Sztuczki słowne i propaganda

Edward S. Herman
28.09.2004

Media głównego nurtu pełnią funkcję propagandową na rzecz korporacyjnego i politycznego establishmentu na wiele sposobów: poprzez wybór poruszanych tematów (częściej nadużycia rządu niż korporacji, zasiłki socjalne zamiast wydatków Pentagonu, Kadaffi zamiast państwowego terroru w Gwatemali), poprzez sposób ujmowania zagadnień (wzrost PKB, a nie jego dystrybucja, wpływ polityki rządu na inflację, a nie bezrobocie), poprzez dobór źródeł (podpieranie się głównie danymi oficjalnymi i think tankami), a także poprzez dobór słownictwa.

W artykule tym chciałbym się skupić na sztuczkach językowych służących celom propagandowym, aczkolwiek należy przyznać, że stronniczy dobór słownictwa łączy się z innymi środkami propagandowymi. Powszechne odwoływanie się do danych oficjalnych pozwala tworzącym je urzędnikom na takie kształtowanie tematów i dobór słownictwa, które służącą ich interesom. Słowo „terrorysta” odnosi się do naszego wroga (Iran) lub wroga naszych przyjaciół (Hamas, Organizacja Wyzwolenia Palestyny, Partia Pracujących Kurdystanu), a nie do „konstruktywnie zaangażowanych” rządów Kolumbii, Izraela, Turcji lub – jeszcze w latach osiemdziesiątych – rasistowskiego rządu RPA. Poniższe przykłady pokażą, że konstrukcja artykułu i dobór słownictwa są zasadniczo dwoma aspektami jednego procesu.

Określone połączenie doboru słownictwa, źródeł oraz konstrukcji zdań wskazuje na fakt, że język jest polem walki. W jej wyniku płynne, jak się okazuje, znaczenia, konotacje i zastosowania ulegają zmianom. Dla przykładu, pracownicy od dawna walczą o to, aby słowo „strajk” było rozumiane jako legalna taktyka i element sporu zbiorowego, podczas gdy pracodawcom zależy, żeby słowo to odzwierciedlało przemoc robotników, niedogodności płynące dla społeczeństwa oraz cios w PKB i równowagę płac. Jak dotąd, udaje im się nadawać mu znaczenie negatywne. Podobnie, pod wpływem trwających od 25 lat ataków przedsiębiorców i prawicowców na państwo opiekuńcze, negatywnego znaczenia nabrały „zasiłki”. Ten sam proces sprawił, że słowo „rząd” nabrało ujemnego znaczenia. Politycy działają przeciwko „Waszyngtonowi” i „rządowi”. W tym samym czasie – zastanawiające, jako że prawicowcy lubią zabijanie (wyjąwszy płody) i są zwolennikami wojskowego zwierzchnictwa – udało im się przypisać słowo „rząd” wyłącznie do jego funkcji cywilnych; potępianie „rządu” nie oznacza potępiania Pentagonu.

Słowa stale ulegają przemianom tak, aby służyć silnym: „terroryzm” pierwotnie opisywał przemoc państwa, jak „rządy terroru” w Rewolucji Francuskiej, natomiast w czasach współczesnych słowo to ogranicza się do antyrządowych form przemocy politycznej. „Poprawność polityczna”, pierwotnie ironiczny termin używany przez lewicę do określania swoich towarzyszy mających skłonności do sekciarstwa, został wykorzystany przez establishmentowych mówców do uogólniającego potępienia całej lewicy akademickiej. W Nowym Porządku Światowym „Wolność” została w subtelny sposób przemieniona ze swobody politycznej w ekonomiczną (włączając swobodę dla General Electrics, General Motors, Exxon i Royal Dutch Shell), tak jak „demokracja” straciła swoje istotne cechy na rzecz wyłącznie procesu wyborczego. Słowo „nadanie” nabrało negatywnych konotacji, gdy klasa dominująca powiązała je z żądaniami słabych, jak w przypadku „nadania osłon socjalnych” (nie ma „nadań” dla przemysłu zbrojeniowego, są tylko „nabytki”, kontrakty na usługi, a czasami „subsydia”).

