Krytyka i polityka

Czyli pułapki analizy niezaangażowanej

Tomasz Jarymowicz
04.02.2014
Od redakcji:
Niniejszy tekst jest polemiką z artykułem Joanny Mizielińskiej i Agaty Stasińskiej Od „wroga rodziny” do jednej z jej form: rodziny z wyboru we współczesnym polskim dyskursie prasowym, który ukazał się w numerze 8 czasopisma „InterAlia”.

W najnowszym numerze czasopisma naukowego „InterAlia”, które jest poświęcone studiom queer w Polsce i za granicą, ukazał się artykuł Joanny Mizielińskiej i Agaty Stasińskiej pod tytułem: Od „wroga rodziny” do jednej z jej form: Rodziny z wyboru we współczesnym polskim dyskursie prasowym1. Tekst ten został opublikowany w numerze tematycznym pod redakcją Katarzyny Michalczak, Marty Olasik i Agaty Stasińskiej. Niniejszy artykuł stanowi polemikę z normatywnymi założeniami oraz wnioskami tekstu Mizielińskiej i Stasińskiej.

Zarówno ze względów krytycznych, jak i politycznych istnieje ogromna potrzeba analizy dyskursu prasowego w Polsce nie tylko na temat rodzin z wyboru, ale także na temat rejestrowanych związków partnerskich. Dyskurs prasowy posługuje się wieloma rodzajami argumentów za i przeciw takim związkom, jest więc niezwykle istotne, aby móc skrytykować nie tylko te, które otwarcie sprzeciwiają się związkom partnerskim, ale także te, które rzekomo wspierają ideę związków partnerskich, choć faktycznie są antyliberalne.

Cele, które stawiają sobie same autorki w artykule, są zarówno krytyczne, jak i polityczne. Krytyczne polegają na zidentyfikowaniu oraz analizie argumentów przeciwko rodzinom z wyboru, polityczne natomiast wskazują na te argumenty, które sprzyjają idei jak największej inkluzywności w sferze publicznej. W swojej pracy pokażę, że autorkom nie udało się osiągnąć jednak ani jednych, ani drugich celów.

Czytając artykuł Mizielińskiej i Stasińskiej, przez cały czas zastanawiałem się, gdzie są jego autorki, bo chociaż tekst jest podpisany, w samym tekście niełatwo je znaleźć. Zapewne wynika to z metody, jaką wykorzystują one w swojej analizie dyskursu. Sam problem ich braku w tekście można dość łatwo rozwiązać i po prostu je tam znaleźć. Daleko ważniejsze są implikacje metody oraz usytuowanie autorek wobec przedmiotu badania, bo mają one wpływ na sposób analizy tekstów, rezultat badań oraz potencjał krytyczny i polityczny całego artykułu.

Celem tekstu Mizielińskiej i Stasińskiej jest „analiza dyskursu prasowego na temat rodzin z wyboru w Polsce”, a jedno z pytań badawczych brzmi: „Czy można zauważyć większą inkluzywność w sposobie definiowania rodziny w dyskursie publicznym?”2. Niestety, autorki nie podają normatywnej definicji inkluzywności ani rodziny, choć wydaje się, że sama inkluzywność jest jedyną wartością, jaką otwarcie doceniają. Rezultatem tego jest minimalizm normatywny, który polega na opowiedzeniu się za jak najszerszą inkluzwynością (bez granic), co jest jednak wątpliwe z powodów politycznych, krytycznych oraz normatywnych.

Mimo że autorki analizują dyskurs liberalny, same nie definiują, czym jest ta kategoria polityczna ani w rozumieniu modelu idealnego, ani jako modelu wyabstrahowanego z analizowanych tekstów. Zamiast tego przyjmują podział na media konserwatywne i liberalne według samoidentyfikacji omawianych źródeł. Jednocześnie można zauważyć, że Mizielińska i Stasińska posługują się w tekście własną definicją tego, czym jest liberalizm, przy czym niejasne są źródła tej definicji. Definicja ta jednak nie pochodzi, wbrew metodzie autorek, z analizowanych tekstów. Taki zabieg jest wątpliwy nie tylko z punktu widzenia metodologii, ale także umniejsza potencjał krytyczny samego tekstu.

Problemem jest także to, że choć autorki nie prezentują otwarcie własnej pozycji normatywnej, to jednak nie oznacza, że normatywizmu unikają. Jak zobaczymy, mają swój pogląd na to, czym jest rodzina („rodzina straciła swoją funkcję ekonomiczną”3) oraz czym powinny być związki partnerskie (Jeśli wyłączamy kwestie ekonomiczne z życia rodzinnego, to związki partnerskie mają funkcję jedynie symboliczną, co ma swoje przełożenie na ich uzasadnienie oraz kształt ustawy o związkach partnerskich). Nie wiadomo jednakże, skąd biorą się takie ustalenia oraz w jaki sposób można je uzasadnić.

Jak widać, cała moja analiza dotyczy pola, które określiły same autorki. Dzieje się tak dlatego, że moim celem nie jest krytyka analizy medioznawczej, której dokonały Mizielińska i Stasińska. Jako filozofa zajmującego się filozofią polityczną w jej normatywnej postaci interesują mnie raczej skutki normatywne i krytyczne takiej analizy oraz jej wpływ na spektrum argumentów, które możemy zaoferować w sferze publicznej dla poparcia idei związków partnerskich. Moim zdaniem, artykuł Mizielińskiej i Stasińskiej istotnie zawęża to spektrum i w dużej mierze cofa, a nie rozwija debatę. Poza tym można by mi zarzucić, że angażuję tak duży aparat pojęciowy do krytyki tekstu, który nie jest nawet filozoficzny. Część odpowiedzi udzieliłem, odpowiadając na pierwszą wątpliwość, artykuł Mizielińskiej i Stasińskiej jest artykułem naukowym i bierze udział w debacie publicznej, dlatego istotne jest pokazanie, że jest to artykuł szkodliwy, jeśli naszym celem jest emancypacja. Oprócz tego jako filozof zajmujący się teorią liberalną czuję się w obowiązku wyjaśnić nadużycia, których dopuściły się Mizielińska i Stasińska, pisząc o liberalizmie.

Moja analiza nie skupi się bezpośrednio na metodzie, którą posługują się autorki, choć można wskazać, że metoda, którą wybrały, critical discourse analysis, nie musi być aż tak wyczyszczona z normatywizmu w swoich analizach4. Dla mnie najważniejsze są skutki normatywne, krytyczne oraz polityczne takiej metody. Chciałbym także podkreślić, że niniejsza krytyka przeprowadzona zostanie z pozycji liberalnych, a dokładnie z pozycji teorii demokracji deliberatywnej. Moim celem nie jest systematyczna prezentacja zasad tej teorii, stanowi ona raczej normatywne tło mojej krytyki.

Normatywność i inkluzja

Większą część tekstu Mizielińskiej i Stasińskiej zajmuje analiza dyskursu na temat rejestrowanych związków partnerskich. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że to właśnie analiza dotycząca dyskursu na temat tych związków jest głównym tematem artykułu. Jak piszą same autorki, głównym celem artykułu jest „próba rozpoznania i zgłębienia, jak wygląda dyskurs prasowy wokół »rodzin z wyboru« w Polsce”5, przy czym nie definiują one wyraźnie, czym owe rodziny z wyboru są. Można jednak założyć, że w tym kontekście chodzi o nieformalne związki osób tej samej płci, które mogą mieć dzieci, lecz oczywiście nie muszą. Termin „rodzina z wyboru” funkcjonuje tutaj jako sposób samookreślenia się danej „konstelacji intymności”, która ma zapewnić „miłość, wsparcie czy też opiekę w chorobie”6. Z tego względu, że autorki nie prezentują żadnej normatywnej definicji „rodziny z wyboru”, możemy założyć, że jedynym kryterium bycia uznanym za taką rodzinę staje się samookreślenie się, co wydaje się spójne z jedynym kryterium normatywnym, jakie autorki przyjmują, czyli jak najszerszą inkluzywnością.

