O kontrkulturę – tu i teraz

Elżbieta Janicka
29.11.2016
Od redakcji:
Publikujemy nieznacznie rozszerzony tekst wystąpienia Elżbiety Janickiej, wygłoszonego podczas Nadzwyczajnego Zjazdu Etnologów i Antropologów Polskich „Antropologia przeciw dyskryminacji”. Zjazd ten, zorganizowany przez Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, odbył się w Teatrze Polskim w Poznaniu 23 listopada 2016 roku.

Ćwierćwiecze niepodległej Rzeczypospolitej Polskiej kończy się upadkiem liberalnej demokracji i katastrofą humanitarną, jaką jest nieobecność w Polsce uchodźców. Kraju nie napadł wróg z zewnątrz. Liberalna demokracja przegrywa – jeśli już nie przegrała – z kulturą dominującą, która przez lata osłabiała, aż unieszkodliwiła porządek formalno­‑prawny. Miało tutaj miejsce zderzenie cywilizacji.

Nad liberalną demokracją zatriumfowała wspólnotowa rama społeczno­‑kulturowa, na którą składają się: doksa etniczno­‑religijna i doksa antykomunistyczna, przy czym komunizm nie jest tutaj kategorią empiryczno­‑deskryptywną, lecz pojemnym workiem na śmieci, w którym lądują bez różnicy idee emancypacyjne i najgorsze zbrodnie. Oba paradygmaty zachodzą zresztą na siebie, oba są potencjalnie – jeśli nie strukturalnie – podszyte antysemityzmem. Wespół wytworzyły aurę bezalternatywności, która skutkuje i mentalnym, i emocjonalnym ubezwłasnowolnieniem. Przykładem obrończynie i obrońcy demokracji, którzy ścigają się na patriotyzm z ONR­‑em, dowodząc z pozycji sublokatorsko­‑aspirującej, że – „przecież” – Żołnierze Wyklęci i Roman Dmowski to „także nasi bohaterowie”. Z opozycją pozaparlamentarną jest niewiele lepiej.

Zgoda na takie zdefiniowanie rzeczy wspólnej (gdzie rzecz wspólna to res publica) łączy pokolenia, klasy społeczne, ludzi niemal wszelkich orientacji politycznych. Nie widać tutaj zatem nie tylko polaryzacji, ale wręcz nie widać nawet pluralizmu. W tym języku wyraża się również sprzeciw wobec skutków neoliberalnej postaci kapitalizmu. W rezultacie zamiast spójności społecznej mamy spójność narodową, której wzorcotwórcza awangarda woła krwi: „Śmierć wrogom Ojczyzny” – ze wskazaniem: „Wisieć będą syjoniści”, wymiennie z „lewactwem”. I ma to miejsce także w obecności najwyższych władz państwowych.

Nad liberalną demokracją wzięły w Polsce górę patriotyzm i tożsamość narodowa. Nic o nich nie ma w konstytucji. Nie należą też do porządku aksjologicznego. Tymczasem przedstawia się je jako należące do sfery aksjologii i lokuje na szczycie hierarchii wartości. Następnie zaś używa się ich w charakterze knebla i maczugi wobec społeczno­‑kulturowych dewiantów (w rozumieniu Goffmanowskim), którzy tym samym „awansują” do rangi dewiantów moralnych. W tej sytuacji dyskryminacja nie wyraża patologii, lecz normę społeczną, jest stanem pożądanym i moralnie prawomocnym.

Jak do tego doszło? Otóż dowartościowanie kulturowych źródeł i wzorów dyskryminacji trwa w Polsce nieprzerwanie zarówno w dziedzinie edukacji, jak i polityki historycznej państwa polskiego, i uległo znacznemu wzmożeniu po akcesji do Unii Europejskiej, zwłaszcza po roku 2005.