„Reforma” jest klasycznym przykładem rewizjonizmu językowego służącego możnym. Słowo określające początkowo instytucjonalne i polityczne zmiany mające na celu pomoc cierpiącym i słabym, teraz oznacza odejście od państwa opiekuńczego w stronę wolnego rynku, czyli pomoc dla ciemiężców i silnych. W orwellowskim przeinaczeniu, „reforma” (która uwalnia biednych od „nadań” i wpycha ich na rozchwiany przez Alana Greenspana rynek pracy) oznacza tyle, co „umocnienie silnych”.

Biorąc przykłady z prasy, przyjrzyjmy się niektórym sztuczkom słownym najemników władzy, występującym w mediach i akademickich think tankach.

Mruczenie

Słowa „mruczące” to te o ciepłym i pozytywnym zabarwieniu, które tworzą aurę przyzwoitości i cnotliwości. „Reforma”, „rozwaga”, „wybór”, „miejsca pracy”, „wzrost”, „modernizacja”, „elastyczność”, „analiza kosztów i zysków”, „bezpieczeństwo narodowe”, „stabilność” i „wydajność” to najważniejsze zwroty z tej kategorii. To „reformatorzy” mają zawsze „cierpliwość wystawianą na próbę”, a nie odwrotnie („Koszty pracy wystawiają cierpliwość US Airways na próbę” Financial Times [FT], 14 kwietnia 1997). Są oni zawsze umiarkowani, centrowi, odważni, śmiali i dumni. Leslie Gelb z New York Timesa [NYT], opisując Aspina, Solarz’a i Ala Gore’a, nazwała ich „odważnymi”, ponieważ nie zlękli się załamania kursu akcji i poparli decyzję Georga Busha o zbombardowaniu Iraku, zamiast doradzać mu mniej brutalny kierunek polityki (10 marca 1991). Tytuł w kwietniowym NYT z 1997 roku głosi „Dumny, ale osaczony. Mobutu pozostaje tylko nadzieja”. Mobutu jest jednym z największych współczesnych złodziei i łotrów, ale będąc wyniesionym do władzy przez CIA i ochranianym przez zachód aż do 1997 roku, wciąż zasługiwał na mruczące słowo „dumny”, którego gazeta nigdy nie zastosowałaby w stosunku do Kim Ir Sena czy Saddama Husajna.

Można wymienić sporą listę „mruczących” słów z projektów ustaw, zawsze układanych tak, aby przedstawiać cechy pozytywne, nawet, jeśli w istocie niosą za sobą ogromne cierpienie: „Ustawa o rozwoju rodziny” z New Jersey (pozbawiająca biednych prawa do zasiłku); „Ustawa przywracająca bezpieczeństwo narodowe” (większe marnotrawstwo pieniędzy); „Ustawa o pogodzeniu osobistej odpowiedzialności i możliwości pracy” (która zawiera 5 mruczących słów w klasycznym orwellowskim przykładzie nowomowy). Republikański badacz opinii Frank Lunt szczegółowo zbadał „wydźwięk” słów, gdy doradzał Gingrichowi i spółce w doborze języka przy „Umowie z (sic!) Ameryką”. Zgadzał się z ideą, że „mruczące” słowa są skuteczne nawet wtedy, gdy mylnie przedstawiają cel. Dzięki temu stworzył arcydzieło wprowadzania w błąd, czyli „Ustawę o kreowaniu miejsc pracy i poprawie zarobków”, której głównym celem były sporych rozmiarów cięcia w podatku od dochodów kapitałowych.

Użycie słowa „elastyczność” w artykule „Demokraci okazują elastyczność przy cięciu podatku od dochodów kapitałowych” (NYT, 23 lutego 1997) ilustruje, jak użycie wyrazów i konstrukcja tekstu są zespolone: „elastyczność” daje nam pozytywny wydźwięk i milczącą aprobatę wewnątrz konstrukcji podkreślającej polityczny kompromis. Gazeta mogła użyć takich słów jak „poddawać się” lub „słabnąć” i przedstawić temat jako pogodzenie się Demokratów z dalszymi wstecznymi zmianami w strukturze podatków.