Problem polega na tym, że autorki posługują się taką inkluzywnością bez granic, analizując i komentując dyskurs dotyczący rejestrowanych związków partnerskich, co wpływa na sposób analizy oraz na rezultat badań. Można oczywiście mi zarzucić, że dyskurs o rodzinach z wyboru pojawił się przy okazji dyskusji na temat związków partnerskich, jednak nawet jeśli jest to prawdą, to należy odróżnić ideał pełnej inkluzywności od dyskusji na temat rejestrowanych związków partnerskich. Istnieje ku temu kilka powodów.

Po pierwsze, podobnie jak ideał zastąpienia tolerancji uznaniem, ideał pełnej inkluzywności jest normatywnie niewystarczający oraz nierealistyczny. Ideał ten przyjmuje, że uznanie jest przyznawane ludziom niejako automatycznie i w ostatecznym rozrachunku jest obojętne, co właściwie jest uznawane za rodzinę. Z tego względu jednak, że społeczeństwu nie jest obojętne, jak definiowana jest rodzina, jedynym sposobem na utrzymanie status quo (to jest uznanie nuklearnej rodziny za jedyny model rodzinności) jest przyzwalający model tolerancji, gdzie każda różnica zostanie relegowana do sfery prywatnej i poprzez to zdepolityzowana. Mizielińska i Stasińska wpisują się właśnie w ten model konserwatywny, ponieważ zamiast włączyć się do demokratycznej dyskusji na temat związków partnerskich i ich uregulowań, proponują inkluzywość bez granic, która jest koncepcją zdepolityzowaną i w rezultacie podtrzymuje status quo.

Po drugie, dyskusja w sferze publicznej na temat rejestrowanych związków partnerskich jest dyskusją polityczną, która z definicji dotyczy granic, podczas gdy, autorki widzą każdą dyskusję na temat granic inkluzji jako homofobiczną z definicji. Dyskurs publiczny w demokracji liberalnej jest narzędziem samostanowienia o sobie i każdy ma prawo wyrażać swoją opinię na temat stanowionego prawa tak, aby prawo i państwo mogło zachować swoją legitymację w oczach obywateli. W tym przypadku mamy do czynienia z dyskusją nie tylko na temat symbolicznego uznania związków partnerskich przez państwo, ale także na temat redystrybucji dochodu (na przykład ulgi podatkowe, opieka społeczna), co widać szczególnie w tekstach Joanny Solskiej i Witolda Gadomskiego7.

Autorki referują debatę, która odbyła się na łamach „Polityki” oraz „Gazety Wyborczej” i zwracają szczególną uwagę na kwestie dotyczące trwałości związków partnerskich, praw i obowiązków w takich związkach oraz na dyskusje na temat skutków ich finansowych dla państwa. Nie oceniają explicite wymienionych dyskusji jako homofobicznych, ale możemy założyć, że mają one być przykładem homofobicznego dyskursu, dotyczącego związków partnerskich (czy w ogóle rodzinności także?). Niestety, bez głębszej analizy tych przykładów, których w artykule Mizielińskiej i Stasińskiej nie ma, z przytoczonych fragmentów nie wynika jasno, że są to teksty homofobiczne8. Oczywiście mogą być, ale nie przez sam fakt, że dotyczą finansów czy praw i obowiązków wynikających z wstąpienia w związek partnerski. Innymi słowy, analiza tekstów powinna być także bardziej zniuansowana.

Zacznijmy od pierwszego przykładu, to jest analizowanego Roberta Mazurka i Kataryny9. Mizielińska i Stasińska podają ten tekst jako przykład homofobii10, która zrównuje związki partnerskie z brakiem odpowiedzialności. Z całego artykułu cytują dwa fragmenty: jeden na temat braku uwzględnienia w ustawie praw dzieci poczętych w związkach partnerskich oraz drugi dotyczący nierównowagi praw i obowiązków w takim związku, co można streścić hasłem „tylko prawa, zero obowiązków”11. Pierwszy fragment kwitują jedynie przymiotnikiem „ciekawe”, natomiast całą dyskusję sprowadzają do braku odpowiedzialności, która homofobicznie ma być przypisana związkom homoseksualnym. Istnieje jednak szereg problemów z taką analizą.

Po pierwsze, zarzut Kataryny i Mazurka o braku odpowiedzialności nie dotyczy jedynie związków homoseksualnych, lecz i heteroseksualnych, i homoseksualnych i, co jest charakterystyczne, wszystkie przykłady tej nieodpowiedzialności prezentowane przez Mazurka i Katarynę dotyczą związków heteroseksualnych. Po drugie, trudno mi zrozumieć, dlaczego autorki kwestię braku uregulowań w ustawie dotyczącej dzieci kwitują jedynie stwierdzeniem, że jest ciekawa. Kwestie dotyczące finansów, takie jak alimenty dla porzuconego partnera czy też uznania dzieci i obowiązku wypłaty ewentualnych alimentów na ich utrzymanie, są bardzo ważne i trudno się dziwić, że ich brak jest widziany przez stronę konserwatywną jako ten przysłowiowy brak odpowiedzialności. Autorki jednak mają tendencję do ignorowania sfery ekonomicznej związków partnerskich, a jakąkolwiek dyskusję na temat granic redystrybucji czy ram finansowych uznają za homofobię (zob. także moja analiza artykułów Gadomskiego i Solskiej). Po trzecie, Mizielińska i Stasińska ignorują całkowicie jedyny naprawdę homofobiczny argument, którym posługują się Mazurek i Kataryna – to jest argument z równi pochyłej, tutaj nazwany taktyką salami oraz taktyką wpychania stopy w drzwi. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że autorki nie mają narzędzi, żeby ocenić taki argument, ale o tym będę pisał bardziej szczegółowo w części, w której odnoszę się bezpośrednio do argumentów antyliberalnych w dyskursie o związkach partnerskich.

Następnie autorki analizują artykuły z „Polityki”, które mają być przykładem pomieszania dyskursu liberalnego i konserwatywnego. Przyjrzyjmy się najpierw tekstowi Martyny Bundy12. Dla autorek reprezentuje on wykluczenie rodziny z wyboru z pojęcia rodzinności: „Autorka wręcz autorytatywnie stwierdza, że związki partnerskie z samej istoty nie są i nie powinny być traktowane jak rodzina”13. Problem polega na tym, że Bunda w całym artykule używa pojęcia rodzina w sensie prawnym, instytucjonalnym, a autorki posługują się pojęciem rodziny, które jest maksymalnie inkluzywne. Z tego powodu każde ograniczenie definicji rodziny w tym wypadku do rodziny w sensie prawnym jest już postrzegane jako ruch homofobiczny. Cały tekst Bundy dotyczy różnicy między związkiem partnerskim i rodziną instytucjonalną oraz różnicami w prawach i obowiązkach między tymi dwoma zjawiskami społecznymi. Tekst ten jest analizą, czym może stać się związek partnerki, rozumiany jako instytucja uznana w ramach prawa rodzinnego. Bunda pisze, że „nawet gdyby partnerzy przepisali do swojej umowy o partnerstwo cały dział praw i obowiązków małżeńskich z kodeksu rodzinnego to i tak nie staną się rodziną w sensie prawnym” (moje podkreślenie).