Zlikwidowana przez Romana Giertycha od razu, w zarodku, edukacja antydyskryminacyjna nigdy nie została w Polsce wprowadzona jako rozwiązanie systemowe. I nikomu nie przeszkadza, że ten stan rzeczy jest sprzeczny z Konstytucją (art. 32) oraz międzynarodowymi zobowiązaniami państwa. Zamiast tego prowadzona jest edukacja, którą można nazwać prodyskryminacyjną. Tak na poziomie języka, jak i na poziomie treści kształtuje ona postawy – i w konsekwencji zachowania – autorytarne, hierarchiczno­‑kolektywistyczne, przemocowe. Edukację publiczną skrojoną na miarę Polski dla Polaków wzmacnia dodatkowo kult przemocy, wojny, śmierci – w tym także śmierci dzieci męczenników. Obrona Terytorialna nie wzięła się znikąd. Klasy mundurowe z całym towarzyszącym im etosem istnieją w szkołach od dawna. Sprawy zaszły tak daleko, że dziś potrzebna jest już nie tyle edukacja, ile reedukacja. I resocjalizacja.

Problem nie tkwi w patologicznym marginesie, lecz w centrum kultury. Nie w tym, co uznaje ona za haniebne, lecz w tym, co uznaje ona za chwalebne. Począwszy od nazwania III RP symboliczną kontynuacją II RP i ustanowienia święta 11 listopada. Podobnie inne mity założycielskie obecnego państwa nie wytrzymują konfrontacji z duchem i literą praw mniejszości. Na przykład mit polskiego państwa podziemnego, tego prototypu Polski dla Polaków (co wyraźnie mówią historiografowie). A jak rozumieć rehabilitację powojennego zbrojnego podziemia niepodległościowego, której częścią stał się adres hołdowniczy z roku 2012, zakończony słowami: „Sejm Rzeczypospolitej Polskiej oświadcza, że Narodowe Siły Zbrojne dobrze zasłużyły się ojczyźnie”? Czym to się różni od afirmacji Zagłady? Ponieważ nic nie kompromituje tych wszystkich świętości bardziej niż nadal nie rozliczony polski kontekst Zagłady, trwa obecnie – jak wiemy – szczególnie zażarta walka nowej władzy z wiedzą na ten temat.

Obecny eksperyment ustrojowy przypomina rekonstrukcję historyczną lotu do Smoleńska z 10 kwietnia 2010 roku. Dlatego konieczny wydaje się wyraźny sprzeciw wobec szantażu patriotycznego, tożsamościowego, wizerunkowego i wyraźna opcja na rzecz oczywistości społeczno­‑kulturowej całkowicie innej niż obecna: liberalno­‑demokratycznej, egalitarnej, świeckiej i obywatelskiej. Dotychczasowe dwa wdrażane w Polsce warianty modernizacji – modernizacja bez emancypacji i modernizacja przeciw emancypacji – kosztowały już zbyt drogo. Pora na rewizję kultury i odrzucenie jej uświęconych, wykluczających wzorów. Może krucyfiks nie musi wisieć w sali plenarnej Sejmu? I może krzyż nie musi dominować nad polami prochów w Birkenau? Może pora na emancypację, za której sprawą większość dominująca wyemancypuje się od samej siebie, weźmie za siebie odpowiedzialność, zyska poczucie sprawczości i przestanie zagrażać innym oraz przy okazji samej sobie? Kultura polska – w szerokim rozumieniu słowa „kultura” – była dotąd kulturą bez kontrkultury. Być może zatem: na kontrkulturę właśnie pora.

Elżbieta Janicka – autorka ilustrowanego eseju Festung Warschau (2011) oraz pracy Przemoc filosemicka (2016, wraz z Tomaszem Żukowskim). Jej debiut książkowy to Sztuka czy naród? (2006), monografia twórczości Andrzeja Trzebińskiego, działacza Konfederacji Narodu dowodzonej przez Bolesława Piaseckiego (wojennego przedłużenia ONR Falanga). Bada wzory kultury, narracje oraz fantazmaty fundujące społeczno­‑kulturową prawomocność przemocy i wykluczenia. Pracuje w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk.