Odzyskać naszą wspólną przestrzeń

Naomi Klein
22.04.2004

Czym jest „ruch antyglobalistyczny”? Piszę to wyrażenie w cudzysłowie, ponieważ natychmiast nasuwają mi się w związku z nim dwie wątpliwości. Czy rzeczywiście jest to ruch? A jeśli jest to ruch, czy jest on przeciwko globalizacji? Zacznijmy od pierwszej kwestii. Łatwo możemy przekonać się, że jest to ruch, powołując go do istnienia za pomocą słów, na forum takim jak te – spędzam na nich zbyt wiele czasu – postępując tak, jak byśmy mogli go zobaczyć i dotknąć. Oczywiście widzieliśmy go – i wiemy, że powrócił on w Quebecu i na granicy amerykańsko­‑meksykańskiej podczas Szczytu Ameryk i dyskusji o Strefie Wolnego Handlu dla całej półkuli. Lecz później opuszczamy miejsca takie jak to, wracamy do domów, oglądamy telewizję, robimy zakupy i całe poczucie, że on istnieje, zanika, a nam się wydaje, że być może zaczynamy wariować. Seattle – czy był to ruch, czy zbiorowa halucynacja? Dla większości z nas, Seattle oznaczało swego rodzaju wschodzący globalny ruch oporu, czy też „globalizację nadziei”, jak ktoś to ujął podczas Światowego Forum Społecznego w Porto Alegre. Jednak dla całej reszty ludzi, Seattle to wciąż kawa z pianką, kuchnia powstała z połączenia z azjatycką, miliarderzy, którzy dorobili się na handlu elektronicznym oraz łzawe filmy z Meg Ryan. Lub, być może, jest ono i tym, i tym, a jedno Seattle zrodziło to drugie Seattle – i teraz z trudem współistnieją.

Ów ruch, którego istnienie czasem wyczarowujemy, znany jest pod wieloma nazwami: antykorporacyjny, antykapitalistyczny, antyimperialistyczny, ruch przeciwko wolnemu handlowi. Wiele osób twierdzi, że rozpoczął się on w Seattle. Inni utrzymują, że miał swój początek pięćset lat temu – gdy kolonizatorzy pierwszy raz powiedzieli rdzennym ludom, że będą musieli postępować inaczej, jeżeli mają się „rozwijać” lub nadawać się do prowadzenia „handlu”. Jeszcze inni mówią, że rozpoczął się on 1 stycznia 1994 roku, kiedy to Zapatyści rozpoczęli swoje powstanie ze słowami „Ya Basta!” tej samej nocy, której w Meksyku wprowadzono w życie układ NAFTA (Północnoamerykańska Strefa Wolnego Handlu). Wszystko zależy, kogo spytamy. Ja jednak sądzę, że trafniej jest wyobrazić sobie ruch wielu ruchów – koalicje koalicji. Tysiące grup działają dzisiaj przeciwko siłom, których wspólnym motywem jest to, co można ogólnie określić jako prywatyzację wszelkich aspektów naszego życia i zamianę każdego działania i każdej wartości w towar. Często mówimy o prywatyzacji szkolnictwa, służby zdrowia, zasobów naturalnych. Lecz zasięg tego procesu jest dużo szerszy. Obejmuje on takie zjawiska, jak zamienianie potężnych idei w hasła reklamowe, zaś publicznych ulic w centra handlowe; czynienie z nowych pokoleń celu marketingowego od urodzenia; inwazja reklam do szkół; sprzedawanie jako towary dóbr pierwszej potrzeby, takich jak woda; tłamszenie podstawowych praw pracowniczych; patentowanie genów oraz budzącą niepokój możliwość pojawienia się zaprojektowanych genetycznie dzieci; genetyczne modyfikowanie ziaren; kupowanie i urabianie polityków.