Dla New York Timesa rzecznicy przemysłu zbrojeniowego, jak Sam Nunn, Henry Jackson (senator z Boeinga) i emerytowany republikański senator Alan Simpson są „umiarkowani” i automatycznie zasługują na słowa wyrażające poparcie – artykuł Claudii Dreifus o Simpsonie jest zatytułowany „Wyjście rozsądnej prawicy” (2 czerwca 1996), a w wywiadzie autorka nie przerywając Simpsonowi, pozwala mu na usprawiedliwienie „szorstkiego” potraktowania Anity Hill i oskarżanie Petera Arneta o zdradę za relacje z Zatoki Perskiej. Kolumna przygotowana przez Barbarę Crossette na temat Jeane Kirkpatrick była zatytułowana „Wojowniczka, matka, ekspert, zagadka” (NYT, 17 sierpnia 1994). Kirkpatrick zapisała się w pamięci jako „ekspert” głównie za pogląd, że reżimy totalitarne, takie jak blok Sowiecki, nigdy nie będą mogły się otworzyć; jako humanistka była chyba najbardziej znana z zarzucania czterem amerykańskim zakonnicom, zgwałconym i zamordowanym w Salwadorze w 1980 roku, że same się o to prosiły.

Dla New York Timesa świat Arabski jest „podzielony na stosunkowo umiarkowany, prozachodni obóz pod przywództwem Egiptu i skrajnie nacjonalistyczną, antyzachodnią koalicję państw zgromadzonych wokół Iranu..”. (12 sierpnia 1990). Umiarkowanie i prozachodniość są synonimami i źródłem „stabilności”, tak jak w artykule „W niełatwych czasach książę Arabii gwarantuje nadzieję na stabilność” (19 stycznia 1996). Prozachodni, umiarkowani politycy, jak książę Arabii Saudyjskiej lub Suharto, nigdy nie są „dyktatorami” czy „tyranami” jak, Fidel Castro, a jeśli nawet nie są wyraźnie określeni jako umiarkowani, poparcie jest wyrażone poprzez odniesienie do ich osiągnięć we wspieraniu „wzrostu” gospodarczego – na przykład, jak w przypadku Suharto, „nawet jego krytycy [bez sprecyzowania] przyznają, że doprowadził do wzrostu [gospodarczego – tłum.] i dobrobytu w tym 190­‑cio milionowym kraju” (NYT, 28 lipca 1996).

Umiarkowany program to taki, który został uznany przez zachodni establishment, bez względu na to, jaki jest jego wpływ na społeczeństwo, tak jak w tym przypadku: „Jose Maria Aznar został premierem [Hiszpanii] w oparciu o umiarkowany program, obiecując konsekwencję w doprowadzeniu spraw gospodarczych do porządku” (Philadelphia Inquirer, 5 kwietnia 1996). Jak pisałem wcześniej, ci którzy wdrażają uznane programy, są określani innymi mruczącymi słowami – są śmiali, odważni, pracują „cicho” (Thomas Friedman, „Cicha rewolucja w Meksyku” NYT, 17 grudnia 1995), a nigdy głośno czy lekkomyślnie. Mruczące słowa często nie tylko wyrażają poparcie, ale także wprowadzają w błąd, co do istoty rzeczy. Tak więc James Sterngold pisze, że „NAFTA to przede wszystkim wydajność korporacji” (NYT, 9 października 1995), co jest kompletną nieprawdą – to przede wszystkim siła korporacji w dogadywaniu się, ich prawo do inwestowania za granicą i tak dalej. Jeśli „umiarkowani” piewcy neoliberalizmu czynią to z pogwałceniem obietnic wyborczych, to już samo to jest w oczach większości mediów zachodnich odważne i zasługujące na pochwałę. Politycy muszą „trzymać się kursu” i unikać „ulegania panice” (czytaj: robienia tego, czego chce elektorat; komentarz redakcyjny zatytułowany „Dlaczego Polska nie może się cofnąć”, NYT 26 października 1991), co uwidacznia zwycięstwo klasowej stronniczości mediów nad ich nominalnym poświęceniem się procesom demokratycznym.

