Mit nowego antysemityzmu

Brian Klug
04.04.2007

W 1879 roku, niemiecki dziennikarz Wilhelm Marr, były socjalista i anarchista, założył organizację na dwa sposoby nowatorską. Była to pierwsza partia polityczna, której program opierał się na wrogości wobec Żydów. Miała też w nazwie nowe słowo: „antysemita”.

Marr był ateistą, a Antisemiten­‑Liga (Liga Antysemitów) uzasadniała swoją niechęć do Żydów na gruncie świeckim, uznając ich za obcą „rasę”. Tym niemniej, jego definicja „semityzmu” nie odbiegała w istocie od zdemonizowanego obrazu Żyda, jaki istniał od wieków w chrześcijańskiej Europie. Wszystko sprowadzało się do przekonania, że Żydzi są ludem innym, niż reszta ludzkości. Są wrogami. Wszędzie, gdzie się znajdą, tworzą państwo w państwie. Wspólnie konspirując, wspierają swój zbiorowy interes kosztem narodów czy społeczeństw, pośród których żyją, a które stają się ich ofiarą. Podstępni i wpływowi, są też niezwykle zdolni, dzięki czemu mogą osiągnąć swoje cele mimo niewielkiej liczebności. Termin „antysemityzm” zaczęto stosować na określenie takiego dyskursu i wariacji na poruszane w jego obrębie tematy, bowiem retoryka jest identyczna niezależnie od tego, czy tożsamość żydowską postrzega się jako religijną, rasową, narodową czy etniczną. Niekiedy dyskurs ten widoczny jest wprost, czasem zaś w podtekście ataków na Żydów. Tak zdefiniowany antysemityzm nie jest niczym nowym.

Jednak wiele pojawiających się ostatnio artykułów i książek omawia rozwój „nowego antysemityzmu”. To w niego uderza Mortimer Zuckerman w Graffiti on History’s Walls (Grafitti na murach historii) – głównym artykule U.S. News & World Report z 3 listopada 2003. W grudniu tygodnik New Yorkopublikował artykuł The Return of Anti­‑Semitism (Powrót antysemityzmu), utrzymany w podobnie sensacyjnym tonie. Pisano tam o „erupcji wrogości” wobec Żydów i sugerowano, że nienawiść do nich stała się w Europie „politycznie poprawna”. Takie samo twierdzenie zawarte jest w co najmniej trzech książkach opublikowanych niedawno w języku angielskim: Never Again? (Nigdy więcej?) autorstwa Abrahama Foxmana, przewodniczącego Ligi Przeciw Zniesławianiu; The New Anti­‑Semitism (Nowy antysemityzm) autorstwa feministki Phyllis Chesler; oraz The Case for Israel (W obronie Izraela) autorstwa profesora Harvard University Alana Dershowitza. Większość autorów, których artykuły opublikowano w A New Antisemitism? (Nowy antysemityzm?) pod redakcją Paula Iganskiego i Barry’ego Kosmina, wyraża podobny pogląd, choć z różną siłą.

Jak wskazują słowa „groźba” i „kryzys”, użyte w podtytułach książek Foxmana i Chesler, „nowy antysemityzm” uznawany jest przez osoby stwierdzające istnienie takiego fenomenu za oczywiste, bieżące zagrożenie. Foxman uważa, że „powstaje przerażające przymierze poglądów antyżydowskich, obejmujące cały świat”. Chesler idzie jeszcze dalej: „Wyrażę się jasno: wojna przeciwko Żydom toczy się na wielu frontach – militarnym, politycznym, ekonomicznym i propagandowym – i na wszystkich kontynentach”. Dostrzega nawet szersze zagrożenie dla całej cywilizacji Zachodu: „Kto lub co jest w stanie przeciwstawić się temu szaleństwu, które trzyma świat w garści oraz grozi zniszczeniem Żydów i Zachodu?”.

Z całą pewnością klimat wrogości i brutalne ataki fizyczne na Żydów dają powody do niepokoju. I tak na przykład w którąś sobotę zeszłego listopada (2003 r. – przyp. tłum.) podczas nabożeństwa szabasowego, dwie synagogi w Stambule zaatakowano za pomocą ciężarówek wypełnionych materiałami wybuchowymi, natomiast w Paryżu ortodoksyjna szkoła żydowska została podpalona i niemal całkowicie spłonęła. Niektórzy analitycy wskazują, że w 2002 r. liczba ataków na Żydów (lub osoby uważane za Żydów) wzrosła o 60 procent w porównaniu z rokiem poprzednim. Jednocześnie coś psuje się w dyskursie publicznym. Hasła i rysunki antyżydowskie pojawiają się na marszach protestacyjnych przeciw inwazji na Irak. Pojawiają się znów teorie spiskowe dotyczące Żydów, jak na przykład szeroko rozpowszechniana plotka, według której Żydzi zostali ostrzeżeni, by 11 września 2001 r. trzymać się z dala od nowojorskiego World Trade Center. Ponadto osoby publiczne zarówno z lewa, jak i z prawa, czynią ostatnio negatywne uogólnienia o Żydach i „wpływach żydowskich”.

Omawiani autorzy mają skłonność do wrzucania wszystkich tych faktów do jednego worka, dodając jeszcze przykłady tego, co uznają za eksplozję uprzedzeń wobec Izraela w mediach, w ONZ, na uczelniach i w innych miejscach. Dochodzą do wniosku, że istnieje jeden, jednolity fenomen – „nowy antysemityzm”. Jednak, mimo że fakty są bardzo niepokojące, pomysł, że w sumie dają one nowy rodzaj antysemityzmu jest nieporozumieniem. Co więcej, nieporozumienie to w połączeniu z Maccarthystowską tendencją do dostrzegania antysemitów za każdym rogiem przyczynia się prawdopodobnie do rozwoju klimatu wrogości wobec Żydów. W rezultacie sytuacja ludzi, których autorzy ci pragną bronić, staje się jeszcze gorsza.

Teza, którą krytykuję nie głosi, że następuje wybuch „starego” antysemityzmu, ale że obserwujemy wybuch antysemityzmu nowego typu. Argumenty na poparcie takiego twierdzenia nie mogą być tylko kumulatywne i sprowadzać się do podania serii przykładów. Istnieje pewna zasada organizująca ten kierunek myślenia, centralna koncepcja spajająca tę argumentację. Jedynie taka koncepcja może sprawić, że wiele przykładów przytoczonych w literaturze będzie można uznać za przejawy antysemityzmu. Bez niej, teza, którą przykłady te mają popierać, upada. Pytanie brzmi więc: co sprawia, że „nowy antysemityzm” należałoby uznać za „nowy”?

Odpowiedź brzmi: antysyjonizm. Jak uważają Iganski i Kosmin, „oczernianie Izraela jest główną cechą” judeofobii (termin używany przez nich na określenie „nowego antysemityzmu”). Autor jednego z esejów opublikowanych w zredagowanej przez nich książce, naczelny rabin Wielkiej Brytanii i Wspólnoty Narodów Jonathan Sacks, wyjaśnia: „Widzimy obecnie drugą wielką przemianę antysemityzmu w epoce nowoczesnej – od antysemityzmu rasowego do antysyjonizmu religijnego (z dodatkowym założeniem, że wszyscy Żydzi to syjoniści)”. Niekiedy wysuwa się argument, iż na gruncie „nowego” antysemityzmu Państwo Izrael jest tym, czym był pojedynczy Żyd w antysemityzmie „starego” rodzaju. Rabin Sacks nakreśla tę analogię również w artykule opublikowanym w tygodniku Guardian: „Zazwyczaj [antysemityzm] kierowany był przeciwko Żydom jako jednostkom. Obecnie jest on skierowany przeciw Żydom jako suwerennemu narodowi”. W podobnych duchu Dershowitz twierdzi, że Izrael stał się „Żydem wśród Narodów”.

Foxman definiuje syjonizm w następujący sposób: „Syjonizm oznacza po prostu poparcie dla istnienia państwa żydowskiego – a konkretnie Państwa Izrael”. W wąskim sensie antysyjonizm stanowi po prostu zaprzeczenie syjonizmu: odrzucenie idei państwa żydowskiego, a konkretnie Izraela. Dokonana przez Foxmana ocena tego stanowiska jest bezkompromisowa: „Trudną, lecz niezaprzeczalną prawdą jest, że to, co niektórzy nazywają antysyjonizmem, to w istocie antysemityzm – zawsze, wszędzie i w każdym wypadku”. Dla pewności dodaje: „Dlatego też antysyjonizm nie jest dopuszczalnym poglądem politycznym, ale wyrazem uprzedzeń i nienawiści”.

