Współczesne paradoksy

Edward Karolczuk
17.08.2009

Ekonomiści dominującego nurtu przedstawiają liberalizm gospodarczy jako triumf idei wolności i sprawiedliwości społecznej. Tymczasem następuje żywiołowa degradacja środowiska naturalnego, rabunkowe wyczerpywanie zasobów naturalnych ziemi, wzrost nierówności społecznych, marginalizacja znacznych grup społecznych, poczucie niepewności jutra. Zwiększył się dystans między bogatymi i biednymi, zanieczyszczeniu uległy morza i powietrze, wzmaga się chaos klimatyczny. To, co przedstawiano jako triumf „niewidzialnej ręki rynku”, okazało się świadomym procesem organizacji przywilejów, ograniczaniem demokracji, kontrolą korporacji nad wydatkami finansowymi partii politycznych i ich dostępem do środków masowego przekazu. System gospodarczy oparty na krótkookresowym zysku stał się nieracjonalny, nieoperatywny. Pomimo swobodnego przepływ towarów i kapitałów, utrzymano bariery dla swobodnego przepływu siły roboczej z krajów słabo do wyżej rozwiniętych. Wielkie korporacje nie są w stanie łączyć dobra wspólnego ludzkości z własnymi celami, nie mają wewnętrznego mechanizmu generującego jedność tych celów. Ich władza ekonomiczna została przekształcona we władzę polityczną i nie znajduje się pod żadną kontrolą. Pilnie potrzebne są instytucjonalne gwarancje likwidacji rozbieżności pomiędzy gospodarką a narodowymi systemami kontroli, umocnienie demokracji oddolnej w przestrzeniach lokalnych.

Niełatwo jest walczyć z koncepcjami, których autorzy są laureatami Nagrody Nobla. Ladislau Dowbor1 przypomina przemilczany fakt, że „Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii”, z których dwie trzecie przyznano ekonomistom amerykańskim ze szkoły chicagowskiej, nie są Nagrodami Nobla, lecz Królewskiego Banku Szwecji, który tylko korzysta ze „znaku firmowego” Nagrody Nobla. Pieniądze na nagrody nie pochodzą z funduszu Nobla, a kryteria jej przyznania określa środowisko samej finansjery. Nagrody Banku są jedynie wręczane podczas tej samej ceremonii, w której wręcza się rzeczywiste Nagrody Nobla.

Ekonomia w służbie nierówności

Ogólnoludzki charakter korzyści z nauki ekonomii politycznej budzi wątpliwości. Jest ona nauką wbrew pozorom zorientowaną na obronę określonych interesów klasowych. Jeśli przyjrzymy się sytuacji w Polsce, to renta z tytułu całkowitej niezdolności do pracy i renta rodzinna od 1 marca 2009 roku wynosi 675,10 złotych. Niektórzy uważają, że posłowie i senatorowie nie powinni zarabiać kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, ponieważ płaci się im ze wspólnych pieniędzy ściąganych z podatków. Przemilcza się przy tym zarobki dyrektorów przedsiębiorstw i menadżerów spółek giełdowych. Tymczasem w 2007 roku przeciętne wynagrodzenia menedżerów w spółkach notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych kształtowały się na poziomie 442 tysięcy złotych, co daje średnio 37 tysięcy miesięcznie. Na pierwszym miejscu w rankingu najlepiej zarabiających menedżerów znajdowała się osoba z wynagrodzeniem w wysokości 6 444 000 złotych (537 tysięcy miesięcznie). Kolejna osoba zarabiała ponad 510 tysięcy miesięcznie. Wśród dziesięciu najlepiej opłacanych menedżerów znalazło się aż pięciu bankowców – trzech prezesów i dwóch wiceprezesów, wszyscy z zarobkami powyżej 4 660 000 złotych (czyli ponad 388 tysięcy miesięcznie)2. Płace ich wchodzą w skład cen tego, za co płacimy, są zatem ukrytym podatkiem. Nie ma żadnego prawa ekonomicznego, które nakazuje finansiście czy adwokatowi zarabiać krotność płacy sprzątaczki, nauczyciela czy inżyniera i nabijać sobie kabzy. Jedyne prawo, jakie tu funkcjonuje, to prawo silniejszego i lepiej zorganizowanego oraz mającego większy wpływ na środki masowego przekazu i państwo.