Można się zastanawiać, dlaczego związek partnerski nie może stać się rodziną w sensie prawnym i czy to stwierdzenie nie pokazuje homofobi Bundy. Odpowiedź na to pytanie jest bardziej skomplikowana, niż autorki sugerują. Tekst Bundy nie jest po prostu tekstem homofobicznym tylko dlatego, autorka zastanawia się nad tym, czym związek partnerski może się stać w prawie polskim. Obecnie całe prawo rodzinne w Polsce jest zbudowane na heteronomie, to znaczy, że prawo rodzinne wspiera i daje pierwszeństwo więzom krwi. Na przykład, nawet gdy partner nas opuści, to według kodeksu rodzinnego obowiązek świadczenia alimentacyjnego spoczywa na naszych dzieciach i rodzicach w pierwszej kolejności, a nie na partnerze, natomiast w przypadku małżeństwa obowiązek ten spada na byłego małżonka. Żeby ten problem rozwiązać, potrzebna jest więc dyskusja na temat tego, jakie mają być różnice między związkiem partnerskim a małżeństwem, jeśli w ogóle mają być jakieś różnice, także jeśli chodzi o zakres odpowiedzialności za byłego partnera. Problem polega na tym, że zarówno Bunda, jak i analizowany przez Mizielińską i Stasińską tekst Ewy Winnickiej14 reifikują związek partnerski i wydaje im się, że wiedzą dokładnie, czym jest i czym stać się nie może. Bunda uważa, że „wtłaczanie” związków partnerskich jest sprzeczne z ich ideą, natomiast Winnicka uważa, nie wiadomo dlaczego, że „istotą związku partnerskiego jest przekonanie, że człowiek ma prawo żyć kolejno z wieloma partnerami, a dziecko może być wychowywane przez wielu opiekunów”15. Problem z takimi tekstami polega więc na tym, że autorki z powodu swoich uprzedzeń blokują debatę na temat kształtu związków partnerskich w Polsce.

Przejdźmy do dyskusji o finansach, którą można zauważyć w tekstach Gadomskiego i Solskiej. Mizielińska i Stasińska cytują oba testy jako przykłady homofobii. Zarówno Solska, jak i Gadomski, postrzegają związki partnerskie jako sposób na osiągniecie korzyści finansowych i omijania prawa. Również w tym przypadku autorki krytyki definiują rodzinę możliwie jak najszerzej, co znowu powoduje, że dyskusja o granicach, w tym przypadku wynikających z ekonomii, automatycznie uznana jest za przykład homofobii.

Zacznijmy od Solskiej. Solska pisze, że „Z projektu ustawy o związkach partnerskich wynika, że związek może otrzymać przywileje do tej pory adresowane do małżeństw, unikając związanej z nimi odpowiedzialności”16. Po pierwsze, Solska nie wyróżnia związków homoseksualnych, pisząc o związkach partnerskich. Oszustwa nie są więc homofobicznie przypisane tylko związkom jednopłciowym. Po drugie, mamy tutaj do czynienia z próbą dyskusji w ramach dyskursu demokratycznego. Trudno się dziwić, że w kraju, w którym zawiera się małżeństwa i bierze rozwody dla korzyści majątkowych, komentatorom przychodzi do głowy ryzyko wykorzystania związków partnerskich do oszustw finansowych.

Nota bene podobna dyskusja miała miejsce w Wielkiej Brytanii, gdzie poza cywilizowaną debatą, która nie była homofobiczna (ale za to bardzo często neoliberalna) padały naprawdę homofobiczne głosy, jak ten aktora Jeremy’ego Ironsa, który stwierdził, że istnieje niebezpieczeństwo zawierania związków partnerskich między synami i ojcami dla korzyści materialnych17.

Artykuł Gadomskiego dotyczy tego samego, co artykuł Solskiej, czyli praw i obowiązków w związku partnerskim oraz okazji do oszustwa. Jeśli chodzi o treści homofobiczne, autorki na równi traktują artykuł Gadomskiego i Solskiej, z tego względu, że postrzegają rozmowę o kwestiach finansowych jako homofobię z definicji. Jednak przynajmniej jeśli chodzi o Solską, nie jest to sprawiedliwe, bo chociażby Piotr Pacewicz w odpowiedzi na artykuł Gadomskiego, zauważa18, czego już autorki nie odnotowują, że Gadomski faktycznie jest homofobiczny, ale z innych względów. Przykłady oszustw, o których wspomina Gadomski, są ograniczone jedynie do partnerów tej samej płci i pomija on fakt, że prawa i obowiązki w ramach związku partnerskiego wchodziłyby w życie dopiero po roku pożycia.

Artykułu Gadomskiego nie da się postrzegać po prostu jako wyrazu prostej homofobii i dlatego zasługuje on na głębszą analizę. Przede wszystkim jest on głosem w dyskusji w sferze publicznej, który posługuje się mniej lub bardziej racjonalnymi argumentami, a uważam, że należy w tym artykule odróżnić homofobię od racjonalnych argumentów dotyczących oszustw finansowych19. Poza tym, i to jest dużo ważniejsze, nie zapominajmy, że jeśli zredukujemy artykuł Gadomskiego do homofobii, to umkną nam z pola widzenia inne dyskursy, które współtworzą jego tekst. Gadomski reprezentuje w sferze publicznej dyskurs neoliberalny, który występuje przeciwko jakiejkolwiek redystrybucji. Nieistotne jest, czy chodzi o związki partnerskie, czy o małżeństwa. Artykuł Gadomskiego jest także odpowiedzią na panujące w Polsce przekonanie, że państwo jest własnością niczyją i należy od niego „wyszarpnąć”, ile się da20.

Opisana wyżej niewystarczająca analiza jest spowodowana antynormatywnymi przesłankami autorek, użytą metodą analizy, a także, szerzej, brakiem dyskusji w Polsce, czym związek partnerski ma być. Istnieje szereg interesów do pogodzenia, praw oraz wiele wizji tego, czym powinno być małżeństwo i związek partnerski. Problem polega na tym, że w naszym kraju z powodu homofobii dyskusja została sprowadzona do określenia się za lub przeciw związkom homoseksualnym, blokując tym samym całą debatę o związkach partnerskich.

Związek partnerski, ale jaki?

Autorki nie podają własnej definicji rodziny z wyboru, zamiast tego powołują się na badania socjologiczne, które mówią o przesunięciu od rodziny biologicznej do rodziny z wyboru w kontekstach homoseksualnych, przy czym widzą ten proces jako konsekwencję szeregu przemian w koncepcji rodziny w ogóle. Autorki podkreślają, że

Rodzina we współczesnym świecie straciła swoją funkcję ekonomiczną, relacje między jej członkami stały się kwestią umowy, na co duży wpływ miała emancypacja kobiet i dążenie do równouprawnienia również w heteroseksualnym związku i rodzinie na niej opartej21.

Szczególnie zastanawia tutaj fakt tak dużej generalizacji w kwestiach ekonomicznych. Autorki postrzegają ludzi wchodzących w związek partnerski, czy to rejestrowany, czy nie, jako samowystarczalne osoby, które są absolutnie równe, szczególnie ekonomicznie, nic nie może się im przydarzyć, a więc nie potrzebują żadnego zabezpieczenia swoich roszczeń, a odpowiedzialność za partnera jest oparta jedynie na zaufaniu i wysokiej jakości związku. Autorki ignorują takie kwestie, jak nierówność ekonomiczna w związku, wypadki losowe, lub opiekę nad dziećmi. Dzieje się tak z powodu skupienia się autorek na analizie pojęcia rodzinności, postrzeganej jako samookreślenie się osób wchodzących w związek partnerski, abstrahując całkowicie od odpowiedzialności egzekwowanej przez państwo oraz ewentualnych świadczeń udzielanych na rzecz partnerów, które pojawiają się dopiero w kontekście rejestracji związku partnerskiego. Nie twierdzę, że taka analiza jest zła, twierdzę, że jest niepełna, ponieważ całkowicie ignoruje sferę praw i obowiązków, które posiadają sankcję państwa. Jak pisze Solska w kontekście małżeństwa:

Akt ślubu jest swego rodzaju polisą ubezpieczeniową. Nie tylko dla współmałżonków, ale także dla państwa. Za związane z nim obecne przywileje (na przykład możliwość wspólnego opodatkowania dochodów osobistych, co jest bardzo korzystne, gdy jedna ze stron nie pracuje lub bardzo mało zarabia) państwo oczekuje od nas swoistego rewanżu – między innymi odpowiedzialności finansowej małżonków za ewentualne niepowodzenia tego drugiego22.