Foxman utrzymuje, że nie sprzeciwia się krytyce Izraela. „Na każdym forum publicznym – pisze – zaznaczam, że krytyka państwa żydowskiego niekoniecznie jest antysemicka”. Jednak zwrot „niekoniecznie jest” pozwala domniemywać, że „prawdopodobnie jest”, a to w istocie oznacza: „zazwyczaj taka jest”. W jego opinii „w większości obecnych ataków na Izrael i syjonizm nie chodzi tak naprawdę o politykę i postępowanie jednego z państw narodowych. Chodzi o Żydów”. Oto potoczna wiedza na gruncie literatury omawiającej „nowy antysemityzm”. Opinia taka opiera się na przekonaniu, że tego rodzaju ataki w nieuczciwy sposób wyróżniają Izrael spośród innych państw, bądź stosują podwójne standardy. Jak pisze Dershowitz:

Jeśli krytyka nie jest przesadna, bierze pod uwagę kontekst i jest uczciwa, to należy zachęcać do jej podejmowania, a nie odrzucać. Jednak jeśli krytyce poddawane jest wyłącznie państwo żydowskie, i to za wady, które w innych krajach są dużo bardziej rażące, to krytyka taka przekracza granicę dzielącą uczciwość od nikczemności, a stając się antysemicka przestaje być akceptowalna.

Granicę tę różni autorzy wyznaczają w różnych miejscach. Jednak zazwyczaj zostaje ona wyznaczona tak, by wykluczyć krytykę idącą trochę tylko dalej niż uderzenie po łapach izraelskiego rządu czy pogrożenie palcem wobec niektórych przepisów prawa.

Mówiąc, że „nowość” „nowego antysemityzmu” bierze się z „antysyjonizmu”, mam na myśli nie tylko antysyjonizm w wąskim znaczeniu; chodzi mi o szerszy sens, obejmujący wszelkie poglądy znajdujące się daleko poza „granicą uczciwości”. Jeśli więc przekroczenie tej granicy jest antysemickie, a przekracza ją „większość obecnych ataków na Izrael i syjonizm”, to znaczy to, że większość obecnych ataków na Izrael i syjonizm ma charakter antysemicki. Rozszerzając tę logikę: każdy atak wymierzony w Izrael bądź Żydów ma charakter antysemicki, jeśli wynika z przekonań znajdujących się za tą granicą. Ponieważ Izrael i syjonizm stanowią oś tak wielu kontrowersji na całym świecie, logika ta skutkuje momentalnym podniesieniem do sześcianu ilości antysemityzmu na Ziemi, o ile nie uznaniem, że toczona jest prawdziwa „wojna przeciw Żydom”.

Rzecz jasna zrozumiałym jest, że wielu Żydów logika ta niezwykle pociąga. Istnieje długa i haniebna historia stosowania słowa „syjonista” jako szyfru na oznaczenie Żyda – na przykład w czasie czystek „antysyjonistycznych” w komunistycznej Polsce w 1968 r., kiedy to wydalono z kraju tysiące Żydów, czy wówczas, gdy współczesna skrajna prawica używa skrótu ZOG (Zionist Occupied Government – rząd przejęty przez syjonistów) na określenie rządu Stanów Zjednoczonych. Co więcej, ruch syjonistyczny powstał w odpowiedzi na prześladowanie Żydów. Skoro antysyjonizm jest przeciwieństwem syjonizmu, a syjonizm jest formą sprzeciwu wobec antysemityzmu, to wydaje się, że antysyjonista musi być antysemitą.

Jednak wnioskowanie to jest błędne. Twierdząc, że wrogość wobec Izraela jest tożsama z wrogością wobec Żydów, myli się państwo żydowskie z narodem żydowskim. W rzeczywistości Izrael i Żydzi nie są tym samym. Podobnie antysyjonizm i antysemityzm nie są tym samym. To osobne zjawiska. Nie oznacza to, że nigdy nie łączą się ze sobą, pozostają jednak niezależnymi zmiennymi, które mogą się łączyć na różne sposoby.

Widać to choćby na przykładzie historii ruchu syjonistycznego. Spójrzmy na tło Deklaracji Balfoura z 2 listopada 1917 r., w której rząd brytyjski zobowiązał się do utworzenia żydowskiej siedziby narodowej w Palestynie. Był to duży sukces syjonistów. Jednak błędem byłoby sądzić, że deklaracja była wynikiem prożydowskich przekonań brytyjskiego establishmentu. Przeciwnie – najwięcej dla sprawy syjonistów zrobili antysemici w brytyjskiej służbie cywilnej i korpusie dyplomatycznym. Ludzie ci uważali, że Żydzi, działając wspólnie, zakulisowo wpływali na losy świata. Dlatego też ogromnie przeceniali siłę i wpływy maleńkiego ruchu syjonistycznego. Sam Balfour miał podobne poglądy. Co więcej, kilka lat wcześniej, pełniąc urząd premiera, wniósł projekt Ustawy o Obcych – przyjętej w 1905 r. – której głównym celem było ograniczenie napływu żydowskich imigrantów z Europy Wschodniej. Ostrzegał wówczas parlament, że Żydzi „pozostają oddzielnym narodem”.

Uchwalenie Deklaracji Balfoura zostało opóźnione przez opozycję, której przewodziła nie, by tak to ująć, konkurencyjna frakcja antysemitów, lecz Żydzi. Niektórzy z najbardziej wpływowych członków brytyjskiej społeczności żydowskiej sprzeciwiali się idei syjonizmu. Do tej grupy należał Edwin Montagu, członek Rady Ministrów. Odrzucał on przekonanie, które uznawał za podstawowe założenie syjonizmu: że Żydzi stanowią osobny naród. W oficjalnym memorandum z sierpnia 1917 r. pisał: „Chciałbym, aby zostało odnotowane, że uważam, iż polityka rządu Jego Królewskiej Mości jest antysemicka w skutkach i będzie mogła służyć jako punkt zaczepienia dla antysemitów w każdym kraju świata”. Podobny pogląd miał Komitet Wspólny (Conjoint Commitee), składający się z Rady Przedstawicieli Żydowskich (Board of Deputies of British Jews) i Stowarzyszenia Anglo­‑Żydowskiego (Anglo­‑Jewish Association) oraz reprezentujący brytyjskich Żydów w sprawach zagranicznych. W długim liście opublikowanym w London Times24 maja 1917 r. Komitet wyraził, w istocie, krytykę głównego nurtu ideologii syjonistycznej. Odnosząc się do twierdzenia, że „żydowskie osadnictwo w Palestynie będzie uznawane za ruch o charakterze narodowym w sensie politycznym”, Komitet stwierdził:

Jest to nieodłączna część szerszej teorii syjonistycznej, zgodnie z którą wszystkie światowe społeczności żydowskie tworzą jeden, bezdomny naród, i nie są w stanie całkowicie się utożsamić pod względem społecznym i politycznym z narodami, wśród których żyją. Według syjonizmu, ten bezdomny naród potrzebuje centrum politycznego i zawsze dostępnej ojczyzny w Palestynie. Komitet Wspólny z całą mocą protestuje przeciwko tej teorii.

Zatem w 1917 r. Deklaracja Balfoura miała poparcie antysemitów, natomiast znaczna liczba Żydów się jej sprzeciwiała. Czy wynika z tego, że syjonizm jest sam z siebie antysemicki? Oczywiście nie. Jednak opisana sytuacja podcina twierdzenie przeciwne: że antysyjonizm jest zawsze antysemicki.

Dlaczego więc – na jakiej podstawie – omawiani autorzy i osoby o podobnym sposobie myślenia utrzymują, że tak jest? Zuckerman argumentuje: „Podobnie jak historyczny antysemityzm odbierał poszczególnym Żydom prawo do życia jako równi członkowie społeczeństwa, antysyjonizm odbiera Państwu Izrael, zbiorowej ekspresji narodu żydowskiego, prawo do istnienia na równych prawach z innymi członkami społeczności państw świata”. Jest to pewna odmiana głównego argumentu całej literatury omawiającej „nowy antysemityzm”. Brzmi on tak: „Mając na uwadze zasadę samostanowienia narodów, Żydzi mają prawo do własnego państwa – tak jak każdy naród. Odbieranie im tego prawa, szczególnie jeśli wiąże się to z wyodrębnieniem Żydów spośród innych narodów, ma charakter antysemicki”.