Największe mocarstwo, Stany Zjednoczone, ma 4 procent ludności świata, a zużywa rocznie jedną piątą światowej energii i wytwarza 25 procent gazów cieplarnianych. Gdyby cała ludzkość chciała urzeczywistnić ten model życia, potrzebne byłyby cztery takie planety jak Ziemia. Amerykanie chcą uchodzić za racjonalistów, a jeżdżą samochodami osobowymi, które są wielkie jak ciężarówki.

Świat liczy 6,4 miliarda osób. Co roku przybywa około 75 milionów, ale dwie trzecie tego przyrostu ma miejsce nie w krajach bogatych, ale w strefie nędzy. Wszyscy okazują ubolewanie z powodu ponad miliarda ludzi mających dochody poniżej jednego dolara dziennie, nie potrafią w ciągu wielu lat wygospodarować na wydobycie ich z obecnej nędzy trzystu miliardów dolarów. Ale w ciągu paru miesięcy znaleziono ponad cztery biliony na ratowanie spekulantów kierujących irracjonalnym systemem finansowym. Gdyby nawet te trzysta miliardów podzielić między miliard osób, których dzienny dochód jest poniżej dolara, dałoby to im dochód przez rok czasu nie większy niż dwa dolary dziennie. A obecnie osób osiągających dochód poniżej dwóch dolarów dziennie jest około 3,5 miliarda. Dochód czterech miliardów ludzi nie przekracza trzech tysięcy dolarów rocznie, czyli nieco ponad osiem dolarów dziennie, ale o tych ludziach już się nie mówi, uznając ich za „lepiej sytuowanych”. Gdyby znaleźć te trzysta miliardów dolarów, to nędza pozostałaby nadal nędzą. Biedni kupują jedynie środki do przeżycia, a bogaci nabywają i gromadzą własność. Dowbor wyliczył, że „[w] 2000 roku nagromadzone bogactwo rodzinne szacowano na 125 bilionów dolarów, co równało się 144 tysiącom dolarów na osobę w Stanach Zjednoczonych, 181 tysiącom dolarów w Japonii, 1100 dolarów w Indiach, 1400 w Indonezji – co daje wyobrażenie o tym innym rodzaju polaryzacji”3. Biedacy, nie mając do sprzedaży swej siły roboczej, sprzedają swoje prawo (a raczej zostają go pozbawieni) do dziedziczenia zasobów naturalnych, których nikt nie wyprodukował i nie będzie mógł odnowić. Te nierówności społeczne pogłębiają się, chociaż są one idiotyczne zarówno z punktu widzenia tych, którzy nie mają zapewnionego minimum egzystencji, jak i bogatych, którzy tracą poczucie bezpieczeństwa i lansują programy typu „zero tolerancji”.

Wydaje się, że najbardziej uzasadnione byłoby powiązanie dochodu minimalnego z maksymalnym. Tymczasem maksymalne dochody łączy się z czymś tak nieuchwytnym jak odpowiedzialność, zasługi czy innowacja. Kojarzenie niebotycznych dochodów jakiegoś menedżera z cudowną produktywnością jest śmieszne i nie do udowodnienia. Zdaniem Dowbora ma to więcej wspólnego z übermenchem Nietzschego niż z jakąkolwiek racjonalnością ekonomiczną. Dochody powyżej pewnego poziomu nie podnoszą już jakości życia, ale zapewniają więcej władzy.

Należy znieść dotychczasowy podział pracy, w którym niektórzy pracują ponad siły i tracą zdrowie, a inni latami pozostają bez pracy i przekazują tę pozycję następnemu pokoleniu. Powinno się skrócić ustawowy czas pracy i wydłużyć czas wolny. Dowbor przypomina, że Keynes już w 1930 roku przewidywał możliwość skrócenia czasu pracy do trzech godzin dziennie lub piętnastu w tygodniu. Rynek nie stanowi wystarczającego mechanizmu alokacji zasobów siły roboczej. Nie ma przedsiębiorstwa, które prowadziłoby ewidencję czasu pracy straconego przez większość społeczeństwa w wyniku bezrobocia, oglądania bezmyślnych reklam czy wystawania w korkach oraz na przystankach autobusowych i stacjach kolejowych.