Autorki uciekają jednak od takich problemów w inkluzywność, która jest pusta, bo zbyt szeroka, jak na reżim prawny. W ten sposób nie odbędzie się żadna dyskusja na temat tego, czy związki partnerskie powinny być takie same jak małżeństwa, czy inne, a jeśli inne, to w jaki sposób. Takiej dyskusji nie można, jak w przypadku Gadomskiego czy Solskiej, przekreślać z góry jako homofobię, bo zarzut homofobii stanie się tylko moralnym szantażem.

Autorki otwarcie nie przyjmują żadnego stanowiska normatywnego poza jak najszerszą inkluzywnością, co można nazwać minimalizmem normatywnym. Fakt, że wspiera się taki minimalizm, nie oznacza jednak, że nie tworzy się dyskursu normatywnego. Autorki stwierdzają we wnioskach artykułu, że szkodliwe są zarówno argumenty lewicowe, jak i prawicowe oraz liberalne, reifikujące rodzinę nuklearną jako niedościgniony wzorzec i ideał23. Co jednak poza krytyką oferują same autorki? Po pierwsze, waloryzują język odwoływania się do potrzeb oraz polepszenia życia społeczności LGBTQ i przeciwstawiają go liberalnej sprawiedliwości społecznej. Taka strategia ma według autorek tę zaletę, że jest pragmatyczna.

Poleganie jednak tylko na pragmatyce jest problematyczne. Po pierwsze, i tym się zajmę bardziej szczegółowo w części poświęconej liberalizmowi, jest bardzo dyskusyjne, czy można przeciwstawiać liberalną walkę z dyskryminacją pragmatycznym strategiom dotyczącym poprawy życia. To przeciwstawienie pokazuje jedynie, że model liberalizmu, który autorki mają na myśli, to raczej klasyczny liberalizm lub libertarianizm Roberta Nozicka, nie wynika on natomiast z analizy samych tekstów prasowych. Demokracja deliberatywna Jurgena Habermasa czy liberalizm perfekcjonistyczny Marthy Nussbaum są w stanie obronić się przed takimi zarzutami. Po drugie, i tym zajmę się bardziej szczegółowo w części dotyczącej polityki artykułu Mizielińskiej i Stasińskiej, problemem jest także brak uzasadnienia działań pragmatycznych. Oczywiście można prowadzić działania mające na celu zrównania wszelkich odmian rodzinności, ale w jaki sposób mamy tę równość uzasadnić w stosunku do obywateli, którzy muszą być przekonani, a którzy mają prawo czuć się autorami prawa, a nie jedynie mu podlegać?

Po trzecie, czy autorki same nie reifikują rodziny nuklearnej własnymi badaniami? Koncentrując się jedynie na kulturowym uznaniu i pełnej inkluzywności oraz ignorując sferę odpowiedzialności, praw i obowiązków sankcjonowanych przez państwo, ukazują one rodzinę z wyboru jako związek, który nie potrzebuje żadnych zabezpieczeń prawnych. Oczywiście Mizielińska i Stasińska mogą przekonywać, że związki partnerskie właśnie w tym są lepsze od związków małżeńskich, że utrzymuje je jedynie miłość i opieka, tyle że jest to bardzo romantyczna wizja związku. O ile nie ma absolutnie nic złego w takich związkach i nie twierdzę, że osoby w takich związkach nie potrafią być odpowiedzialne, to chciałbym wiedzieć, co się dzieje, gdy następuje konflikt praw i obowiązków, na przykład w kwestii utrzymania dzieci, czy też zabezpieczenia ekonomicznego. Autorki na ten temat milczą. Zamiast tego mamy uromantycznienie rodzin z wyboru, które na zasadzie równości i dobrowolności, trochę jak liberalny kontrakt biznesowy24, tworzone są przez całkowicie autonomiczne osoby. Nie każdy chce utrzymywać taki związek, w którym nie ma mowy o żadnym zabezpieczeniu poza dobrowolną umową, szczególnie gdy równość ekonomiczna czy też kulturowa partnerów jest fikcją. Tym bardziej, że prawo do tak inkluzywnego związku istnieje. Problemem natomiast jest brak związków rejestrowanych przez państwo z jasno określonymi prawami i obowiązkami.

Jaki liberalizm?

Niezwykle ciekawa w tym artykule jest kwestia liberalizmu, bo z jednej strony jawi się on jako ten wielki nieobecny, ponieważ nie zostaje jasno zdefiniowany, z drugiej strony ciągle jest przez autorki przywoływany, co więcej, można zrekonstruować ich własną wersję liberalizmu, która jednak nie wynika z analizowanych tekstów. Autorki nie definiują tego, czym jest liberalizm, oficjalnie nie mają nawet szczątkowej roboczej wersji tej teorii i praktyki politycznej. Zamiast tego, stwierdzają:

Na potrzeby niniejszej analizy wyróżniłyśmy dyskurs konserwatywny i dyskurs liberalny. Rozróżnienie to jest umowne i odnosi się do profilu światopoglądowego z którym można utożsamić konkretnych publicystów i prasę, na łamach której publikują teksty. Jest to też podział, który ściśle odnosi się do kontekstu polskiego25.

Innymi słowy, autorki przyjmują, że to, co uważa się za liberalne, jest liberalne, a to, co uważa się za konserwatywne, jest konserwatywne. Należy zaznaczyć, że nawet biorąc pod uwagę tę metodę analizowania dyskursu, autorki powinny przestawić podstawowe parametry dyskursu liberalnego i konserwatywnego w Polsce, który wynikałyby z samej analizy tekstów prasowych. Zamiast tego, przyjmują one milcząco, czym jest lokalny liberalizm i konserwatyzm lub też posiłkują się własnymi wyobrażeniami o dyskursie liberalnym. Widać to na przykładzie tezy o asymilacji różnicy w dyskursie liberalnym26, która wymaga przynajmniej jakiegoś komentarza oraz konkretnego przykładu tekstu prasowego, gdzie taka praktyka ma miejsce. Tego jednak nie dostaniemy. Jakie skutki powoduje taka metoda?

Teza o mieszaniu się dyskursów liberalnego i konserwatywnego jest logicznie nie do obrony bez wyraźnego określenia, czym jest liberalizm i konserwatyzm, bo nie wiadomo, jak jedno odróżnić od drugiego ani co miesza się z czym. I tak na przykład, bez rozróżnienia między pseudoliberalizmem, który jest nieprzemyślany, a jedynie politycznie poprawny, a liberalizmem, który stara się być faktycznie inkluzywny, analiza może być zbyt płytka. Z powodu takiej metody, analizując dyskurs „Polityki” i „Gazety Wyborczej”, autorki dochodzą do wniosku, że argumenty liberalne mieszają się z konserwatywnymi, zamiast pokazać, że dyskurs ten jest jedynie pozornie liberalny27. Faktycznie jest on dyskursem będącym wyrazem pewnej wspólnoty etycznej wrogiej Innemu, natomiast jedyne elementy liberalne ograniczone są do retoryki wolnego rynku28.

Problem polega także na tym, że ceniona przez autorki inkluzywność może być różnie rozumiana i już konserwatywne przyzwolenie na istnienie homoseksualistów w sferze prywatnej jest jakiegoś rodzaju inkluzywnością, bo przecież można byłoby nawoływać do karania homoseksualizmu więzieniem. Tyle tylko, że chyba nie o taką inkluzywność nam chodzi. Jednak rezultatem takiego stosunku do kwestii normatywności i inkluzywności jest to, że właściwie liberalizm, przynajmniej w ujęciu autorek, nie różni się jakoś znacznie od konserwatyzmu, co jest analitycznie i politycznie nie do przyjęcia.

Jak już wspomniałem, wbrew deklaracjom Mizielińskiej i Stasińskiej, mają one nie wprost zdefiniowaną wersję tego, czym w odróżnieniu od konserwatyzmu jest liberalizm. I tak, piszą o większej inkluzywności liberalizmu, o tym, że liberalizm tym odróżnia się od konserwatyzmu, że w konserwatyzmie mamy do czynienia z chęcią pozbycia się Innego, a liberalizm inność asymiluje29. Co więcej, według autorek liberalizm, zamiast rozwiązywać problemy jednostek, czyli ułatwiać im życie, walczy z dyskryminacją w imieniu sprawiedliwości społecznej30. Autorki postrzegają zatem napięcie między chęcią poprawy życia jednostek, a walką o równe prawa, która w domyśle, bo tego nie uściślają, może asymilować różnicę.

Mamy tu kilka kwestii wątpliwych. Po pierwsze, można by powiedzieć, że jakaś forma liberalizmu wynika z samych analizowanych tekstów, tyle że autorki nie rozróżniają bardzo powierzchownego liberalizmu w duchu poprawności politycznej od liberalizmu, który pozwala jednostkom na samostanowienie o sobie. Poza tym celem autorek nie była, niestety, analiza parametrów polskiej odmiany liberalizmu, czy konserwatyzmu prasowego, choć taka analiza byłaby bardzo potrzebna. Po drugie, Mizielińska i Stasińska dostrzegają sprzeczność między liberalnymi prawami człowieka i sprawiedliwością społeczną, a pragmatycznymi działaniami mającymi poprawiać sytuację mniejszości seksualnych. Problem polega na tym, że fabrykują tę sprzeczność dzięki swoim założeniom dotyczącym tego, czym jest liberalizm. Nie wynika ona bezpośrednio z analizowanych tekstów.

Co prawda mamy na ten temat wzmiankę przy okazji artykułu Siedleckiej, Pacewicza i Szypuły, ale wygląda to na czystą spekulację31. Autorki widzą tu możliwą sprzeczność pomiędzy ułatwieniem codziennego życia mniejszościom seksualnym, a walką z dyskryminacją typu brak prawa do opieki nad chorym partnerem. Wydaje mi się, że nie jest to sprzeczność, a uszczegółowienie tego, co oznacza walka z dyskryminacją. Ograniczanie dyskryminacji musi brać pod uwagę różnicę. Oczywiście możliwa jest asymilacja różnicy, o której autorki mówią, tyle tylko, że nie przedstawiają one żadnego przykładu takiej asymilacji. Swój wniosek o konflikcie między akceptacją różnicy, a równymi prawami opierają one prawdopodobnie na wyobrażeniu o rzekomej liberalnej nieprzezwyciężalnej sprzeczności między równością formalną a prawem do własnych wyborów życiowych, konflikcie między asymilacją a różnicą. Oczywiście w teorii liberalnej dyskusja między tym, co dobre, a tym, co sprawiedliwe toczy się prawie od zawsze, i w tym miejscu można by przynajmniej powiedzieć tyle, że już Habermas za Iris Marion Young pisał, że prawa są od tego, żeby z nich korzystać, a nie żeby je po prostu mieć32. Poza tym teza o sprzeczności ma się nijak do tezy Habermasa o współistnieniu autonomii publicznej i prywatnej, gdzie różnica jest podstawowym motorem dyskursu publicznego, którego ramy określają prawa podstawowe, i nawet te prawa nie są konstruowane na zasadzie prawa naturalnego, a podlegają lokalizacji dzięki polityce.

Wreszcie autorki wyraźnie faworyzują33 dyskurs pragmatyczny i przeciwstawiają go dyskursowi mniej „konkretnemu”, to znaczy apelującemu do sprawiedliwości społecznej oraz równych praw. Mamy tu jednak problem z uzasadnieniem oraz ze społeczną spójnością. Społeczeństwo, które ma uznać związki partnerskie, trzeba do tego przekonać, tym bardziej, jeśli to państwo ma uznać takie związki, i ma to mieć konsekwencje kulturowe i redystrybucyjne dla wszystkich. W przeciwnym wypadku system przestaje posiadać legitymację demokratyczną. Można zadać sobie pytanie w imię czego, jeśli nie w imię sprawiedliwości społecznej, praw obywatelskich czy godności ludzkiej społeczeństwo ma uznać związki partnerskie? Czy społeczeństwo oparte jedynie na różnicy będzie wrażliwe na potrzeby ludzi? Raczej bardziej prawdopodobny jest scenariusz, w którym takie zatomizowane społeczeństwo, którego nic nie łączy, zmieni się w tyranię większości, sprowadzającą sprawiedliwość do redukcyjnie rozumianej autonomii politycznej ograniczonej do formalnej równości oraz wolności negatywnej. W takim społeczeństwie żadna mniejszość nie może czuć się bezpiecznie. Oczywiście sprawiedliwość społeczna czy prawa obywatelskie mają tendencję do abstrahowania od konkretnej sytuacji ludzi, bo są to prawa uniwersalne, ale ich uniwersalność z jednej strony podlega kontekstualizacji, a z drugiej pozwala na krytykę istniejących reżimów praw człowieka.

Krytyka i polityka

W ostatniej części tego artykułu chciałbym pokazać, w jaki sposób krytyka Mizielińskiej i Stasińskiej z powodu braku normatywności staje się nie tylko mało krytyczna, ale i traci swój potencjał polityczny. Wydaje się, że autorki nie mają narzędzi, żeby ocenić i skrytykować pewnych argumentów jawnie antyliberalnych, które pojawiają się w sferze publicznej, właśnie dlatego, że starają się być neutralne w sferze wartości. W swoim artykule przyjmują strategię niekomentowania takich argumentów (na przykład argument z równi pochyłej34) lub też kwitują taki argument jako ciekawy i ironiczny (argument Sadurskiego, że kulturowe rozszerzenie definicji rodziny jest w przeciwieństwie do tego, co sądzą konserwatyści, stanowiskiem prorodzinnym35). W artykule można wyróżnić kilka takich argumentów: argument Marty Konarzewskiej z inżynierii społecznej36, argument z równi pochyłej37, argument z upolitycznienia kwestii związków partnerskich38, argument z niestabilności związków partnerskich39 oraz argument Sadurskiego z rozszerzenia definicji rodziny40.

Zacznijmy od argumentu z inżynierii społecznej, którym posługuje się Konarzewska41, a który ma być, według autorek, dowodem na to, że istnieje krucha linia, oddzielająca dyskurs prawicowy od dyskursu lewicowego42. O ile można się zgodzić z wnioskiem autorek, że reifikacja rodziny nuklearnej może przebiegać w dyskursie prawicowym, liberalnym i lewicowym, to argument Konarzewskiej powinien być zanalizowany dokładniej. Autorki otwarcie utożsamiają lewicowy i prawicowy argument z inżynierii społecznej, tyle że nie piszą, na czym miałaby polegać ta tożsamość. Uważam, że oba argumenty mają podobną strukturę oraz reprezentują podobną podejrzliwość w stosunku do ustroju demokratycznego.

Zajmijmy się najpierw prawicową wersją tego argumentu. W przypadku dyskursu prawicowego teza o inżynierii społecznej jest tezą otwarcie antylewicową. W tej wersji istnieje mądre i szczęśliwe społeczeństwo oparte na wspólnocie etycznej, której lewica chce paternalistycznie narzucić często uznawane za obce rozwiązania, czy to w imię mody, czy fałszywie pojętego postępu społecznego. Celem takiego narzucenia jest stworzenie nowego społeczeństwa przy jednoczesnej odmowie prawa do samostanowienia, to jest do autonomii politycznej, stanowiącemu większość społeczeństwu tradycyjnemu.

Argument z inżynierii społecznej Konarzewskiej jest właściwie zaskakujący, bo posługuje się ona argumentem z prawicowego arsenału. Zresztą, argument ten jest używany w stosunku do lewicy zarówno przez komunitarian, klasycznych liberałów jak też libertarian. Dla Konarzewskiej inżynieria społeczna to biopolityka w sensie Foucaultowskim. W tym wypadku jest to próba kontroli i normalizacji związków partnerskich przez system, poprzez ich rejestrację i uznanie państwa. W domyśle rejestracja związków partnerskich będzie używana do oddzielenia tych modeli intymności, które są warte uznania państwowego od tych, które nie są.

W argumencie prawicowym z inżynierii społecznej mamy fantazję o jedności i wspólnocie etycznej, która nie przyjmuje do wiadomości istnienia Innego. W argumencie Konarzewskiej mamy fantazję bycia poza władzą:

Homo imitacja związku hetero, nawet jeśli niedoskonała, pozostaje imitacją (czy też: wersją) swojego wzorca. Heteronormatywnego wzorca – podkreślam, poza który nie wykracza. Przeciwnie – chce (nawet jeśli powiemy, że nieudolnie) go doścignąć. Jest więc z gruntu heteronormatywna […].
Niektórzy nie chcą żyć w heteronormie. Wtedy są queer. Nazywają się odmieńcami. […] Niektórzy nie chcą kopiować heteronormatywnych wzorców. Odtwarzać opresyjnych – ich zdaniem – rytuałów społecznych, dla których niedoścignionym wzorem pozostaje małżeństwo43.

Mamy tu więc do czynienia z przeciwstawieniem absolutnej oryginalności Konarzewskiej absolutnemu naśladownictwu tych, którym odpowiada małżeństwo, co jest fałszywą alternatywą i przypomina nam Foucaultowską krytykę wobec fantazji o wielkiej rewolucji i absolutnej wolności.

Jak już napisałem, oba argumenty mają podobną strukturę, tyle że odwróconą. Prawica czuje się uciśniona przez mniejszość, która rzekomo wie lepiej, co jest dla niej dobre w imię postępu. Konarzewska czuje się uciśniona przez większość, która próbują ją zniszczyć lub w najlepszym wypadku zasymilować i jedynym wyjściem wydaje się wtedy ucieczka na margines, gdzie można stworzyć sobie własne społeczeństwo.

Obie wersje argumentu z inżynierii społecznej lekceważą całkowicie demokrację. Konarzewska44 pod wpływem teorii Foucaulta widzi demokrację jedynie jako jeszcze jeden sposób na społeczną kontrolę, prawica widzi w demokracji zagrożenie dla jej własnej tożsamości. Oba poglądy zawodzą, ponieważ nie widzą w demokracji zinstytucjonalizowanej struktury komunikacyjnej45, dzięki której obywatele mogą wspólnie rozwiązywać problemy. Taka struktura komunikacyjna jest uniwersalna, ale niemetafizyczna: z jednej strony zachowuje uniwersalne normy, to znaczy prawa człowieka, z drugiej kontekstualizuje je w ramach konkretnego ustroju demokratycznego. Uniwersalność norm pozwala na krytykę ich lokalnych inkarnacji. Etyka dyskursu oraz koncepcja demokracji Habermasa, która stanowi normatywne tło mojej krytyki, nie ogranicza tematów w sferze publicznej, które powinny być podnoszone, ponieważ mogą to być zarówno kwestie sprawiedliwości, jak i kwestie etyczne. Co ważniejsze, koncepcja sprawiedliwości nie jest zewnętrzna wobec koncepcji demokracji, a zatem w teorii demokracji deliberatywnej nie ma mowy o tzw. niedoskonałym proceduralizmie, jak to ma miejsce w liberalizmie klasycznym. Prawa podstawowe muszą być raczej wypełnione konkretną treścią dzięki deliberacji obywateli w sferze publicznej46.

Argument z równi pochylej jest prawdopodobnie najczęstszym argumentem przywoływanym przeciwko związkom partnerskim. Autorki jednak ignorują ten argument, chociaż jest on obecny w tekście Mazurka i Kataryny jako „stopa w drzwi” i „krojenie salami”47 oraz same o nim wspominają, kiedy piszą o związkach partnerskich rozumianych jako furtka, która wprowadzi w końcu adopcję dzieci48. Argument ten ma postać: jeśli pozwolimy na A, zdarzy się B. Jeśli pozwolimy na związki partnerskie, homoseksualiści wymuszą na nas, na tej „zagrożonej większości”, na przykład adopcję dzieci. Argument ten jednak sprytnie unika odpowiedzi na pytanie, kto pozwala na A, i kto pozwoli ewentualnie na B. Dzieje się tak dlatego, że argument ten jest wykorzystywany w retoryce o uciśnionej większości heteroseksualnej przez homoseksualną mniejszość. Poza tym zastępuje język debaty demokratycznej językiem prawie terrorystycznego wymuszenia. Fakty jednak są takie, że decyzje w demokracji podejmuje się głosowaniem, gdzie wygrywa większość głosów, zatem mniejszości seksualne nie mają żadnej możliwości wymuszenia czegokolwiek, mogą najwyżej przekonać w ramach normalnego procesu demokratycznego. Argumenty z równi pochyłej, stopy w drzwi czy z krojenia salami są więc jedynie chwytami retorycznymi, a nie argumentami.

W artykule pojawia się także argument z upolitycznienia:

Niektórzy autorzy idą o krok dalej, próbując pokazać, że mówienie o rodzinie i jej definiowaniu jest kwestią bardzo upolitycznioną, co nie powinno mieć miejsca: Dziś kategoria rodziny, rozumianej jako związek mężczyzny i kobiety jest używana w bojach politycznych jako pałka dyskryminacyjna wobec innych form ludzkich związków49.

Problem polega jednak na tym, co oznacza w tym kontekście słowo „polityczny”. „Polityczny” nie dotyczy tu polityki, czyli ścierania się interesów, określenia, czym jest dobro wspólne oraz deliberowania w sferze publicznej, tym bardziej że w dalszej części cytatu słowo to jest przeciwstawione argumentom liberalnym, które są polityczne we właściwym sensie. Słowa „polityczny” użyte w tym kontekście oznacza tak naprawdę koniec polityki i zastąpienie jej argumentami pseudomoralnymi, które przedstawiane są jako uniwersalne, a w rzeczywistości reprezentują tylko jedną z etycznych możliwości. Kiedy mówimy o właściwej polityce, mówimy o upolitycznieniu w prawidłowym sensie tego słowa, to jest o wyciągnięciu kwestii związków partnerskich ze sfery prywatywnej i upolitycznienie jej w taki sposób, żeby stała się ona częścią dyskursu demokratycznego.

Największy problem z polską homofobią polega na tym, że uczyniła ona ze związków partnerskich kwestię moralną, zamiast uznać ją za kwestię stricte polityczną. Oczywiście związki partnerskie dotyczą także moralności, chociażby autonomii moralnej czy praw człowieka, ale przynależność do mniejszości seksualnej czy pozostawanie w związku jednopłciowym nie może stanowić przyczynku do dyskusji na temat, czy gej lub lesbijka są w jakimś stopniu dysfunkcyjni moralnie z natury, bo stawianie takiego pytania jest wyrazem pewnej koncepcji etycznej, w tym przypadku katolickiej, której nie da się zuniwersalizować. Dyskusja na temat: „czy związki lub sami geje i lesbijki są moralni, czy niemoralni z natury?” zamroziła debatę o związkach partnerskich na poziomie ogólników w rodzaju: „czy jesteś za, czy przeciw związkom partnerskim?” i nie pozwoliła na jej pełne upolitycznienie, to znaczy na dyskusję o tym, jak rozwiązać konkretne problemy obywateli należących do mniejszości seksualnych50.