Argumentacja ta zakłada, że Żydzi – ludzie narodowości żydowskiej – tworzą naród w odpowiednim sensie: takim którego dotyczy zasada samostanowienia. Jednak pytanie, czy tak jest, to kwestia równie gorąca dziś – również dla Żydów – co w 1917 r., kiedy Komitet Wspólny odpowiedział na to pytanie negatywnie (dyskusje na ten temat trwają od zarania politycznego syjonizmu pod koniec XIX wieku aż po dzień dzisiejszy). Oczywiście, syjonizm głównego nurtu, o ile miał on określoną ideologię, uważał się za ruch narodowy. Jednak różnił się od innych ruchów narodowych pod jednym względem – nie istniał początkowo naród w nowoczesnym sensie, z własnym terytorium i językiem. Z tradycyjnego punktu widzenia, idea ludu żydowskiego koncentrowała się nie na państwie, ale na księdze – Torze – oraz na kulturze, czy kulturach, jakie rozwinęły się w oparciu o tę księgę.

W księdze tej zawarta jest co prawda opowieść o historii określonego ludu, Am Israel (ludu Izraela), zamieszkującego określone terytorium, Erec Israel(ziemię Izraela) czy Cijon (Syjon), z którego został on wygnany, ale do którego ostatecznie powróci. Zgodnie z tradycją uznawano to jednak za opowieść religijną, a nie za plan polityczny. Główny nurt syjonizmu wziął za cel modernizację judaizmu poprzez jego upolitycznienie, unarodowienie, przemianę Żydów w żydowski naród w dziewiętnastowiecznym sensie tego słowa. Zamiarem było uczynienie z Izraela – politycznego bytu istniejącego tu i teraz – centrum tożsamości żydowskiej. Było to radykalne odejście od „starej” żydowskiej definicji Żyda. Pojęcie „nowego antysemityzmu”, o tyle o ile opiera się na głównym nurcie ideologii syjonistycznej, jest po prostu drugą stroną medalu, odwrotnością tej nowej koncepcji narodowego Żyda. Argumentacja Zuckermana i innych osób o podobnym myśleniu ma postać błędnego koła – odrzucenie ich racji jest antysemickie tylko wtedy, jeśli się je wcześniej przyjęło.

Jednak na syjonizm polityczny składa się nie tylko jego główny nurt. Przede wszystkim inspiracją do udziału w tym ruchu bywały też inne ideologie. Poza tym, wiele osób uczestniczyło w nim z pobudek nie mających nic wspólnego z ideologią. Wielu Żydów, a także ich nieżydowskich sympatyków, wspierało syjonistyczny plan utworzenia państwa żydowskiego w Palestynie z powodów czysto humanitarnych lub praktycznych. Motyw ten był szczególnie istotny w kontekście katastrofalnych następstw drugiej wojny światowej: eksterminacji jednej trzeciej światowej populacji Żydów, całkowitego zniszczenia społeczności żydowskich w większej części Europy i cierpień mas żydowskich uchodźców, które nie miały dokąd pójść. W takiej sytuacji wielu Żydów uznało Państwo Izrael za koło ratunkowe. Ludzie ci niekoniecznie postrzegali Izrael w kategoriach romantyczno­‑etnicznych, jako „zbiorową ekspresję ludu żydowskiego”. Uznawali go po prostu za bezpieczne schronienie dla Żydów, za własny dom.

Na tej podstawie można wysunąć następujący argument: „Spieranie się o istnienie państwa żydowskiego w 1917 r. to jedno, ale taki spór po założeniu Izraela w 1948 r. to coś zupełnie innego. Ta kwestia ma obecnie znaczenie wyłącznie historyczne. Izrael nie jest już jedynie czyimś pomysłem. Istnieje i jest jedynym domem dla milionów Żydów. Obecnie sprzeciwianie się istnieniu tego państwa nie oznacza nic innego, jak tylko chęć pozbawienia owych Żydów ojczyzny i być może życia. Oznacza także chęć pozbawienia milionów innych Żydów z całego świata obrońcy i gwaranta bezpieczeństwa; kto bowiem będzie bronić Żydów i kto zaoferuje prześladowanym Żydom miejsce schronienia, jeśli nie Izrael, państwo żydowskie? Jedynie antysemita mógłby dążyć do jego zniszczenia”.

