign Policy. Gdy sporządzi się wykres stosunku tego wskaźnika i rankingu nierówności różnych krajów, wyniki nie są takie, jakich oczekiwałby typowy działacz antyglobalistyczny.

Relacja jest daleka od jednoznaczności, jednak jeżeli coś z niej wynika, to to, że w bardziej zglobalizowanych krajach jest mniej nierówności niż w tych mniej zglobalizowanych. Społeczne demokracje Europy Zachodniej są bardziej zglobalizowane niż USA, lecz cechują się mniejszą nierównością – podobnie jak Kanada, w mniejszym stopniu. Korea Płd. jest znacznie bardziej zglobalizowana niż Brazylia, a mniej nierówna; tak samo Meksyk. Rzecz nie w tym, że promowanie globalizacji sprzyjałoby równości, ale w tym, że teza o globalizacji jako pierwszoplanowej przyczynie nierówności nie jest łatwa do obronienia. Dystrybucja dochodu zależy bardziej od instytucji wewnętrznych, takich jak związki zawodowe czy państwo opiekuńcze niż od internacjonalizacji.

Oczywiście jest to opracowanie mało rygorystyczne i porównuje ono poziomy w konkretnym danym momencie. Czy „globalizacja” przyczyniła się do nierówności? Podczas gdy wśród aktywistów jest przedmiotem wiary, że tak właśnie jest, w rzeczywistości jest to dosyć trudne do udowodnienia, czy jest tak w rzeczywistości, czy też nie: wszystko zależy od tego, jakich używamy definicji i miar. Większość badań ekonomistów skupia się na krótkim okresie czasu – lecz w dłuższym okresie globalna luka w dochodach powiększyła się znacząco. Według szacunków historyka gospodarczego, Angusa Maddisona, dochody Afryki i Ameryki były w przybliżeniu równe w 1600 roku (ponieważ badani amerykanie byli rdzenną ludnością), jednak wraz z uprzemysłowieniem, poczęły się one poważnie rozbiegać. Dochody amerykańskie przewyższały afrykańskie trzykrotnie w 1820 roku, pięciokrotnie w 1870 roku, dziesięciokrotnie w 1913 i dwudziestokrotnie w 1998 roku. Kiedy nastąpił moment „globalizacji”?

Kapitalizm zawsze wytwarzał ubóstwo wraz z bogactwem, od samego początku był też systemem międzynarodowym i internacjonalizującym – tak więc nie ma większego sensu próba wyizolowania jego „globalnego” aspektu, jako głównego winowajcy powstawania nierówności.

Korporacje wielonarodowe

Ci, którzy identyfikują globalizację jako główną siłę stojącą za wytwarzaniem nierówności, często wskazują na rzekomy „wyścig w dół”, prowadzony przez międzynarodowe korporacje, stale przetrząsające glob w poszukiwaniu niskich kosztów i wysokich zwrotów. To stwierdzenie również niełatwo udowodnić.

Gdy spojrzeć na rozkład inwestycji zagranicznych dokonywanych przez amerykańskie korporacje, kilka rzeczy rzuca się w oczy. Po pierwsze, takie inwestycje są w przeważającej mierze lokowane w krajach bogatych. Ponad połowa przypada na Europę Zachodnią, na Kanadę 10 procent, a na bogatsze kraje Azji – 8 procent. Tak więc ponad dwie trzecie całkowitej wartości amerykańskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych ma miejsce w krajach z dochodami w przybliżeniu porównywalnymi do naszych. Dorzućmy cztery klasyczne azjatyckie tygrysy i mamy ponad trzy czwarte całości. Biedniejsze kraje Europy przyjmują mniej niż 1 procent amerykańskich inwestycji zagranicznych, zaś Chiny jeszcze mniej. Meksyk odpowiada za 3 procent całkowitej wartości, przy niewielkim wzroście od 1980 roku. Nie chodzi o to, by powiedzieć, że Meksyk nie jest istotny dla pewnych przemysłów (jak samochodowy czy elektroniczny) albo że nie jest to liczący się kij, którego pracodawcy używają do straszenia pracowników – ale że przeniesienie produkcji do Meksyku raczej nie jest siłą sprawczą ekonomicznej ewolucji, jak to się czasami sądzi.