Kolejny argument to argument z niestabilności51, czy też z krótkotrwałości związków partnerskich. Taki argument jest bardzo istotny w dyskursie prawicowym, ale należy zaznaczyć, że może on doprowadzić do dwóch zupełnie rożnych wniosków normatywnych. Można dojść do takiego wniosku, jak na przykład Ewa Łętowska52, która interpretuje konstytucję jako rozszerzającą opiekę państwa z rodziny nuklearnej na inne formy rodzinności. W ten sposób państwo może wspierać stabilność związków innych niż nuklearne poprzez uznanie lub redystrybucję. Ale można dojść też do wniosku, że takie rodziny są szczególnie niestabilne z natury, i należy im odmawiać jakichkolwiek praw jako dysfunkcyjnych społecznie.

Dobrym przykładem takiego podejścia są badania nad dorosłymi osobami wychowanymi przez rodzica, który miał przynajmniej jeden związek z osobą tej samej płci, przeprowadzone przez profesora Marka Regnerusa53. Rezultaty jego badań rzekomo pokazują, że dzieci z takich rodzin radzą sobie o wiele gorzej w życiu, niż dzieci z rodzin nuklearnych, co sprawia, że autor dochodzi do bardzo publicystycznych wniosków. Według niego, badania mogą sugerować, że niestabilność związków homoseksualnych jest na tyle powszechna, że nie ma po co ryzykować politycznego oraz ekonomicznego kapitału na ich wspieranie, szczególnie gdy, z drugiej strony następuje także osłabienie rodziny nuklearnej, która, jak dotąd, była najbezpieczniejszym miejscem dla dzieci54. Innymi słowy, po co w ogóle zajmować się takimi związkami, które i tak skazane są na rozpad? Biorąc jednak pod uwagę etykę bycia obywatelem, jaki obraz polityki społecznej państwa takie stwierdzenia popularyzują?

Autorki przywołują także argument Wojciecha Sadurskiego:

W rzeczy samej nie ma bardziej prorodzinnego stanowiska niż zamiar rozszerzenia kulturowej wartości rodziny na tych wszystkich, którzy ją poważają, a którym prawo dotychczas odmawiało tego dobrodziejstwa55.

Autorki nie komentują tego wyimku ponad to, że jest to argument ciekawy oraz ironiczny, ponieważ według autorek, przechodzi od zarzutu do zalety. Ja raczej bym powiedział, że Sadurski zamienia wątpliwy zarzut w roszczenie normatywne. Proces rozszerzania danego pojęcia, w tym przypadku rodziny, na inne jej formy jest typowym procesem redefinicji tego, co uznajemy za uniwersalne. Pokazuje, że uniwersalizm ciągle potrafi podlegać zmianie w procesie tego, co Seyla Benhabib nazywa demokratycznymi iteracjami, to jest redefiniowaniem na nowo praw i obowiązków obywateli tak, aby można było rozszerzyć społeczne uznanie na nowe, dotąd dyskryminowane grupy56. Uniwersalizm jest więc wiecznie otwartym projektem.

Konkluzja

Brak normatywności w analizie Mizielińskiej i Stasińskiej można przypisać nie tylko wybranej metodzie, to jest ciritical disourse analysis, ale także temu, że autorki związane są teorią queer, która z definicji opowiada się przeciwko normatywności57. W artykule starałem się pokazać pułapki analizy nienormatywnej, która może tracić swój potencjał krytyczny i polityczny, i w ten sposób staje się subersywna jedynie z nazwy. Pokazałem także, że nie możemy obyć się bez filozofii normatywnej, która nie tylko jest w stanie krytycznie ocenić argumenty homofobiczne w sferze publicznej, ale także potrafi określić warunki, które mogą sprzyjać przekonaniu tych jeszcze nieprzekonanych. Starałem się także pokazać, że zarówno w przypadku teorii liberalnej, jak i innych teorii, należy dokładnie zdefiniować pojęcia, o których się mówi, w przeciwnym wypadku jesteśmy skazani na strategię autorek, które nie definiują explicite, co mają na myśli, pisząc o liberalizmie, a jednocześnie mają wyraźnie określony obraz liberalizmu, który nie wynika w żaden sposób z ich własnych analiz.

Chciałbym złożyć podziękowania za cenne uwagi w trakcie pisania tego tekstu Pawłowi Wawrzyniakowi, Samuelowi Nowakowi, Paulinie Szkudlarek, Sławomirze Raczyńskiej oraz Marzen Lizurej.

Przypisy:

1. J. Mizielińska, A. Stasińska, Od „wroga rodziny” do jednej z jej form: Rodziny z wyboru we współczesnym polskim dyskursie prasowym [w:] „InterAlia”, 2013, nr 8, s. 105­‑128 [@:] http://interalia.org.pl/media/2013_08/mizielinska_stasinska.pdf (data dostępu: 25 stycznia 2014).

2. Tamże, s. 106.

3. Tamże.

4. Zob. B. Rymes, M. Souto­‑Manning, C. Brown, Being „critical” as taking a stand: one of the central dilemmas of CDA: How do we get beyond it? [w:] „Critical Discourse Studies”, 2005, Vol. 2, No. 2, s. 195­‑197. Jak zauważyli Samuel Nowak i Paulina Szkudlarek, analizę autorek trudno nazwać medioznawczą (brak określenia reprezentatywności danych głosów w sferze publicznej, brak określenia kontekstu, w jakim dyskusja się odbywa, wątpliwe założenie o dyskusji pomiędzy prawą i lewą stroną spektrum sfery publicznej, wątpliwe przypisanie danych głosów do liberalnego lub konserwatywnego skrzydła dyskusji). Poza tym nie bardzo wiadomo, w jaki sposób critical disourse analysis działa w tekście Mizielińskiej i Stasińskiej w praktyce.

5. J. Mizielińska, A. Stasińska, Od „wroga rodziny” do..., s. 106.

6. Tamże.

7. W. Gadomski, A zapłata pójdzie pod stołem [@:] http://wyborcza.pl/1,75515,9780713,A_zaplata_pojdzie_pod_stolem.html (data dostępu: 14 maja 2013); J. Solska, Związki bankierskie [@:] http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/1517618,1,ile-moga-nas-kosztowac-zwiazkipartnerskie.read (data dostępu: 6 maja 2013).

8. Autorki mogłyby mi zarzucić, że wszelka dyskusja na temat różnicy między związkami partnerskimi a małżeństwami jest już homofobiczna, tyle że obecnie w dyskursie publicznym nie istnieje propozycja zrównania całkowitego w prawach i obowiązkach związków partnerskich i małżeństw. Nie jest też pewne, czy same mniejszości tego by oczekiwały. Poza tym autorki nie postulują takiego rozwiązania.

9. Kataryna, R. Mazurek, Geje kroją salami [@:] http://www.rp.pl/artykul/670885.html (data dostępu: 6 maja 2013).

10. J. Mizielińska, A. Stasińska, Od „wroga rodziny” do..., s. 115.

11. Tamże, s. 115­‑116.

12. M. Bunda, A teściowa? [@:] http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1517220,1,zwiazki-partnerskie---polski-problem-prawny.read (data dostępu: 6 maja 2013).

13. J. Mizielińska, A. Stasińska, Od „wroga rodziny” do..., s. 118.

14. E. Winnicka, W związku z dzieckiem [@:] http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1517410,1,zwiazki-partnerskie-a-dzieci.read (data dostępu: 6 maja 2013).

15. Tamże.

16. J. Solska, Związki bankierskie [@:] http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/1517618,1,ile-moga-nas-kosztowac-zwiazkipartnerskie.read (data dostępu: 6 maja 2013).