Jednocześnie istnieją aspekty opozycyjne, przyjmujące formy wielu różnych kampanii i ruchów. Duch, który je wszystkie łączy, to dążenie do radykalnego odzyskania tego, co wspólne. Podczas gdy nasza przestrzeń komunalna – place miejskie, ulice, szkoły, gospodarstwa i fabryki – są likwidowane przez nadymający się rynek, na całym świecie wyłania się duch oporu. Ludzie odzyskują kawałki natury i kultury i mówią „to będzie przestrzeń publiczna”. Amerykańscy studenci pozbywają się reklam ze swoich sal. Europejscy ekolodzy i miłośnicy rave robią imprezy na ruchliwych skrzyżowaniach. Pozbawieni ziemi tajscy chłopi uprawiają organiczne warzywa na zbyt mocno nawadnianych polach golfowych. Boliwijscy robotnicy unieważniają prywatyzację ich zasobów wody. Małe firmy takie jak Napster tworzyły rodzaj wspólnego dobra w Internecie, umożliwiając dzieciakom wymienianie się muzyką między sobą, zamiast kupować ją od międzynarodowych firm płytowych. Uwalniano billboardy i zakładano sieci niezależnych mediów. Protesty się mnożą. W Porto Alegre, podczas Światowego Forum Społecznego, José Bové, często karykaturowany jako jedynie wichrzyciel przeciwko McDonald’sowi oraz lokalni aktywiści z Movimento Sem Terra (Ruchu Chłopów Bezrolnych) przejechali na pobliskie pole testowe Monsanto, gdzie zniszczyli trzy hektary genetycznie modyfikowanej soi. Jednak protesty na tym nie stanęły. MST zajął tę ziemię i jego członkowie prowadzą teraz na niej własne organiczne uprawy, zarzekając się, że zrobią z tego modelowe gospodarstwo ekologiczne. Mówiąc w skrócie, aktywiści nie czekają na rewolucję, działają już teraz, w miejscu gdzie mieszkają, gdzie studiują, gdzie pracują, gdzie uprawiają ziemię.

Pojawiają się jednak także pewne propozycje formalne, których celem jest zmiana takich radykalnych aktów odzyskania dóbr wspólnych w obowiązujące prawo. Kiedy przygotowywano układ NAFTA, sporo się mówiło o dodaniu do programu wolnego handlu „porozumień pobocznych”, które miały obejmować prawa pracownicze, regulacje ochrony środowiska i prawa człowieka. Obecnie toczy się walka o wyrzucenie ich. José Bové – wraz ze światowym stowarzyszeniem drobnych rolników Via Campesina – rozpoczął kampanię w celu wyłączenia bezpieczeństwa żywności i produktów rolniczych z wszelkich porozumień handlowych, pod hasłem „Świat nie jest na sprzedaż”. Chcą oni wyznaczyć granicę wokół dóbr wspólnych. Maude Barlow, dyrektor Rady Kanadyjczyków, która ma więcej członków niż większość partii politycznych w Kanadzie, przekonywał, że woda nie jest dobrem prywatnym i nie powinna być objęta żadnym porozumieniem handlowym. Istnieje spore poparcie dla tej idei, zwłaszcza w Europie od czasu ostatnich skandali żywnościowych. Zazwyczaj te kampanie antyprywatyzacyjne funkcjonują samodzielnie. Jednak raz na jakiś czas zbiegają się – tak właśnie stało się w Seattle, Pradze, Waszyngtonie, Davos, Porto Alegre i Quebecu.