Uboższe kraje nie są również kopalniami zysków, jak można by oczekiwać. Stopy zwrotu w Meksyku są wysokie, ale w Szwajcarii są wyższe, a średnia wartość dla Ameryki Łacińskiej jest niższa niż dla Kanady i Europy Zachodniej.

Kolejnym wizerunkiem, który domaga się przemyślenia, jest ten mówiący o „globalnej linii montażowej”. Udział światowej produkcji, za jaki odpowiadają amerykańskie korporacje wielonarodowe, zmienił się niewiele przez dwie ostatnie dekady: wynosił 9 procent światowego produktu w 1982 roku i 8 procent w roku 1999. Ponadto, produkcja amerykańskich korporacji jest w przytłaczającej części wewnętrzna; 76 procent ich produkcji w 1999 roku miało miejsce na obszarze kraju, czyli niemal dokładnie taki sam udział, jak w 1982 roku. W czasie tego samego, siedemnastoletniego okresu, staromodny eksport faktycznie wzrastał szybciej niż produkcja amerykańskich korporacji za granicą. Produkcja w zagranicznych filiach tychże korporacji stanowiła mniej niż 2 procent produktu światowego w 1999 roku, który to udział niewiele się zmienił przez minione dwie dekady. Ich działalność w Meksyku stanowiła 0,1 procenta produktu światowego. Nie są to duże liczby.

Nie twierdzę, że produkcja nie ulega internacjonalizacji w niektórych obszarach. Jednakże koncentruje się to głównie w kilku przemysłach – samochodowym, elektronicznym, tekstylnym. Zaś umiędzynarodowienie, które miało miejsce, jest w dużo większym stopniu wybiórcze niż globalne. Przykładowo, produkcja samochodów w coraz większym stopniu integruje się wśród trzech państw NAFTA, sąsiadów z długimi granicami i długotrwałymi powiązaniami. W takim przypadku, należałoby mówić raczej o „regionalizacji” niż o „globalizacji”.

Nacjonalistyczne nostalgie

Wśród niektórych działaczy antyglobalistycznych, istnieje dziwna nostalgia za państwami narodowymi, jak gdyby były one jedną z niewinnych struktur podkopywanych przez globalizację. Przynajmniej dwa aspekty tej nostalgii za narodem są warte wyodrębnienia. Po pierwsze, w wąskim sensie ekonomicznym, często przywoływane są czułe wspomnienia protekcjonistycznych rządów sprzed 1980 roku. Jak w przypadku wielu nostalgii, dowody historyczne nie uzasadniają sentymentów. Nawet najbardziej chronione, nastawione na rozwój państwo jest kształtowane przez siły zewnętrzne; wysokość barier celnych i rozmach państwowej interwencji same są tego świadectwem. Jednak zdają się one kwitnąć w szczególnych enklawach historycznych – jak model substytucji importu w Ameryce Łacińskiej od lat 1930­‑tych poprzez kryzys zadłużenia we wczesnych latach osiemdziesiątych – by następnie wpadać w kłopoty, kiedy ich czas przemija. Do późnych lat sześćdziesiątych, na przykład, wzrost w Ameryce Łacińskiej zmniejszył się, gdy substytucja importu osiągnęła swoje granice. Firmy krajowe były niewydajne, zaś przeciętne dochody były zbyt niskie, by podtrzymać wewnętrzny rynek konsumencki. Agitacja robotników spotkała się z represjami. Jak napisała socjolożka Ankie Hoogvelt, „Najłatwiejszym politycznie wyborem dla narodowej burżuazji było stłumić wewnętrzną rewoltę, zrzucając winę na kontynuację imperialistycznych form dominacji nad jej krajami, jednocześnie zamaskowując swój własny w tej dominacji współudział”.