17. D. Shea, Jeremy Irons on gay marriage: „Could a father not marry his son?” [@:] http://www.huffingtonpost.com/2013/04/03/jeremy-irons-on-gay-marri_n_3009495.html (data dostępu: 6 maja 2013).

18. P. Pacewicz, Gadomski broni fiskusa przed pazernymi gejami [@:] http://wyborcza.pl/1,76842,9785045,Gadomski_broni_fiskusa_przed_pazernymi_gejami.html (data dostępu: 6 maja 2013).

19. Inną sprawą jest dyskusja na temat koncepcji państwa i zaufania państwa do obywateli i vice versa, które są na bardzo niskim poziomie.

20. Często dzieje się tak nie z powodu cwaniactwa obywateli, a raczej dlatego, że państwo nie zaspokaja podstawowych potrzeb społecznych, które się należą ludziom nawet z mocy prawa, i często to „cwaniactwo” jest jedynym sposobem na przeżycie.

21. J. Mizielińska, A. Stasińska, Od „wroga rodziny” do..., s. 106.

22. J. Solska, Związki bankierskie [@:] http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/1517618,1,ile-moga-nas-kosztowac-zwiazkipartnerskie.read (data dostępu: 6 maja 2013).

23. J. Mizielińska, A. Stasińska, Od „wroga rodziny” do..., s. 123.

24. Słowo „biznesowe” rozumiem tu nie jako „opłacalny”, a raczej jako „kontrakt dobrowolny”, gdzie obie strony są równe i autonomiczne, i w razie jakichkolwiek strat mogą sobie same poradzić bez pomocy państwa.

25. J. Mizielińska, A. Stasińska, Od „wroga rodziny” do..., s. 107.

26. Tamże, s. 108.

27. Tamże, s. 117­‑119.

28. W ten sposób można na przykład zanalizować artykuł Gadomskiego, Winnickiej oraz pod pewnymi względami artykuł Bundy.

29. J. Mizielińska, A. Stasińska, Od „wroga rodziny” do..., s. 108.

30. Tamże, s. 113.

31. Tamże.

32. J. Habermas, Between Facts and Norms. Contributions to a Discourse Theory of Law and Democracy, tłum. W. Regh, Cambridge 1996, s. 419.

33. J. Mizielińska, A. Stasińska, Od „wroga rodziny” do..., s. 122.

34. Tamże.

35. Tamże, s. 113.

36. Tamże, s. 121.

37. Tamże, s. 122.

38. Tamże, s. 113.

39. Tamże, s. 118.

40. Tamże, s. 113. Argument Sadurskiego jest inny niż pozostałe, ponieważ jest to racjonalny argument, który może być użyty w sferze publicznej, aby uzasadnić uznanie związków partnerskich przez państwo.

41. Czy Marta Konarzewska i Anna Laszuk są jedynymi przedstawicielkami lewicy w Polsce, która interesowała się kwestiami związków partnerskich oraz rodzinami z wyboru w Polsce? Uderzający w analizie Mizielińskiej i Stasińskiej jest brak większej reprezentacji głosu polskiej lewicy. Jak wskazuje Marzena Lizurej, autorki całkowicie pominęły w swojej analizie dyskurs queerowo­‑anarchistyczny, który przeciwstawia się kategorii rodziny w ogóle jako kategorii wykluczającej.

42. J. Mizielińska, A. Stasińska, Od „wroga rodziny” do..., s. 119.

43. Cyt. za: J. Mizielińska, A. Stasińska, Od „wroga rodziny” do..., s. 120.

44. To, jak Konarzewska widzi demokrację, nie wynika bezpośrednio z cytatów zamieszczonych w artykule Mizielińskiej i Stasińskiej. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można jednak założyć, że wpływ teorii Foucaulta na Konarzewską zaznaczy się także w jej pojmowaniu demokracji jako jednej z wielu technologii władzy.

45. J. Bohman, Survey article: the coming of age of deliberative democracy [w:] „The Journal of Political Philosophy”, 1998, Vol. 6, No. 4, s. 400­‑425.

46. Zaznaczam, że niniejszy artykuł nie jest dla mnie okazją do wyłożenia zasad teorii demokracji deliberatywnej, chciałbym jedynie pokazać, z jakiego miejsca piszę, analizując artykuł Mizielińskiej i Stasińskiej.

47. Kataryna, R. Mazurek, Geje kroją salami [@:] http://www.rp.pl/artykul/670885.html (data dostępu: 6 maja 2013).

48. J. Mizielińska, A. Stasińska, Od „wroga rodziny” do..., s. 122.

49. J. Makowski, K. Bem, Jezus rodziny nigdy nie założył [@:] http://wyborcza.pl/1,75515,9699111,Jezus_rodziny_nigdy_nie_zalozyl.html (data dostępu: 6 maja 2013); cyt. za: J. Mizielińska, A. Stasińska, Od „wroga rodziny” do..., s. 113.

50. Oczywiście demokratyczna dyskusja nigdy nie przebiega w ten sposób, że teraz zajmujemy się kwestią moralności, a kiedy ta kwestia zostanie rozwiązana, zajmiemy się praktyką. Prawa człowieka zawsze stanowią horyzont normatywny, który pozwala na krytykę istniejącego reżimu praw człowieka. Problem polega na tym, że dyskusja o związkach partnerskich nie potrafi wyjść poza kwestie moralne czy pseudomoralne.

51. Tutaj abstrahuję od kwestii, czy takie związki są faktycznie niestabilne i krótkotrwałe, z tego względu, że zależy mi na wniosku normatywnym, który mógłby uzasadnić wsparcie państwa dla związków partnerskich.

52. E. Łętowska, Gowin dokonał prymitywnej instrumentalizacji prawa [@:] http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/opinie/20130130/letowska-gowin-dokonal-prymitywnej-instrumentalizacji-prawa (data dostępu: 6 maja 2013).

53. M. Regnerus, How Different Are the Adult Children of Parents Who Had Same­‑Sex Relationships? Findings from the New Family Structures Study [w:] „Social Science Research”, Vol. 41(4), 2012, s. 752­‑770. Przywołuję te badania, aby pokazać, do jakich wniosków może dojść naukowiec, który rzekomo pokazał, że dzieci, wychowywane przez rodzica, który miał /a przynajmniej jeden związek homoseksualny w swoim życiu, radzą sobie gorzej jako dorośli od wychowanych w stabilnej rodzinie nuklearnej. Badanie wywołało wiele kontrowersji nie tylko dzięki bardzo medialnym rezultatom, ale także dlatego, że, jak wykazał specjalny audyt zlecony przez czasopismo, w którym badanie się ukazało, zarówno metody, wnioski, jak i proces recenzencki tego badania były na tyle wadliwe, że artykuł nie powinien był się ukazać (Zob. D. Sherkat, The editorial process and politicized scholarship: Monday morning editorial quarterbacking and a call for scientific vigilance [w:] „Social Science Research”, 2012, November, Vol. 41, No. 6, s. 1349).

54. M. Regnerus, Queer as folk: does it really make no difference if your parents are straight or gay?, 2012 [@:] http://www.slate.com/articles/double_x/doublex/2012/06/gay_parents_are_they_really_no_different_.html (data dostępu: 6 maja 2013).

55. J. Mizielińska, A. Stasińska, Od „wroga rodziny” do..., s. 113.

56. S. Benhabib, Dignity in diversity: human rights in troubled times, Cambridge 2011, s. 76.

57. To by wyjaśniało, dlaczego autorki wybrały akurat tę wersję critical discourse analysis, to jest pozbawioną normatywności.

Tomasz Jarymowicz – doktorant w instytucie filozofii Uniwersytetu w Tromso w Norwegii. Zajmuje się teorią demokracji, demokracją deliberatywną oraz teorią wolności słowa. W styczniu 2014 roku w „Philosophy and Social Criticism” ukazał się jego artykuł Robert Post’s theory of freedom of speech: a critique of the reductive conception of political liberty.