Ponad granicami

Oznacza to, że nastąpiła zmiana dyskursu. Podczas walk przeciw NAFTA, pojawiły się pierwsze oznaki koalicji między organizacjami pracowniczymi, ekologami, rolnikami i grupami konsumenckimi w krajach, których dotyczyło porozumienie. W Kanadzie większość z nas czuła, żę walczymy o ochronę tego, co wyróżnia nasz naród, przed „amerykanizacją”. W Stanach zjednoczonych używano bardzo protekcjonistycznego języka: pracownicy obawiali się, że Meksykanie „odbiorą” nam „nasze” miejsca pracy i doprowadzą do pogorszenia się „naszych” standardów ekologicznych. Przez cały ten czas głosy Meksykanów sprzeciwiających się układowi pozostawały praktycznie niesłyszalne w społeczeństwie – a jednak były one najgłośniejsze ze wszystkich. Lecz już kilka lat później ta debata na temat handlu uległa przeobrażeniu. Walka przeciw globalizacji przemieniła się w walkę przeciwko „korporatyzacji” i – dla niektórych – przeciwko kapitalizmowi jako takiemu. Stała się również walką o demokrację. Maude Barlow stanęła na czele kanadyjskiej kampanii przeciw NAFTA dwanaście lat temu. Od kiedy porozumienie NAFTA weszło w życie, działała razem z aktywistami z innych krajów i z anarchistami wrogo nastawionymi do państwa w ich własnym kraju. Niegdyś postrzegano ją w dużym stopniu jako twarz kanadyjskiego nacjonalizmu. Dziś odeszła od tamtego dyskursu. „Zmieniłam się”, mówi, „wcześniej postrzegałam tę walkę jako ratowanie narodu. Teraz widzę ją jako ratowanie demokracji”. Jest to kwestia, która przekracza narodowość i granice państwowe. Prawdziwą nowością wynikłą z Seattle jest to, że działacze na całym świecie zaczynają postrzegać swoje lokalne i narodowe zmagania – o lepiej dofinansowane szkoły publiczne, przeciw atakom na związki zawodowe i uelastycznieniu zatrudnienia, o zachowanie gospodarstw rodzinnych i przeciw poszerzającej się przepaści między bogatymi a biednymi – poprzez globalne soczewki. Jest to najbardziej znacząca zmiana, jaką widzimy od lat.

Jak to się stało? Co lub kto zebrał ten nowy międzynarodowy ruch? Kto rozesłał wici? Kto stworzył te skomplikowane koalicje? Kusi, by stwarzać pozory, że ktoś wymyślił mistrzowski plan mobilizacji w Seattle. Sądzę jednak, że w dużo większym stopniu był to zbieg okoliczności na dużą skalę. Wiele mniejszych grup zorganizowało się, by się tam pojawić, po czym ku swojemu zdziwieniu spostrzegli, jak szeroka i zróżnicowana jest koalicja, której stali się częścią. Niemniej, o ile istnieje jedna siła, której możemy dziękować za powołanie tego frontu do istnienia, są nią wielonarodowe korporacje. Jak zauważył jeden z organizatorów akcji Reclaim the Streets (Odzyskać Ulice), powinniśmy być wdzięczni szefom firm za to, że pomogli nam szybciej dostrzec te problemy. Dzięki zwyczajnej imperialistycznej ambicji korporacji w obecnym punkcie historii – bezgranicznej żądzy zysku, uwolnionej przez deregulację handlu, oraz fali fuzji i przejęć, wyzwolonych przez osłabione prawa antytrustowe – korporacje międzynarodowe stały się tak oślepiająco bogate, tak rozległe w swoich holdingach, tak globalne w swoim zasięgu, że stworzyły nasze koalicje za nas.

Na całym świecie, działania aktywistów odzwierciedlają strukturę globalnych korporacji. Może oznaczać to tworzenie związków zawodowych ponad granicami, lecz również organizowanie współpracy pomiędzy poszczególnymi sektorami – między pracownikami, ekologami, konsumentami, a nawet więźniami, z których wszyscy mogą mieć rozmaite relacje względem jednej korporacji. Można zatem zbudować pojedynczą kampanię lub koalicję wokół jednej marki, jak General Electric. Dzięki Monsanto rolnicy z Indii działają razem z ekologami i konsumentami w wielu miejscach świata, aby rozwinąć strategie oparte na akcji bezpośredniej w celu zakazania uprawy genetycznie modyfikowanych roślin na polach i ich sprzedaży w supermarketach. Dzięki firmom Shell i Chevron działacze na rzecz praw człowieka w Nigerii, demokraci w Europie, ekolodzy w Ameryce Północnej zjednoczyli się w walce przeciw niezrównoważeniu przemysłu naftowego. Dzięki decyzji gastronomicznego giganta Sodexho­‑Marriott o zainwestowaniu w Corrections Corporation of America (wiodąca prywatna firma amerykańska dostarczająca usług więziennych – przyp. tłum.), studenci są w stanie protestować przeciwko rozrastającemu się i działającemu dla zysku przemysłowi więziennemu, zwyczajnie bojkotując żywność sprzedawaną w uniwersyteckim barze. Inne cele obejmują firmy farmaceutyczne, próbujące zahamować produkcję i dystrybucję tanich leków na AIDS, a także sieci fast foodów. […]

