Magia imion

Katarzy Hordejuk
20.07.2007

Słysząc nazwisko William Jefferson Blythe III niewiele osób rozpozna w nim 42 prezydenta USA czyli… Billa Clintona. W 1961 przyszły Demokrata przyjął nazwisko swojego ojczyma, sprzedawcy samochodów, a potem konsekwentnie używał zdrobnienia swojego imienia skutecznie roztaczając wokół siebie aurę familiarity i skracając dystans dzielący go od wyborcy.

W języku polskim szereg oficjalnych imion wygląda na zdrobnienia. Leszek, dla przykładu, to staropolskie zdrobnienie od Lecha, które funkcjonuje obecnie także jako samodzielne imię. Mimo to niektórzy sądzą, iż Leszek Miller przyjął taktykę Clintona by zjednać sobie głosy wyborców. Poparcie dla bohatera najnowszej komedii Stanisława Tyma, Ryszarda Ochódzkiego, spece od kampanii prezydenckiej chcieli zapewnić, między innymi, poprzez nazywanie go „Rysiem”. Brzmi to bardzo swojsko, kojarzy się od razu z osobą nam znaną, bliską, z którą jesteśmy „na Ty”. Ciekawy jest także casus byłego szefa MON, Radka Sikorskiego, który wiele lat spędził w krajach anglosaskich i zapewne dla wygody zaczął posługiwać się zdrobnieniem, gdyż wymówienie imienia „Radosław” wymagałoby od obcokrajowca zdecydowanie większej gimnastyki języka. W polskim showbiznesie również bardzo popularne jest posługiwanie się zdrobnieniem imienia (na przykład Kasia Kowalska, Ania Dąbrowska, Kazik), ponieważ pełne imię brzmi zbyt poważnie, oficjalnie i wcale nie kojarzy się z przemysłem rozrywkowym. Szczególnie interesujący jest przypadek Szcześniaka, który jako młody dobrze zapowiadający się piosenkarz używał pełnego imienia Mieczysław, by z czasem (wiekiem?), przejść na Mietek czy ostatnio Miecz (co zdaje się nieświadomie wykorzystali twórcy reklamy jednej z sieci telefonii komórkowej w haśle „Wielka Wyprz”).

Wyżej wymienione przypadki, to świadomy wybór danej osoby, które uznały, że będąc „Asią” czy „Józiem” łatwiej „trafią” do opinii publicznej. Osobną kwestią jest zwracanie się do kogoś po imieniu. Formy Pan / Pani powoli odchodzą w zapomnienie a związanie jest to z wpływem języków obcych, głównie angielskiego, gdzie formy te nie występują. Swoistą modę na fraternizację można zaobserwować w biznesie i mediach, gdzie normą powoli staje się by do przełożonych czy słuchaczy zwracać się używając „Powiedz mi Kasiu…”.. Zwyczaj zwracania się do kogoś per „Ty” zdecydowanie szybciej przyjmuje się w dużych firmach, gdzie pracuje wielu młodych ludzi. Polacy uchodzą za konserwatystów i ciągle zwracanie się po imieniu wyraża bliską relację z daną osobą. Gdy ktoś bez uzyskania zgody zwraca się do nas po imieniu, odczuwamy dyskomfort, jest nam niezręcznie.

Z tej przyczyny mówienie o kimś używając imienia, często dodatkowo zdrobnionego lub spieszczonego może wyrażać upokarzającą protekcjonalność czy nieuprawnione spoufalanie się, lub mieć charakter prześmiewczy a na celu deprecjację na przykład przeciwnika politycznego. Imiona (lub nazwiska) występują często w funkcji przezwisk czy etykietek. W takiej sytuacji charakterystyczne jest dla nich to, że mają zabarwienie negatywne, ironiczne lub ludyczne. Mogą określać cechy fizyczne czy charakterologiczne danej osoby. I tak, w programach satyrycznych, w felietonach, etc. od lat używane są nazwy osobowe typu Olek, Kwach (o prezydencie Kwaśniewskim) czy Maryjan, Krzak (o Marianie Krzaklewskim). Nadawca tworzy ironiczno­‑zabawowy obraz konkretnej osoby w świadomości odbiorcy, a także „puszcza oko”, czyli dąży do porozumienia intelektualnego i politycznego z tymże odbiorcą.

Konwencja zabawy z nazwą osobową charakterystyczna jest dla przekazów nieoficjalnych. Trudno jest sobie wyobrazić by w oficjalnym komunikacie Waldemar Pawlak mógł być nazwany Waldim. Chociaż…. Ostatnio coraz częściej poważni publicyści, komentatorzy, dziennikarze, naukowcy itp. w miejsce Fidela Castro mówią i piszą Fidel, a miast Saddam Husajn pojawia się Saddam. Ciekawe jest to, że jedynie z niektórymi osobami jest się „na Ty”. Czy dziennikarz programu informacyjnego może zwracać się do głowy państwa per Fidel, ponieważ w opinii tej stacji jest to tzw. bad guy? Pozory obiektywności opadają. A czy możliwe jest by w tym samym programie mówić o Hitlerze używając Adolf, Adolf, Adolf? O prezydencie Kaczyńskim per Lech? O Prezydencie USA – Dubja? Czy można opowiadać o wizytach Putina mówiąc, że Wladimir przybył tu i wygłosił przemówienie tam? I zdawać relacje z nastrojów w społecznych w ojczyźnie Pinocheta po jego śmierci mówiąc o nim Augusto?

Język używany w mediach jest często naśladowany przez odbiorców, którzy zakładają, że to, co usłyszą w radio czy w telewizji lub przeczytają w gazecie jest najzupełniej poprawne i na miejscu. Media wytwarzają wokół siebie aurę pozornej obiektywności, lecz informowanie o poczynaniach jakiejś osoby publicznej, używając jedynie jej imienia, trąci wartościowaniem. Poza tym, zabiegi tego typu są jednak zarezerwowane dla przekazów nieoficjalnych. Oczywiście, niektórzy mogą uważać mówienie o Osamie za obronę przeciw powtarzalności, skostnieniu i automatyzacji oficjalnego języka. Jednak wielokrotne przytaczanie imienia Andrew może wyprzeć i zastąpić w świadomości odbiorcy Andrzeja Leppera. Fraternizacja jednym służy lepiej, a innych po prostu skutecznie ośmiesza. I chyba tak się stało, celowo lub nieświadomie, przynajmniej w przypadku niektórych osób publicznych.