Dwuznaczna rola NGO’s­‑ów

Organizacje pozarządowe (NGO) przedstawia się jako dowód na rozwój społeczeństwa obywatelskiego, jako pomost łączący inicjatywy obywatelskie z sektorem publicznym. W rzeczywistości w krajach rozwiniętych sektor publiczny finansuje organizacje społeczeństwa obywatelskiego w 40 procentach, opłaty za świadczone usługi dają 50 procent dochodów, a sektor prywatny łoży na nie tylko 10 procent ich wydatków.

Rozwój tych organizacji przedstawiany jest niejednokrotnie jako sposób walki z omnipotencją władzy, obronę tradycji lokalnych. Tymczasem organizacje pozarządowe w warunkach globalizacji pełnią niejednoznaczną rolę. Cieszą się poparciem części środków masowego przekazu, które przedstawiają podejmowane przez nie działania jako uzasadnione imperatywami moralnymi i etycznymi. Hardt i Negri piszą, że w rzeczywistości organizacje te są „jedną z najpotężniejszych pokojowych broni nowego porządku światowego – są kampaniami miłosierdzia i zakonami żebraczymi Imperium. Organizacje te prowadzą »sprawiedliwe wojny« bez broni, bez przemocy, bez granic. Jak dominikanie w późnym średniowieczu i jezuici u zarania nowoczesności, grupy te usiłują poznać powszechne potrzeby i bronić praw człowieka. Za pomocą własnego języka i własnego działania określają wroga jako brak czegoś (w nadziei zapobieżenia poważnej szkodzie), a następnie traktują wroga jako grzech”. Piętnują wroga­‑grzesznika w „kategoriach inkwizycyjnych”. Taka interwencja moralna NGO „staje się awangardą interwencji imperialnej”. Organizacje te ukierunkowane są na „symboliczne wytwarzanie wroga”. „Interwencja moralna bywa często pierwszym aktem, który przygotowuje fazę interwencji militarnej. W takich przypadkach działania militarne przedstawia się jako akcję policyjną, mającą sankcję międzynarodową”4.

Buntujące się organizacje pozarządowe torują więc drogę nowym „wojnom sprawiedliwym”. Często nie wyłaniają się w wyniku spontanicznych reakcji obywateli, lecz bywają klonem organizacji międzynarodowych, korzystają z ich pomocy finansowej lub instytucji rządowych. W związku z tym odzwierciedlają one często „zewnętrzne interesy” i systemy wartości.

Rosja i Stany Zjednoczone deklarują walkę z terroryzmem i mobilizują do tego inne kraje, a są eksporterem ponad 60 procent broni. Stany Zjednoczone uczą innych demokracji, same natomiast wydają na zbrojenia więcej niż reszta świata. Pomimo potu i krwi amerykańskich żołnierzy nie udało się zbudować społeczeństwa obywatelskiego w Afganistanie i Iraku.

Nieracjonalność systemu

Nie ma chyba człowieka, który nie chciałby ograniczyć lub wyeliminować reklamy z telewizji czy komputerów i nie czułby się bezsilny. Zgodnie z normą UE reklamy mogą być nadawane przez dwanaście minut w ciągu godziny. Siedząc pięć godzin przed telewizorem zaliczamy godzinę reklam. Firmy reklamowe twierdzą, że tak jest lepiej dla potencjalnych klientów i telewidzów. Nie uwzględniają jednak faktycznych kosztów reklamy, jakie ponosi klient. Nie tylko tych ukrytych w cenach towarów, ale również tych płaconych z rachunkami za prąd. Rocznie każde gospodarstwo domowe posiadające nowoczesny telewizor dolicza do swego rachunku za prąd elektryczny od dwudziestu do trzydziestu złotych za każdy używany telewizor. Człowiek siedzący przed telewizorem traci rocznie 365 godzin w wyniku najazdu reklamy na program. Stanowi to czterdzieści pięć dni roboczych. Ale czas stracony przez telewidza, jego zmarnowany wypoczynek, nie jest opłacany przez zleceniodawcę lub nadawcę reklamy. Społeczne koszty reklam są ogromne, ale ponieważ większość ludzi uważa, że znajomość ekonomii jest obowiązkiem tylko ekonomistów, ma to, co ma. Ta tracona dziennie godzina to czas indoktrynacji na rzecz konsumpcjonizmu, gospodarki kapitalistycznej, uproszczonego, a wręcz prostackiego obrazu świata i jego mechanizmów.