To oczywiście koncern Nike w największym stopniu pomógł utorować drogę temu nowemu rodzajowi skoordynowanych działań. Studenci stojący przed perspektywą przejęcia ich campusów przez Nike, połączyli się z robotnikami produkującymi markowe szaty uniwersyteckie, a także ze swoimi rodzicami, zatroskanymi komercjalizacją młodzieży oraz z grupami kościelnymi prowadzącymi kampanię przeciwko pracy dzieci – wszyscy zjednoczeni poprzez różnorodne relacje wobec wspólnego globalnego wroga. Wyjawianie tego, co stoi za blichtrem marek konsumenckich stanowiło wczesne narracje tego ruchu, swego rodzaju odpowiedzi na bardzo różne narracje, jakie te firmy opowiadają o sobie na co dzień poprzez reklamę i Public Relations.

Koncentrując się na korporacjach, organizatorzy są w stanie obrazowo pokazać, w jaki sposób tak wiele kwestii dotyczących sprawiedliwości społecznej, ekologicznej i ekonomicznej jest ze sobą powiązanych. Nikt z aktywistów, których poznałam, nie wierzy, że światowa gospodarka może zmieniać się korporacja po korporacji, lecz kampanie te otworzyły drzwi do tajemnego świata międzynarodowego handlu i finansów. Drzwi te prowadzą do centralnych instytucji, które piszą reguły globalnego handlu: WTO, MWF, FTAA (Free Trade Agreement of Americas), a według niektórych sam rynek. Tutaj również jednoczącym zagrożeniem jest prywatyzacja – utrata tego, co wspólne. Następna runda negocjacji w ramach WTO ma być zorientowana na jeszcze większe rozszerzenie utowarowienia. Poprzez poboczne porozumienia, takie jak GATS (Układ Ogólny w Sprawie Handlu Usługami) oraz TRIPS (Porozumienie O Handlowych Aspektach Praw Własności), stawia się za cel coraz ostrzejszą ochronę praw własności ziaren i patentów na leki, a także urynkowienie usług zdrowotnych, edukacyjnych oraz dostępu do wody.

Największe wyzwanie, przed jakim stoimy, to wyrażenie tego wszystkiego w formie powszechnie dostępnego przekazu. Wielu uczestników kampanii niemal intuicyjnie rozumie związki pomiędzy różnymi zagadnieniami – w dużym stopniu tak, jak mówi wicekomendant Marcos: „zapatyzm to nie ideologia, lecz intuicja”. Jednak dla osób spoza ruchu, sama forma współczesnych protestów może być nieco niejasna. Jeśli przez moment przyjrzeć się ruchowi z zewnątrz, tak jak czyni to większość ludzi, da się usłyszeć coś, co może się wydawać kakofonią rozproszonych haseł, pomieszaną listą odmiennych żalów pozbawionych jasnych celów. Pamiętam, jak podczas ogólnokrajowej konwencji Partii Demokratycznej w ubiegłym roku, stałam na zewnątrz Staples Centre w czasie koncertu Rage Against Machine, tuż przed tym, jak o mało co nie zostałam zastrzelona, i myślałam sobie, że wszędzie są hasła na wszystko, aż do absurdu.