Argument taki, choć zrozumiały, opiera się na kilku wątpliwych założeniach. I tak, wybór nie jest czarno­‑biały – między utrzymaniem status quo a zniszczeniem. Istnieje wiele pośrednich rozwiązań konstytucyjnych. Izrael mógłby przykładowo istnieć nadal jako suwerenne państwo, ale przestać się określać na poziomie podstawowych przepisów prawnych i instytucji państwowych jako państwo wyłącznie żydowskie. Możliwe jest też tzw. rozwiązanie jednopaństwowe, czyli dwunarodowy kraj Palestyńczyków i Żydów. Tragiczny impas konfliktu izraelsko­‑palestyńskiego sprawił, że koncepcja ta ponownie zaczyna cieszyć się zainteresowaniem części intelektualistów arabskich i żydowskich. I chociaż poparcie dla niej nie jest obecnie duże ani w jednym, ani w drugim społeczeństwie, to nie ma powodów, by nie miało to ulec zmianie. Tak czy inaczej, chociaż Żydzi mogą uznawać Izrael za miejsce, gdzie bez obaw można być Żydem, to trudno państwo to uznać za przystań bezpieczeństwa dla Żydów. Nie trzeba też być antysemitą, by wyobrazić sobie dla Izraela bądź dla jego żydowskich obywateli przyszłość nie opartą na idei państwa żydowskiego. Jeśli zaś chodzi o Żydów spoza Izraela, to można się spierać, czy istnienie Izraela daje im większe bezpieczeństwo, czy też stwarza dodatkowe zagrożenie.

Przejdę teraz do antysyjonizmu w szerszym sensie: stronniczej lub nie zachowującej miary krytyki Izraela. Prawdą jest, że niektórzy krytycy oceniają Izrael według kryteriów ostrzejszych niż te, które stosuje się względem innych krajów, tendencyjnie dobierają fakty, by przedstawić Izrael w złym świetle, czy nawet oczerniają Izrael, i że takie postępowanie jest nieuczciwe. Czy jednak podejście takie ma koniecznie charakter antysemicki? Konflikt izraelsko­‑palestyński jest zaciekły. Dotyczy on złożonych kwestii, rozpala emocje i powoduje ogromne cierpienie w obu społecznościach. W takich okolicznościach osoby reprezentujące obie strony sporu mogą łatwo „przekroczyć granicę uczciwości”. Co więcej, tak jak istnieją osoby niezaangażowane bezpośrednio w konflikt, które sympatyzują z Palestyńczykami, tak też istnieją ludzie sympatyzujący z Izraelem. Kiedy ci drudzy przekroczą granicę, nie stają się ipso facto rasistami czy islamofobami. Analogicznie, przekroczenie granicy na korzyść Palestyńczyków nie sprawia, że ktoś staje się antysemitą. To broń obosieczna.

Prosty eksperyment myślowy może wesprzeć tę argumentację. Wyobraźmy sobie Izrael taki sam, jaki istnieje w rzeczywistości, łącznie z okupacją Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy, poza jednym – tożsamością religijną. Załóżmy, że jest katolicki, tak jak państwa krzyżowców zakładane na Bliskim Wschodzie przez Europejczyków w dwunastym i trzynastym wieku. Nazwijmy ten wyimaginowany kraj nie Izraelem, ale Christianią. Czy szanse, że Christiania zostałaby zaakceptowana w regionie są większe, niż w wypadku Izraela? Wątpię. Czy wrogość wobec Christianii różniłaby się jakościowo lub ilościowo od wrogości wobec rzeczywistego Izraela? Ponownie sądzę, że nie. Wszelkie różnice byłyby minimalne. W istocie, w kręgach arabskich i muzułmańskich Izrael często nazywany jest „państwem krzyżowców”. W pewnym sensie to mówi wszystko o konflikcie izraelsko­‑arabskim i izraelsko­‑palestyńskim. Państwa krzyżowców, takie jak wyimaginowana Christiania, były chrześcijańskie; Państwo Izrael jest żydowskie. Jednak wrogość, z jaką Izrael styka się w regionie, nie jest skierowana przeciw niemu jako państwu żydowskiemu, lecz jako europejskiemu intruzowi, bądź jako marionetce amerykańskiej, bądź też jako krajowi niearabskiemu i niemuzułmańskiemu; a także jako brutalnemu okupantowi. Niektórzy uznają takie nastawienie wobec Izraela za antyimperialistyczne czy antykolonialne, inni za szowinistyczne lub ksenofobiczne. Jednak samo z siebie nie jest ono antysemickie.