Warczenie

Słowa „warczące” to te, które wywołują negatywne reakcje oraz uczucie złości i odrzucenia, jak „ekstremista”, „terrorysta”, „dyktator”, „podległość”, „zapomoga”, „lekkomyślny”, „wyrzutek” i samo „warczenie”. Umiarkowani nigdy nie „warczą”, ani nie mogą być wyrzutkami, terrorystami, dyktatorami czy być lekkomyślni. Instytucje establishmentu, jak Pentagon czy wielkie korporacje, nie cierpią z powodu „uzależnieniu [od dotacji – tłum.]” i nie otrzymują „zapomóg”. „Marnotrawstwo” tkwi w wydatkach socjalnych, tak więc likwidatorzy państwa opiekuńczego utrzymują, że to właśnie je muszą wyeliminować z budżetu (podobnie jak „zależność” i niemoralność). Mogą liczyć na głównonurtowe media, które nie będą czyniły porównań wydatków budżetu wojskowego i socjalnego.

Fidel Castro kieruje „przestarzałym państwem policyjnym” (NYT, 8 marca 1990). Leslie Gelb mówi o „okrutnym dyktatorze” Korei Północnej w artykule zatytułowanym „Kolejne państwo­‑wyrzutek” (NYT, 10 kwietnia 1991). Nie ma „przestarzałego państwa policyjnego” lub „okrutnego dyktatora”, nie mówiąc już o wyrzutkach, pośród krajów „zaangażowanych w handel”. New York Times nigdy nie użył określenia „okrutny dyktator”, aby opisać Pinocheta lub argentyńskich generałów z lat 1976­‑1983, którzy według argentyńskiej komisji prawdy, zaprowadzili w kraju terror „nieskończenie gorszy” niż to, z czym rzekomo walczyli.

[…]

Ucieranie nosa

Chodzi tu o mniej agresywne, lecz oczerniające wyrazy, które raczej karcą niż warczą. Lewicowcy są „hałaśliwi” („Lewica południowo­‑amerykańska hałaśliwie powraca” The Wall Street Journall [WSJ], 2 stycznia 1997), podczas gdy dążący do osiągnięcia neoliberalnych celów Zedillo jest „cichy”. Lewicowcy są ofiarami dogmatów („Niemieckie związki odrzucają lewicowe dogmaty” Financial Times [FT], 16­‑17 października 1996), podczas gdy neoliberałowie okazują odwagę i realizm w realizowaniu tego, co w domyśle stanowi najważniejsze cele. Kiedy lewicowcy nie hałasują, tylko dostrzegają trudności i potrzebę dostosowania, są „przywoływani do porządku” („Przywołana do porządku lewica latynoamerykańska pokłada nadzieję w głosowaniu” NYT, 29 czerwca 1996). O tym, że może być przywoływana do porządku przez systematyczny terror państwowy i dziesiątkowanie jej szeregów, nie koniecznie trzeba wspominać.

Umniejszanie roli przemocy

„Reformy” ekonomiczne są „trudne” i hartują („Trudne reformy przynoszą nagrody”, FT, 16 grudnia 1996; Południowi Amerykanie są „Zahartowani doświadczeniem” FT, 10 lutego 1997). Nasi zagraniczni menadżerowie terroru są „bezkompromisowi” („Bezkompromisowy facet od łacińskiej roboty [Elliot Abrams], NYT, 1 maja 1985), a przywódcy państw­‑klientów, którzy zabijają i torturują, to nie bezlitośni mordercy, ale „bezkompromisowe” (Argentyński generał Robert Viola, NYT, 6 października 1980), lub przynajmniej „silne” osoby (izraelski generał Ariel Sharon, NYT, 11 lutego 1983). Ich masakry sprowadzają się do użycia „niewspółmiernej” siły („UE krytykuje Izrael za użycie niewspółmiernej [do zagrożenia – tłum.] siły” FT, 2 października 1996) lub „represji” („Clinton wyraził zaniepokojenie represyjnymi działaniami Indonezyjczyków w Timorze Wschodnim” NYT, 10 marca 1995); ich tortury to „siła fizyczna” („Izrael dopuszcza użycie siły fizycznej przy przesłuchiwaniu Arabów” NYT, 16 listopada 1996) lub „ostre przesłuchiwanie” (NYT, 17 listopada 1994). Po każdej inwazji Izraela na Liban – określanej mianem „najazdu” – NYT odwraca uwagę od zabitych, rannych i pozbawionych własności ofiar w stronę „nowych możliwości” dla dyplomacji („Szok wojny stwarza nowe możliwości dla dyplomacji” 11 lipca 1982; „USA dostrzegają możliwości i zagrożenia na Bliskim Wschodzie po wojnie z Libanem” 31 października 1982).