Porażki głównego nurtu

Tego rodzaju wrażenie wzmacnia zdecentralizowana, pozbawiona hierarchii struktura ruchu, co zawsze wprawia w zakłopotanie tradycyjne media. Dobrze zorganizowane konferencje prasowe są rzadkością, brak jest charyzmatycznego przywództwa, protesty często nakładają się na siebie. Miast formować piramidę z liderami na górze i zwolennikami na dole, jak czyni większość ruchów, bardziej przypomina skomplikowaną sieć. Po części, ta sieciowa struktura wynika z faktu, iż ruch organizuje się w znacznej mierze w oparciu o internet. Jednak jest ona również odpowiedzią na samą rzeczywistość polityczną, która stała się przyczyną protestów w pierwszej kolejności: raczej całkowita porażka tradycyjnej polityki partyjnej. Na całym świecie, obywatele wybierali partie socjaldemokratyczne i pracownicze, tylko po to, by patrzeć później, jak zasłaniają się one niemocą wobec sił rynkowych i żądań MFW. W tej sytuacji, współcześni aktywiści nie są tak naiwni, by wierzyć, że zmiana przyjdzie ze strony polityki parlamentarnej. Oto dlaczego są oni bardziej zainteresowani kwestionowaniem struktur, które czynią demokrację bezwarościową, takich jak zdolność WTO do lekceważenia narodowej suwerenności, korupcyjne finansowanie kampanii wyborczych, i tak dalej. Nie jest to jedynie czynienie cnoty z konieczności. Jest to odpowiedź na poziomie ideologicznym na fakt, że globalizacja jest w istocie kryzysem demokracji przedstawicielskiej. Co spowodowało ów kryzys? Jedną z podstawowych jego przyczyn jest to, że władza i podejmowanie decyzji było coraz bardziej oddalane od obywateli: z poziomu lokalnego na poziom wojewódzki, z wojewódzkiego na narodowy, a narodowego – w ręce międzynarodowych instytucji, którym brakuje jakiejkolwiek przejrzystości i odpowiedzialności. Jakie jest rozwiązanie? Nazywając alernatywę jednym zwrotem: demokracja uczestnicząca.

Jeśli chodzi o naturę zarzutów podnoszonych względem Światowej Organizacji Handlu, dotyczą one tego, że rządy na całym świecie przyjęły model ekonomiczny, który obejmuje dużo więcej niż otwieranie granic dla towarów i usług. Dlatego właśnie używanie języka „antyglobalizacji” nie jest użyteczne. Większość ludzi nie wie tak na prawdę, co to jest globalizacja, zaś sam termin sprawia, że ruch jest ogromnie narażony na typowe lekceważące zarzuty, jak: „Jeśli jesteście przeciwko handlowi i globalizacji, dlaczego pijecie kawę?” W rzeczywistości ruch ten stanowi odrzucenie tego, co idzie za handlem i tak zwaną globalizacją – opowiedzenie się przeciwko całemu zestawowi polityk dostosowawczych, które przedstawia się każdemu krajowi na świecie mówiąc, że musi je zaakceptować, aby przyciągnąć inwestycje. Nazywam ten zestaw „McRządem”. To swoisty happy meal, składający się z obcinania podatków, prywatyzacji usług, liberalizowania regulacji, niszczenia związków zawodowych – czemu służy taka dieta? Usunięciu wszelkich przeszkód stojących na drodze rynkowi. Pozwólmy wolnemu rynkowi się kręcić, a wszystkie inne problemy rozwiążą się ponoć same, zgodnie z „teorią skapywania”. Tu nie chodzi o handel. Tu chodzi o wykorzystywanie handlu do wymuszania recepty „McRządu”.