Nie chcę przez to powiedzieć, że antysemityzm nie odgrywa tu roli. Jest on jednak tylko jednym z aspektów złożonej sytuacji, a nie mechanizmem napędowym antysyjonizmu. Kiedy Chesler mówi o „wojnie przeciw Żydom”, a Foxman zwraca uwagę na „odradzanie się antysemityzmu na świecie”, można odnieść wrażenie, że odżywają dawne potwory, a lata trzydzieste XX w. z mocą powracają z otchłani niebytu. Foxman posuwa się nawet do następującego stwierdzenia: „Jestem przekonany, że stoimy obecnie wobec takiego samego zagrożenia dla ludu żydowskiego, jak w latach trzydziestych, o ile nie jest ono jeszcze większe”. Jest jednak ogromna różnica pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, podobnie jak między antysemityzmem europejskim a bliskowschodnim.

W Europie, swoim pierwotnym siedlisku, antysemityzm jest starym i głęboko zakorzenionym elementem kulturowym, który od czasu do czasu znajduje swój wyraz w polityce (jak na przykład w Lidze Antysemitów). Sytuacja we współczesnym świecie arabskim i muzułmańskim jest w uproszczeniu odwrotna: pierwszeństwo i prymat ma konflikt polityczny, natomiast antysemityzm to kwestia drugorzędna, produkt uboczny aspiracji i roszczeń nie mających nic wspólnego z apriorycznym uprzedzeniem do Żydów (chociaż nie można powiedzieć, by przed powstaniem Izraela świat muzułmański był od tego rodzaju uprzedzeń wolny). Foxman twierdzi, że antysemityzm „szaleje w świecie islamu” i ostrzega przed jego „rozprzestrzenianiem się” w Europie za sprawą rozrastającej się populacji muzułmanów. Niewątpliwie jednak antysemityzm nie rozprzestrzeniałby się w europejskich społecznościach muzułmańskich, gdyby nie konflikt izraelsko­‑palestyński, a w szczególności obecny kryzys, zapoczątkowany w 2000 r. niepowodzeniem porozumień pokojowych z Oslo i wybuchem drugiej intifady.

W obrazie, jaki kreślą Chesler, Foxman i inni, nie ma rozróżnienia na – dajmy na to – młodych imigrantów muzułmańskich, którzy dokonali większości fizycznych ataków na Żydów we Francji w 2002 r., a osoby takie, jak były premier Malezji Mahathir Mohamad. Wystąpienie tego ostatniego na dziesiątym szczycie Organizacji Konferencji Islamskiej w październiku ubiegłego roku [2003 – przyp. tłum.] to przykład klasycznego dyskursu antysemickiego z charakterystyczną mieszaniną pogardy i podziwu. Opisując Żydów jako „wroga”, ostrzegł: „Stoimy naprzeciw ludzi myślących”. Następnie przypisał Żydom „wynalezienie” między innymi praw człowieka i demokracji. „Dzięki nim – tłumaczył – zdobyli kontrolę nad najpotężniejszymi krajami i stali się, mimo niewielkiej liczebności, światową potęgą”. Mahathir śpiewał na tę samą antysemicką nutę, co Wilhelm Marr. Jednak wiele wskazuje, że motywem osób odpowiedzialnych za antysemickie ataki we Francji było oburzenie polityczne, a nie uprzedzenia. Nawet izraelskie ministerstwo spraw zagranicznych uznało, że większość incydentów to protesty przeciwko niesprawiedliwemu postępowaniu na terytoriach okupowanych.

„Mimo wszystko – może się ktoś sprzeciwić – młodzi imigranci muzułmańscy, którzy dokonali tych ataków, to antysemici. To nie francuscy Żydzi są okupantami, ale Państwo Izrael. Jeśli protestujący działali z pobudek czysto politycznych, to czemu nie zaatakowali ambasady Izraela? Jaki jest sens atakowania zwykłych Żydów bądź instytucji żydowskich? To oczywisty przykład wrzucania wszystkich Żydów do jednego worka i stosowania odpowiedzialności zbiorowej. Dlatego takie incydenty są antysemickie”.