Szacuje się, że gdy płacimy za jakiś towar, tylko 25 procent płaconej sumy jest opłatą za produkt, a 75 procent stanowią opłaty za badania, projekt, certyfikaty, strategie marketingowe, reklamę, adwokatów, księgowych, czyli „aktywa niematerialne”.

Większość reklam zlecana jest przez niewielką liczbę wielkich korporacji, oferujących ograniczony wachlarz produktów. Nie rozwiązują one kryzysu strukturalnego gospodarki rynkowej, bo jeśli w wyniku reklamy jednego produktu wzrośnie jego sprzedaż, to spadnie sprzedaż drugiego. Wolna konkurencja pozostaje rynkową wersją Hobbesowskiej „wojny wszystkich przeciwko wszystkim”.

Konsument jest ofiarą reklam. Jest ona idealna, gdy sprawia, że człowiek bez reklamowanego produktu czuje się przegrany. Kupuje wtedy rzeczy bezużyteczne, i zwiększa czas pracy, aby spłacać kredyty, wydane na takie zakupy. Racjonalność z punktu widzenia pojedynczej korporacji zamienia się w nieefektywność makroekonomiczną. Prowadzi do impasów na wielką skalę dla środowiska, do konieczności leczenia otyłości, do indywidualnej akumulacji dóbr, do wydatków na bezpieczeństwo, do dyskomfortu wynikającego z nierówności i elitaryzacji społecznej. Każdy chce posiadać coraz szybszy samochód, a w wielkich miastach przeciętna prędkość spada w godzinach szczytu do kilkunastu kilometrów na godzinę, czyli do prędkości dorożki. Kiedy kupujemy samochód, stajemy się więźniami wydatków na benzynę, ubezpieczenie, parkingi, mandaty, szpitale.

Zawłaszczenie wiedzy i usług publicznych

Innowacje są podstawą sukcesu nowoczesnej gospodarki. Jednakże koszty postępu naukowo­‑technicznego w warunkach globalizacji są coraz wyższe i niewiele państw stać jest na finansowanie go. Zdaniem Henryka Chołaja, „w 1993 roku dziesięć czołowych państw ponosiło ponad 84 procent globalnych wydatków na badania naukowe i wdrożeniowe; kontrolowały one 95 procent patentów zarejestrowanych w Stanach Zjednoczonych w ciągu ostatnich dwu dziesięcioleci”5. Jednocześnie wejście kapitału transnarodowego do peryferii powoduje upadek zaplecza naukowo­‑badawczego w tych krajach, co znajduje odbicie w mniejszym lub większym spadku ilości zgłaszanych patentów. W ramach realizowanego przez transnarodowe korporacje na peryferiach „drenażu mózgów” trwa pozyskiwanie przez nie wysokiej klasy specjalistów6. Poprzez wprowadzenie tak zwanej ochrony własności intelektualnej niejednokrotnie uniemożliwia się samodzielną produkcję krajom­‑peryferiom. Stany Zjednoczone i kraje wysoko rozwinięte próbują narzucić zasady innym, chociaż nie przestrzegały ich w przeszłości. Nikt nie widział potrzeby płacenia Chińczykom za wynalezienie papieru, prochu czy jedwabiu, czy też Niemcom za ponowne wynalezienie druku. Kraje słabo rozwinięte dają sobie narzucić płaszczyznę dyskusji o własności intelektualnej. Niejednokrotnie próbują opatentować wynalazki przeszłości, aby pobierać opłaty jak za tradycyjną produkcję. Przykładem może być próba opatentowania oscypka w Polsce.