Tak więc pytanie, jakie dzisiaj, w czasie biegu do FTAA zadajemy, nie brzmi: jesteś za, czy przeciwko handlowi? Pytanie brzmi: czy mamy prawo negocjować warunki naszych stosunków z zagranicznym kapitałem i inwestorami? Czy możemy decydować o tym, jak chcemy ochraniać się przed zagrożeniami nieodłącznymi dla zderegulowanego rynku, czy musimy sobie te decyzje zakontraktować? Problemy te staną się o wiele bardziej dojmujące, gdy znajdziemy się w recesji, gdyż w trakcie gospodarczego boomu tak wiele zostało zniszczone z tego, co zostało z naszych zabezpieczeń społecznych. Podczas okresu nieksiego bezrobocia, ludzie specjalnie się o to nie martwili. Prawdopodobnie będą znacznie bardziej zatroskani w niedalekiej przyszłości. Dla przykładu, czy Kanada ma prawo zakazać szkodliwego dodatku do benzyny i nie zostać zaskarżoną przez zagraniczną kompanię chemiczną? Nie – zgodnie z decyzją WTO wydaną na korzyść Ethyl Corporation. Czy Meksyk ma prawo odmówić zezwolenia na budowę niebezpiecznego zakładu utylizacji odpadów toksycznych? Nie – według Metalclad, amerykańskiej firmy, która pozwała przed NAFTA meksykański rząd na kwotę 16,7 miliona dolarów. Czy Francja ma prawo nie wpuścić do kraju traktowanej hormonami wołowiny? Nie, według Stanów Zjednoczonych, które wzięły odwet, zakazując importu francuskich produktów, takich jak ser Roquefort – co skłoniło producenta serów, Jose Bové, do zniszczenia baru McDonald’s; Amerykanie myśleli, że po prostu nie lubi hamburgerów. Czy Argentyna musi zredukować swój sektor publiczny, by móc uzyskać zagraniczne pożyczki? Tak, według MFW – doprowadzającego do rozpętywania strajków generalnych przeciwko społecznym konsekwencjom jego działań. Wszędzie ta sama kwestia: przehandlowywanie demokracji w zamian za zagraniczny kapitał.

Na mniejszą skalę, te same walki o samostanowienie i zrównoważony rozwój prowadzone są przeciwko finansowanym przez Bank Światowy tamom, wyrębom lasów, hodowlom przemysłowym czy wydobywaniu zasobów na ziemiach rdzennych plemion. Większość uczestnikó tych ruchów nie sprzeciwia się handlowi czy rozwojowi przemysłowemu. To o co walczą, to prawo lokalnych społeczności, by mieć coś do powiedzenia w sprawie tego, jak wykorzystuje się ich zasoby, aby mieć pewność, że ludzie, którzy żyją w danym miejscu, będą odnosić korzyść z rozwoju. Te kampanie nie są reakcją na handel, lecz na kompromis, który liczy sobie już pięćset lat: poświęcenie kontroli demokratycznej i samostanowienia dla zagranicznych inwestycji i panaceum wzrostu gospodarczego. Wyzwaniem, przed jakim teraz stają, jest przemienienie dyskursu wokół mglistego pojęcia globalizacji w bardziej specyficzną debatę na temat demokracji. W okresie „niebywałej prosperity” mówiono ludziom, że nie mają wyboru, jak tylko obcinać wydatki publiczne, wycofywać uregulowania dotyczące praw pracowniczych, uchylać prawa ochrony środowiska – uważane za nielegalne bariery handlowe, wstrzymywać fundusze na szkoły, zaprzestać budowania tanich domów. Wszystko to było konieczne, żebyśmy stali się gotowi do handlu, przyjaźni dla inwestorów, konkurencyjni na rynku światowym. Wyobraźcie sobie, jakie rozkosze czekają na nas w czasie recesji.

Musimy być w stanie pokazać, że globalizacja – ta wersja globalizacji – została zbudowana kosztem lokalnego dobrobytu ludzi. Zbyt często pomija się związki między tym co globalne a tym co lokalne. Wydaje się za to, że mamy dwa rodzaje aktywistów działających w osamotnieniu. Z jednej strony – międzynarodowi aktywiści antyglobalistyczni, którzy być może mają zwycięski nastrój, lecz zdają się walczyć o odległe kwestie, niezwiązane z codziennymi zmaganiami ludzi. Często postrzegani są jako elitarni: białe dzieciaki z klasy średniej z dreadami na głowie. Z drugiej strony – działacze społeczności lokalnych, prowadzący codzienną walkę o przetrwanie lub o zachowanie najbardziej elementarnych usług publicznych, którzy nie raz czują się wypaleni i zgorszeni. Mówią: czym do diabła się tak kolesie podniecacie?