Zamiast pogoni za nacjonalistycznymi chimerami, czemu by nie prześcignąć „globalizacji”? Wielu aktywistów ruchu, mylnie nazywanego „antyglobalistycznym”, wciąż „mówi lokalnie”, nawet gdy działa i myśli globalnie. Mógłby to być dobry moment, by porzucić lokalną niezależność jako ideał i objąć perspektywę prawdziwie globalną.

W tej kwestii istnieje inspirujący cytat z książki Empire Michaela Hardta i Antoniego Negriego4. Sama książka nie jest pozbawiona słabości – poczynając od rozwlekłości i poziomu abstrakcji – lecz przynajmniej dwie rzeczy w jej statusie mega­‑hitu należy przyjąć z zadowoleniem. Pierwszą jest jej teoretyczna ambicja i próba myślenia o rozproszonej, trudnej do sprecyzowania naturze władzy w dzisiejszym świecie. Druga to jej optymizm, który zawdzięczamy jej korzeniom w autonomistycznym marksizmie, podejściu podkreślającym kreatywność i własną rewolucyjną siłę pracowników, nie zaś wyrażaną poprzez państwo czy partię. Przy typowym lewicowym pesymizmie, autonomiści mogą wydawać się marzycielsko optymistyczni, widząc walkę i zwycięstwo tam, gdzie inni widzą apatię i przegraną. A blisko związana z tym dobrym nastrojem jest absolutna odmowa oglądania się wstecz. Wielu rzekomo postępowych myślicieli i działaczy z chęcią odnalazłoby utracony świat państw narodowych i samowystarczalnych enklaw. U Hardta i Negriego niczego takiego nie znajdziemy:

Domagamy się uznania, że konstrukcja Imperium jest krokiem naprzód, po to aby pożegnać się z wszelką nostalgią za poprzedzającymi je strukturami władzy, i odrzucamy wszelką polityczną strategię, która wiązałaby się z powrotem do starych stosunków, jak na przykład próby wskrzeszenia państw narodowych do obrony przed globalnym kapitałem. Twierdzimy, że Imperium jest lepsze, na takiej samej zasadzie, na jakiej Marks obstawał, ze kapitalizm jest lepszy od form społeczeństwa i sposobów produkcji, które miały miejsce przed nim. Spojrzenie Marksa jest oparte na zdrowej i przytomnej odrazie dla zaściankowych i sztywnych hierarchii, które poprzedzały społeczeństwo kapitalistyczne, jak również na uznaniu, że w nowej sytuacji potencjał wyzwolenia się powiększył.

W ciągu naszej normalnej aktywności zawodowej, wszyscy jesteśmy powiązani – często niewidocznie – z olbrzymią siatką ludzi, od tych w biurze czy fabryce do tych na drugim końcu świata. Typowe narracje na temat globalizacji, z głównego nurtu czy te krytyczne, często wymazują ten fakt, widząc dominującą siłę sprawczą raczej w kapitale niż w miliardach ludzi, produkujących dobra i usługi, dzięki którym świat może trwać. Ten współpracujący świat pracy zasługuje na to, aby go samego uznać za kreatywną siłę, którą jest, ale także za źródło ogromnej potencjalnej mocy. Jednym z epigrafów Empire jest tekst Ani DiFranco: „Każde narzędzie jest bronią, gdy trzymasz je właściwie”. Autorzy mogliby również użyć linijki z Patti Smith: „To nasze dzieło. Przejmijmy je”.

Przypisy:

1. System waluty złotej (ang. gold standard) – system stałych kursów walutowych opartych na parytecie złota, funkcjonujący od roku 1880 do I wojny światowej (przyp. tłum.).

2. Pat Buchanan – republikański kandydat na prezydenta USA w 2000 roku (przyp. tłum.).

3. Ralph Nader – kandydat na prezydenta USA w 2000 roku z ramienia Partii Zielonych; możliwe, że wystartuje ponownie w 2004 roku (przyp. tłum.).

4. M. Hardt, A. Negri, Empire, Cambridge, MA/London 2000 (przyp. tłum.).