W 1982 roku delegacja USA przywiozła do kraju nikaraguańskiego oficera schwytanego, jak podano, w Salwadorze, który „zeznał”, że Nikaragua i Kuba wspierają salwadorskich rebeliantów. Na konferencji prasowej w Waszyngtonie oznajmił on, że jego zeznania zostały wymuszone torturami. Opisujący to New York Times zatytułował artykuł „Opowieść nawróconego: lekcja pokory dla USA” (2 kwietnia 1982). Użycie słowa „pokora” pozwoliło skierować artykuł w stronę oficjalnego zażenowania Stanów porażką we właściwym ocenieniu przenikliwości Nikaraguańczyków i ich umiejętności w „zwodzeniu” nas, odsuwając zainteresowanie od faktu, że nasze państwa satelickie torturują. Ten rodzaj sztuczki pozwala wyjaśnić, dlaczego tortury zostały tak łatwo zinstytucjonalizowane na obszarach wpływów USA. Powinniśmy być „pokorni”, oczekując odpłaty za tortury.

Ukrywanie przyzwolenia dla terroru państw klientów

Kluczowe zwroty pełniące tą funkcję to „cicha dyplomacja”, „polityka handlowa” i „konstruktywne zaangażowanie”, które sugerują, że przyzwalająca administracja naprawdę twardo walczy o prawa człowieka, zamiast wiązać owe przyzwalanie z tym, że ta walka o prawa człowieka to jedynie public relations.

„Rozdzielamy” handel i prawa człowieka, dając do zrozumienia, że traktujemy je osobno, a nie, że zajmujemy się tym pierwszym i pomijamy to drugie. W przypadku ważnych z handlowego punktu widzenia państw satelickich można zauważyć, jak często stosunki z nimi są „złożone”, a negocjacje „wymagające delikatności” („Stosunki Ameryki z Arabią Saudyjską są złożone i wymagające delikatności..”. NYT, 29 stycznia 1997), w przeciwieństwie do kontaktów powiedzmy z Kubą, gdzie słowa i działania mogą być szorstkie. Ten język ukrywa fakt, że interes materialny zmusza nas do przyzwalania, a nawet agresywnej obrony reżimów, które w rażący sposób odmawiają poszanowania podstawowych praw swojej ludności.

Ułatwianie insynuacji

Słowa i zwroty, takie jak „powiązany”, „uważa się” oraz „urzędnicy twierdzą”, pozwalają na prezentowanie koneksji i działań bez wiarygodnych dowodów. Tytuł „W kwestii wybuchu w Arabii podejrzewa się powiązania z Iranem” (Philadelphia Inquirer, 3 sierpnia 1996) przedstawia ważny tryb rozpowszechniania propagandy; im bardziej zarzuty pasują do istniejących uprzedzeń, tym łatwiej jest je rozpowszechniać bez podparcia dowodami. Tylko najsilniejsi mogą grać w tę grę na tych samych zasadach.