Zarzut ten wynika jednak z nieporozumienia, związanego wprost ze złożoną sytuacją, w jakiej Żydzi się obecnie znajdują. Izrael nie uważa się za państwo, które po prostu z jakichś względów jest żydowskie (tak jak średniowieczne państwo Chazarów). Izrael określa się (jak to ujął Ariel Szaron) jako „wspólnota żydowska”, suwerenne państwo całego ludu żydowskiego. Przemawiając na konferencji w Herzliji w grudniu (2003 r.), Szaron określił Izrael jako „narodowe i duchowe centrum Żydów z całego świata” i dodał: „Alija [imigracja żydowska] to główny cel Państwa Izrael”. Trudno powiedzieć, w jakim stopniu pogląd ten podzielają Żydzi z różnych części globu. Wielu z nich nie czuje żadnej łączności z tym krajem lub ostro przeciwstawia się jego działaniom. Z drugiej strony wiosną 2002 r., w okresie szczytowego nasilenia izraelskiej operacji Tarcza Ochronna, w wielu miastach zbierały się duże grupy Żydów, by, jako Żydzi, wyrazić swoją solidarność z Izraelem. Wielu świeckich i religijnych przywódców społeczności żydowskich publicznie wzmacnia tę identyfikację z państwem. Wszystko to może wywrzeć na bezrefleksyjnym obserwatorze wrażenie, że Żydzi sami, by tak to ująć, wskakują do jednego worka, a Izrael istotnie jest centralną „wspólnotą żydowską”.

Nie usprawiedliwia to oczywiście nawet przez chwilę któregokolwiek z incydentów, w których zaatakowano Żydów za ich żydowskość; ataki takie są odrażające. Tworzy to jednak kontekst, w którym można je zrozumieć bez utrzymywania, że istnieje światowa „wojna przeciwko Żydom”. Nie ma takiej wojny. W istocie jest to taki sam wytwór wyobraźni, jak jej lustrzane odbicie – żydowski spisek skierowany przeciw światu. Żydzi mają wiele powodów, by martwić się rosnącą wrogością wobec nich. Jednak chociaż wrogość ta wiąże się z ożywieniem twardogłowego antysemityzmu, to bliższe prawdy będzie stwierdzenie, że antysyjonizm przybiera obecnie postać antysemityzmu, a nie na odwrót. Jak niedawno zauważył Akiva Eldar w dzienniku Ha’aretz: „O wiele łatwiej uznać, że cały świat jest przeciwko nam, niż przyznać, że Państwo Izrael, które było schronieniem i źródłem dumy Żydów […] stało się prawdziwym źródłem zagrożenia i wstydu dla Żydów mieszkających poza jego granicami”.

Broniąc twierdzenia, że istnieje światowa „wojna przeciwko Żydom”, Chesler sięga po broń ostateczną. „Uważam – pisze – że każdy, kto temu zaprzecza lub kto zrzuca na Żydów winę za prowokowanie ataków, jest antysemitą”. Ponieważ zaprzeczam istnieniu takiej wojny, staję się antysemitą. Jednak ze względu na to, że jej argumentacja pozbawia to słowo jakiegokolwiek znaczenia, nie czuję się obrażony. W artykule opublikowanym we wspomnianym tomie zatytułowanym A New Antisemitism?, historyk Peter Pulzer, krytykując sposób, w jaki „prasa liberalna” opisuje niekiedy działania Sił Obronnych Izraela na terytoriach okupowanych, zauważa coś bardzo istotnego na temat nadużywania słów: „Kiedy każda śmierć cywila staje się zbrodnią wojenną, pojęcie to traci znaczenie. Kiedy każde wypędzenie z wioski staje się ludobójstwem, przestajemy wiedzieć, co to jest ludobójstwo. Jeśli Auschwitz jest wszędzie, to nie ma go nigdzie”. To prawda. Ale analogicznie, jeśli antysemityzm jest wszędzie, to nie ma go nigdzie. A kiedy każdy antysyjonista staje się antysemitą, to nie wiemy, jak rozpoznać prawdziwy antysemityzm – pojęcie to traci swoje znaczenie.

Przełożył Jakub Głuszak

Tekst pochodzi z: „The Nation”, 2004, 2 lutego. © „The Nation”.