Płatne studia vs nie wiadomo kto

Mateusz Janik
20.10.2005

W sierpniu 2005 roku opublikowano Strategię rozwoju edukacji na lata 2007­‑2013. Dokument ten jest planem manewrów, jakie trzeba przeprowadzić w polskim szkolnictwie, aby Polska stała się gotowa do udziału w wielkiej ofensywie lizbońskiej. Ofensywa ta ma sprawić, że Unia Europejska wreszcie pokona złego hegemona i sama na swój koszt będzie mogła uprawiać imperialną politykę. W ramach rzeczonej strategii przewiduje się między innymi wprowadzenie opłat za studia dzienne na uczelniach państwowych. Idea jest prosta jak but. Płacą wszyscy. Ci, którzy teoretycznie nie mogą, otrzymują stypendia, dzięki czemu również płacą. Oczywiście nie mająca nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem opinia utrzymująca, że płatne studia będą trudniej dostępne dla tych, którzy nie mają za co płacić, a łatwiej dla tych, którzy mają, jest chorym wymysłem bolszewickich intelektualistów, którzy w skrytości ducha wciąż noszą żałobę po śmierci Stalina.

W październiku tego roku nieliczne grupki studentów i licealistów postanowiły wyrazić takie właśnie – ewidentnie zainspirowane naukami Lenina i Mao – wątpliwości. Obraz ich działań przypominał praktyki partyzanckie (używając militarnego nazewnictwa strategów z Ministerstwa Edukacji). Oto grupki złożone z kilkunastu osób wyszły niespodziewanie na ulice w Warszawie, Wrocławiu czy Krakowie. Uzbrojeni w symboliczne reprezentacje zamiarów MENiS­‑u (trumna z edukacją publiczną, szlaban z napisem „tylko dla bogatych” i tym podobne) rozdawali ulotki, zbierali podpisy pod petycją, jednym słowem prowadzili akcję informacyjną. Oczywiście liczono na coś więcej. Liczono na coś, co można nazwać „szerszym odzewem społecznym”. To znaczy na to, że młodzież, która okaże minimum zainteresowana tym, czy studia będą płatne, czy nie, i wyrazi swoje zdanie (niekoniecznie aprobatę, ale przynajmniej zajmie jakieś publiczne stanowisko). Ale się przeliczono. Jak zwykle zresztą. Nie pierwszy raz na manifestacje przybyli wyłącznie organizatorzy. Jednak to nie powinno dziwić. Zaskakujące jest to, że po raz pierwszy od dawna cała grupa społeczna olała z góry na dół protest przeciwko bezpośredniej ingerencji w swoje ekonomiczne interesy. Kiedy idzie o górników, pielęgniarki czy bezrobotnych, protesty niemal zawsze jeśli nie są wydarzeniem na skalę ogólnokrajową, to przynajmniej osiągają status takowych w obrębie regionu. Tym razem tak nie było – zbyto milczeniem propozycje bądź co bądź fundamentalnej zmiany w organizacji edukacji (dodajmy, że zmiany niezgodnej z konstytucją – tę jednak zawsze można zmienić, żaden problem). Zastanawiające, prawda?

Kim jest człowiek wykształcony? Oczywiście jest to człowiek, który radzi sobie na rynku pracy. Wie to każdy, kto ogląda wiadomości. Polscy studenci na tym rynku sobie nie radzą, a to oznacza, że są wykształceni źle. A są wykształceni źle, ponieważ stare, nieelastyczne uczelnie państwowe nie przygotowują ich do radzenia sobie. Uczelnie natomiast są nieelastyczne, bo są (po części) bezpłatne, nie podlegają więc w wystarczającym stopniu regułom wolnego rynku (które wszak wymagają elastyczności), nie są wystarczająco powiązane z gospodarką i z tego powodu nie kształcą młodych ludzi, jak należy. Wniosek nasuwa się sam: uczelnie państwowe powinny porzucić raz na zawsze jakieś dziwne dziewiętnastowieczne wyobrażenia o edukacji i skupić się na produkcji wykwalifikowanej siły roboczej. Płatne studia będą świetnym rozwiązaniem. Kierunki, które nie gwarantują zatrudnienia (wszyscy wiemy, które to), same odpadną w ewolucyjno­‑ekonomicznych zapasach, studiować będzie się tylko to, co daje gwarancję pracy (i oczywiście tylko po to). Silniejsze powiązanie uczelni z gospodarką wiąże się więc z zanikiem idei studiów zaangażowanych, w ramach których zdobywa się coś takiego jak świadomość i zdolność samodzielnego myślenia. Co prawda obie te właściwości są w dzisiejszych czasach świetnym dodatkiem do CV, więc sytuacja nie jest aż tak dramatyczna.

Wróćmy jednak do protestów. Dlaczego środowiska studenckie nie wykazały nawet cienia zainteresowania upublicznieniem projektu wprowadzenia opłat za studia? W odpowiedzi przytoczę taki oto obrazek, który jakiś czas temu ukazał się w Wiadomościach (TVP1): Małe dzieci w klasie rozmawiają o tym, kim chcą zostać w przyszłości. Mają po siedem – osiem lat. Głos prezenterki z offu opowiada o eksperymentalnym, obecnym od lat na „Zachodzie” projekcie, który właśnie wprowadzany jest w kilku polskich szkołach. Projekt polega na planowaniu kariery od najmłodszych lat. „Kariera” nie jest wulgaryzmem, więc prezenterka nie okazuje emocji. Na ścianach wiszą karteczki z napisami i obrazkami, które mają uzmysłowić dzieciom, że praca jest bardzo ważna. Pośród haseł w stylu „Tylko bolek leń nie nosi teczki” znajduje się również takie: „Co mnie nie zabije, czyni mnie silniejszym”. Jest to bodaj najsławniejszy cytat z Ecce Homo Fryderyka Nietzschego.

Nie tylko studia mają zapewnić pracę. Cały proces edukacji podporządkowuje się powoli temu celowi. Oczywiście jest to cel szczytny. Ale w świecie różnych wariacji na temat kapitalizmu jest to cel szczytny do tego stopnia, że edukacja traci wszystkie inne funkcje. Zatrudnienie staje się sensem i jedyną racją zdobywania wiedzy. Zatrudnienie, jak już wspomniano, wymaga elastyczności i dostosowania się do panujących warunków. Warunki te dyktuje oczywiście twarda rzeczywistość, a nie jakiś tam Krzysio czy Krysia, którzy w końcu muszą się za coś utrzymać. Ewentualne postawy obywatelskie są oczywiście mile widziane, ale jako prywatne hobby, a nie w sferze publicznej. Do tego dochodzi jeszcze trwająca właśnie kampania wyborcza, dzięki której dowiadujemy się, że potencjał zmian tkwi w kartach do głosowania. To, że cały proces kształcenia polega na dostosowaniu, jest zatem rekompensowane możliwością symbolicznego gestu wyboru. W końcu nie po to był okrągły stół, żeby teraz trzeba było wychodzić na ulicę.

Mateusz Janik - absolwent Instytutu Filozofii Uniwersytetu Wrocławskiego; doktorant w Szkole Nauk Społecznych przy Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk; członek redakcji „Recyklingu Idei”.