Sposób, w jaki ujawnia się stronniczość systemu można zauważyć porównując artykuły „Kilka powiązań w sprawie podpalenia kościoła; Władze podejrzewają rasizm, ale nie ma śladów spisku” (NYT, 22 maja 1996) Erica Schmitta i „Sprawa Unabombera jest powiązana z rozruchami antywojennymi na kampusach w latach sześćdziesiątych” (NYT, 1 czerwca 1996) Williama Broada. New York Times zawsze z wrogością traktował opozycję z lat sześćdziesiątych, więc Broad „powiązał” oskarżonego Unabombera Teodora Kaczynskiego z ruchem antywojennym, ponieważ niektórzy jego nauczyciele i koledzy sprzeciwiali się wojnie wietnamskiej, zalecając pokojowy opór. Sam Broad przyznaje, że „wszyscy mówią, że [Kaczynski – tłum] był obojętny na niepokoje antywojenne”.

Broad mógł „powiązać” akty przemocy Kaczynskiego z wojną samą w sobie, która była źródłem pokojowych protestów, z którymi „wiąże” Kaczynskiego. Broad mógł też powiedzieć, że nie ma dowodów łączących Kaczynskiego z jakąkolwiek grupą popierającą przemoc, ale to by uniemożliwiło zrobienie użytku z ledwo zauważalnej okazji ponownego dokopania ruchowi antywojennemu lat sześćdziesiątych. W przypadku zamachów na kościoły, NYT wybrał możliwość zbagatelizowania prawdopodobnych powiązań. Z tytułu przytoczonego powyżej wynika, że gazeta mogła „powiązać” zamachy na kościoły z rasizmem, ale wolała zaprzeczyć możliwości „spisku”. To sprawia, że zamachy wyglądają mniej złowróżbnie i niszczycielsko niż gdyby były z czymś „powiązane”. Zamachy na murzyńskie kościoły nie dają gazecie takich możliwości powiązań, jakie chętnie uczyniła w przypadku Unabombera.

Personifikacja i używanie uogólnień

Personifikacja grup i narodów oraz używanie uogólnień to inne wybiegi powszechnie stosowane w celu poparcia swoich tez bez przytaczania dowodów. Użycie „Brazylii” w „Wiara w reformy podtrzymuje Brazylię” (FT, 24 lutego 1997) jest w całości oparte na poglądzie wyrażanym przez bankierów i finansistów, którzy stanowią mniej niż 1/4 procenta Brazylijczyków.

Klasykiem gatunku jest „Niespokojna Azja obawia się atomowej Korei Północnej” (NYT, 7 kwietnia 1991) Davida Sangera; uogólnienie na całą Azję opierało się na wypowiedziach trzech osób, w tym dwóch z kręgów rządowych (z Japonii i Korei Południowej). „Obniżanie podatków, którego Ameryka nie może zaprzestać” (NYT, 8 października 1989) Davida Rosenbauma ilustruje użycie uogólnienia w celu zagmatwania tematu. Twierdzi on, że wśród Amerykanów ma miejsce ogólne poczucie zbytniego obciążenia podatkami, ale nie zwraca uwagi na klasowe różnice w postrzeganiu poszczególnych progów. Możliwe jest, że zwykli Amerykanie czują się nadmiernie obciążeni podatkami, ale chętnie zaakceptowaliby wyższe podatki dla zamożnych i korporacji. „Ameryka” nie może zaprzestać obniżania podatków, ponieważ zwykli obywatele mają niewielki wpływ na tworzenie polityki wewnętrznej. Rosenbaum skutecznie zaciemnia te okoliczności, używając „Amerykanów” po swojemu.