Polskie rządy od kilkunastu lat mniej lub bardziej jawnie zmierzają do prywatyzacji służby zdrowia. Można mieć wątpliwości, czy w ogóle chcą rozwiązać problemy jej finansowania, czy tylko wykorzystują je do przedstawienia prywatyzacji jako jedynego remedium. Ze stomatologią oraz niektórymi usługami i przychodniami poszło bardzo łatwo, ale szpitale opierają się. Zdaniem Dowbora, Stany Zjednoczone wydają na służbę zdrowia około 14,6 procent PKB, z czego 6,6 procent w sektorze publicznym i 8 procent w sektorze prywatnym, nie mogą jednak pochwalić się najlepszym wykorzystaniem tych środków. Chociaż kraj ten wydaje najwięcej spośród państw rozwiniętych, jest dopiero na dziesiątym miejscu na świecie pod względem wskaźnika rozwoju społecznego, a pod względem „zdrowia” we wskaźniku rozwoju społecznego – na trzydziestym trzecim miejscu. Jednocześnie czterdzieści pięć milionów dorosłych Amerykanów w 2002 roku nie miało ubezpieczenia zdrowotnego7.

Z większą pokorą i uznaniem należy podchodzić do teorii i ruchów politycznych, które biorą za podstawę analizy nie tylko wieloletnią perspektywę, ale istnienie ludzkości. Wiele bowiem wielkich ruchów politycznych, początkowo traktowanych jako wywrotowe, wskazało ludzkości cele, które doprowadziły do zniesienia niewolnictwa, zakończenia kolonializmu, rozbudowy praw pracowniczych, przyznania praw politycznych kobietom, a dziś walczy z systemem spekulacji finansowej na skalę międzynarodową. Należy realizować trójjedyny cel: efektywność i żywotność gospodarczą, sprawiedliwość społeczną i bezpieczeństwo ekologiczne.

Przypisy:

1. L. Dowbor, Demokracja ekonomiczna. Alternatywne rozwiązania w sferze zarządzania społecznego, Warszawa 2009, s. 40.

2. Ile zarabiają menedżerowie spółek giełdowych? [@:] http://www.twoja-firma.pl/wiadomosc/16784741,ile-zarabiaja-menedzerowie-spolek-gieldowych.html (data dostępu: 3 sierpnia 2009).

3. L. Dowbor, Demokracja..., s. 16.

4. M. Hardt, A. Negri, Imperium, Warszawa 2005, s. 51­‑52.

5. H. Chołaj, Ekonomia polityczna globalizacji. Wprowadzenie, Warszawa 2003, s. 114.

6. „Przykładem potwierdzającym ten proces są Stany Zjednoczone, gdzie w wyniku »drenażu mózgów« z całego świata wśród osób ze stopniem naukowym doktora 50 procent to obcokrajowcy, najczęściej przejmo­wani razem z wynalazkami lub pomysłami, albo odkryciami, na podstawie których po­wstałe patenty są własnością tego kraju, z tego najbardziej cenne są utajnione. I stąd opowia­danie od wielu lat bajeczek, jak to zagranicz­ny kapitał przyniesie nam najnowocześniejszą technologię. Do innych krajów przenosi tech­nologię nie najnowszą i dla swoich firm, a za patenty każe słono płacić, likwidując wcześniej sektor badawczo rozwojowy danego kraju, tak jak to stało się w Polsce”. K. Lachowski, Sprzężenie zwrotne procesów globalnych [w:] „Transformacje”, 2006, nr 1­‑4 (47­‑50), s. 342­‑343.

7. L. Dowbor, Demokracja..., s. 118.

Edward Karolczuk – ur. 1955; doktor nauk humanistycznych; interesuje się problemami teorii polityki, historii najnowszej i społeczno­‑politycznych skutków transformacji; w ostatnim okresie publikował na łamach „Dziś”.