Jedyny klarowny sposób, by posunąć się naprzód to sprawić, żeby te dwie siły się połączyły. To, co obecnie jest ruchem antyglobalistycznym musi się zamienić w tysiące lokalnych ruchów, walczących z bardziej bliskimi skutkami polityki neoliberalnej: bezdomnością, stagnacją płac, wzrostem czynszów, przemocą policji, wzrostem liczby osób w więzieniach, kryminalizacją pracujących imigrantów, i tak dalej. Są to również zmagania dotyczące wszelkiego typu prozaicznych kwestii, jak prawo do decydowania o tym, dokąd trafiają lokalne odpady, prawo do dobrych szkół publicznych, prawo do dostępu do czystej wody. Lokalne ruchy walczące na miejscu z prywatyzacją i deregulacją muszą równocześnie połączyć swoje kampanie w jeden duży globalny ruch, który będzie w stanie ukazać, jak ich poszczególne sprawy wiążą się z międzynarodowym programem ekonomicznym wymuszanym na całym świecie. Jeżeli nie dokona się tego powiązania, ludzie pozostaną rozgoryczeni. To, czego potrzebujemy, to określenie politycznej struktury, która będzie w stanie zarówno zwalczyć władzę i kontrolę korporacji, jak i umocnić lokalną organizację i samostanowienie. Musi być to struktura, która zachęca, celebruje i silnie chroni prawo do różnorodności: kulturowej, ekologicznej, rolniczej i – owszem – także politycznej: różnych sposobów prowadzenia polityki. Społeczności muszą mieć prawo planować i zarządzać swoimi szkołami, swoimi usługami, swoim naturalnym otoczeniem wedle swoich własnych standardów. Oczywiście, jest to możliwe jedynie w ramach standardów krajowych i międzynarodowych dotyczących publicznej edukacji, emisji substancji pochodzących ze spalania paliw kopalnych i tak dalej. Jednak celem nie powinny być lepsze odległe reguły i rządzący, powinna nim być demokracja jak najbliżej ludzi.

Zapatyści mają na to swój zwrot. Nazywają to „jednym światem, w którym istnieje wiele światów”. Niektórzy krytykowali to jako ucieczkę od odpowiedzi w stylu New Age. Domagają się planu. „Wiemy, co rynek zamierza zrobić z tymi miejscami, a co wy chcecie zrobić? Gdzie jest wasz projekt?” Uważam, że nie powinniśmy obawiać się odpowiedzieć: „Nie my mamy o tym decydować”. Musimy mieć nieco zaufania do zdolności ludzi do rządzenia się samemu, do podejmowania decyzji, które są dla nich najlepsze. Musimy okazać trochę pokory, teraz, kiedy jest tak wiele arogancji i paternalizmu. O wierze w ludzką różnorodność i lokalną demokrację można powiedzieć wszystko, ale nie to, że jest pozbawiona treści. Wszystko w McRządzie spiskuje przeciwko nim. Neoliberalna gospodarka na każdym poziomie skłania się ku centralizacji, konsolidacji, ujednoliceniu. To jest wojna wytoczona różnorodności. By się jej sprzeciwić, potrzebujemy ruchu na rzecz radykalnej zmiany, zaangażowanego na rzecz jednego świata, w którym jest wiele światów, ruchu, który opowiada się za „jednym »nie« i wieloma »tak«„.

Naomi Klein – kanadyjska dziennikarka, aktywistka alterglobalistyczna i autorka książek No Logo (wyd. polskie 2004), Mury i wyłomy, czyli bariery i szanse. Doniesienia z linii frontu debaty o globalizacji (wyd. polskie Warszawa 2008) oraz Doktryna szoku (wyd. polskie Warszawa 2008). Pisze regularne felietony dla „Nation” i „Guardiana”. Obecnie pracuje nad książką poświęconą zmianom klimatu. Strona internetowa autorki: www.naomiklein.org.