Fałszywe przypisywanie szlachetnych pobudek

Obecnie moimi ulubieńcami są słowa „ryzyko” oraz „obstawianie”. Stosowane są one obecnie w odniesieniu do obrzydliwej „reformy” ustawy o zasiłkach z sierpnia 1996. Philadelphia Inquirer zapewnia, że „Kongres i Clinton obstawiają, że wielu biednych Amerykanów nie będzie potrzebować asekuracji by stanąć na nogach” (4 sierpnia 1996). New York Times pisał o „obstawianiu” w komentarzu redakcyjnym, a jego główny ekonomista, Peter Passell, cytował analityka think tanku pisząc, że ustawa „ryzykowała”, że ludzie pozbawieni zasiłku mogą nie znaleźć pracy (8 sierpnia 1996). Użycie tych słów sugeruje, że Clay Shaw, Gingrich, McIntosh i Clinton naprawdę przejmują się tymi biednymi ludźmi wypychanymi na ulice i że niewątpliwie, w swych humanitarnych obliczeniach, rozważyli wszystkie za i przeciw. To usprawiedliwiająca bzdura. Ci politycy nie podejmowali żadnego ryzyka i niczego nie obstawiali; byli kompletnie obojętni, jeśli nie zadowoleni z bólu, który stanie się udziałem ich ofiar. Zakładać, że nasz kraj ma dobre intencje, nawet wtedy, gdy pustoszy własne podwórko lub inne części świata (na przykład Zatokę Perską lub Indochiny), to standardowa praktyka mediów. To my zawsze zabiegamy o „demokrację” i odpieramy obcą agresję, a sami nigdy jej nie popełniamy. Nawet gdy niszczymy demokrację, jak w Gwatemali w 1954, nasze media głównego nurtu solidarnie znajdują usprawiedliwienie w „zagrożeniu komunizmem”, które było całkowicie zmyślone (aczkolwiek przyswojone na własny użytek) i ukrywało dążenie do zabezpieczenia interesu United Fruits i uwolnienia się od reformatorskiego przywódcy, który nie chciał przyjmować naszych rozkazów. Moc medialnej racjonalizacji agresji USA osiągnęła maksimum podczas wojny w Wietnamie, kiedy (pomimo polegania wyłącznie na sile oraz uznania, że nasi agenci nie mogą politycznie konkurować z „wrogiem”), według klasycznego apologetyka Jamesa Restona, byliśmy w tam po to, by ustanowić zasadę, że „żadne państwo nie powinno używać siły militarnej lub jej groźby, dla osiągnięcia swoich celów” (26 lutego 1965).

Krycie zleceniodawców

Tam gdzie my lub nasi sojusznicy dokonali okropieństw, następuje odwołanie się do strony biernej i innych sposobów krycia zleceniodawców. Stąd nagłówek artykułu o zakończeniu wojny domowej w Gwatemali w NYT (30 grudnia 1996) brzmi: „Po tym jak zginęło 100 tys. ludzi, ceremonia zawarcia rozejmu jest bardziej poważna niż uroczysta”. Dla ścisłości, zginęło więcej niż 100 tys., ale proszę zauważyć, że nie wspomniano, kto praktycznie dokonał wszystkich tych pogromów, ani który rząd zamienił w 1954 roku wybrany w wyborach rząd nie dokonujący morderstw na reżim terroru, którego przemoc należy już do historii. Informując o Indonezji, NYT także ma problem ze zidentyfikowaniem zleceniodawcy: „Przypuszczalnie ponad 500 tys. Indonezyjczyków zginęło w czystkach dokonanych na lewicy w 1965 roku, roku kiedy pan Suharto doszedł do władzy” (8 kwietnia 1997). Dokładnie rzecz biorąc „czystki” wykroczyły daleko poza „lewicę” i objęły kilkaset tysięcy chłopów. Nie ma wątpliwości, kto ich dokonał i która potężna siła popierająca je pisała o „przebłysku światła w Azji” (James Reston, NYT, 19 czerwca 1966).

To tylko niektóre tryby posługiwania się słowami w służbie propagandy. W wielu przypadkach proces ten wymaga przesunięcia znaczenia i konotacji wyrazów w materiałach źródłowych. Jednak media utrzymują, że szukają prawdy i służą publicznemu (nie korporacyjnemu czy elitarnemu) interesowi. Powinien być to standard, w odniesieniu do którego rozwijamy i krytykujemy je, zmniejszając tym samym ogromną otchłań pomiędzy głoszonymi przez nie ideałami a stanem faktycznym.

Przełożył Bartosz Łabuda

Edward S. Herman – dziennikarz, publicysta, nauczyciel akademicki. Zajmuje się głównie problematyką cywilizacyjną, kwestiami modernizacji, ekologii i rewolucji cyfrowej. Publikuje między innymi w „Polityce”, „Res Publice Nowej”, „Przeglądzie Politycznym”, „Krytyce Politycznej” i „Dzienniku Opinii”.