Inni w Europie, czyli o czym mówią rasiści

Tadeusz Koczanowicz
08.09.2015

Dyskursy dyskryminacyjne mają to do siebie, że są niespójne i mętne. Z jednej strony nie powinno to dziwić, ponieważ rodzą się one z nieracjonalnych afektów, z drugiej strony mętność ta czyni je bardzo trudnymi do opisania. Kluczowym pojęciem, które dziś określa ramy dyskursów dyskryminacyjnych, jest poprawność polityczna. Rasiści prowadzą ciągłą grę z tym, co wypada powiedzieć w politycznym mainstreamie, aby powiedzieć to, co myślą, a jednocześnie nie zostać okrzykniętymi mianem ekstremistów. Dlatego dzisiejszy główny nurt rasizmu możemy obserwować raczej na poziomie retoryki niż na ulicy, mimo że jeden z drugim idą nieodłącznie w parze.

Współczesny rasizm przyjmuje założenie, że charakter ludzi determinuje ich przynależność do określonego kręgu kulturowego. Pozornie wydaje się to mało kontrowersyjne, a raczej naturalne. Jednak przyjmując takie założenie, bardzo łatwo przejść do uwzględniania „czynnika kulturowego” przy rozwiązywaniu takich problemów, jak bezrobocie, bieda, dyskryminacja. Jeżeli się na to zgodzimy, to zmierzamy prostą drogą do opinii, że jedna grupa etniczna jest leniwa, a inna nie jest w stanie sama o sobie decydować.

Argumentacja quasi­‑antropologiczna jako nowa forma funkcjonowania rasizmu ma długą tradycję obejmującą na przykład system apartheidu w RPA, który w swoich założeniach miał bronić odrębności kulturowej i prawa do osobnego rozwoju różnych grup etnicznych zamieszkujących ten kraj. Konsekwencją takich założeń była segregacja rasowa. Tego faktu zdają się nie dostrzegać politycy europejscy, którzy na zachodzie mówią o „nieprzystosowaniu islamu do funkcjonowania w demokracji liberalnej”, a na wschodzie o tym, że Romowie „nie chcą uczyć się i pracować”.

Mimo że dyskurs rasistowski jest dość zmienny i różnorodny, jego różne odmiany łączy właśnie założenie o determinizmie kulturowym. Oczywiście źródłosłów słowa „rasizm” odnosi się do rasy rozumianej biologicznie. Tak bronią się współcześni ideowi spadkobiercy rasizmu, którzy mówią o wspólnym chrześcijańskim albo judeochrześcijańskim dziedzictwie Europy, a nawet o ideowym dziedzictwie rewolucji francuskiej. W obu przypadkach prawdziwy sens tej „wspólnoty ideowej” sprowadza się do tego, że pozostaje ona zamknięta i jakieś grupy etniczne czy religijne się do niej nie kwalifikują. Współcześni badacze są zgodni, że „rasa” to kategoria wymyślona – bardziej narzędzie ideologiczne niż pojęcie naukowe. Dlatego słuszny wydaje się zarzut rasizmu wobec zwolenników „ochrony różnorodności etnicznej” jako zasady konstruowania i konserwowania porządku społecznego.

Najsłabszym punktem całej ideologii kulturowego rasizmu jest jego zasada ogólna, bowiem zwolennicy tej teorii na ogół odwołują się do nieprzystosowania zwyczajów jednej grupy do zasad funkcjonowania w państwie zbudowanym przez inną grupę, natomiast nie mówią, dlaczego tak uważają. Na tak postawione pytanie pewnie znowu zaczęliby podawać przykłady niedostosowania, które najczęściej są wewnętrznie sprzeczne. Na przykład imigrantów oskarża się o to, że nie chce się im pracować, ale jednocześnie zarzuca im się, że kradną pracę rodowitym mieszkańcom. Przybyszów z krajów arabskich oskarża się o to, że nie rozumieją rozdziału religii od państwa, i w imię tego próbuje im się zabraniać publicznego odprawiania modlitw. Kulturowi rasiści nie są w stanie przyznać się, że odwołują się do irracjonalnych afektów, dlatego nigdy nie odpowiadają, o co właściwie chodzi.

Funkcjonowanie rasistowskiego dyskursu może przybierać różnorodne formy, ale jego modelowe europejskie wcielenia to wersja ideologiczna i administracyjna. Ideologiczna odnosi się głównie do muzułmanów w Europie Zachodniej, a administracyjna do Romów w Europie Wschodniej. Rozróżnienie nie oznacza oczywiście, że obie formy dyskryminacji nie mogą występować jednocześnie. Miało to na przykład miejsce w przedwojennej Polsce, w której antysemityzm oraz dyskryminacja mniejszości białoruskiej i ukraińskiej, obok formy administracyjnej, jaką była blokada kariery w urzędach publicznych i wojsku czy numerus clausus dla Żydów, przybierały formę ideologiczną, na przykład szeroka akcja bojkotu sklepów żydowskich czy ekscesy polskiej faszyzującej prawicy narodowej, które nieraz kończyły się krwawo, jak w przypadku terrorystycznych działań bojówek ONR Falangi.

Ogólnie rzecz biorąc, na poziomie politycznym ideologia nienawiści kulturowej dąży do przekształcenia się w zasadę administracyjną. W krajach demokracji liberalnej jest to trudne, bo fundament państwa stanowi równość wobec prawa. Jednak, ponieważ demokracja to prawdopodobnie jedyny system, który może sam siebie zlikwidować, główne pole działania ideologów rasizmu obejmuje tworzenie nowych wyobrażeń społecznych. Osią budowania ideologii rasistowskiej jest anatomia polityczna – żeby zwalczać jakąś grupę, trzeba najpierw stworzyć jej modelowego członka, nadać nowe znaczenie słowom: „Arab”, „Żyd”, „Polak”, „Hindus” i tak dalej. Jeżeli ideologia ma być skuteczna, to sympatyczni sąsiedzi arabscy czy żydowscy muszą być tylko „wyjątkiem od reguły”, bo kim jest „Arab” czy „Żyd” – „każdy wie”. Żeby przylepić etykietkę, trzeba najpierw powiedzieć wszystkim, co ona znaczy.

Główne zajęcie ideologicznych rasistów polega na uwierzytelnianiu stereotypów. Przedstawiają na przykład badania, które mają rzekomo potwierdzać, że Arabowie, Polacy, Rosjanie czy inni nie szanują zwyczajów przyjętych w społeczeństwie. Chodzi im o to, żeby tego „statystycznego obcego” wpisać w kategorię imigranta: przekształcić obraz tak, żeby stało się to swoistym samospełniającym się proroctwem; aby nie tylko większość zaczęła traktować imigrantów tak, jakby byli tylko seryjną wersją stereotypu, ale też, żeby oni sami zaczęli myśleć o sobie w ten sposób.

Następnym krokiem po „stworzeniu” imigranta jest oskarżenie go o próbę obalenia porządku społecznego. Ulubionym rozróżnieniem podejmowanym przez ideologicznych rasistów jest, mający swoje korzenie w antropologii, podział na kultury indywidualistyczne i kolektywistyczne. W ujęciu rasistowskim podział taki opiera się na przekonaniu, że Europejczycy są przyzwyczajeni do wolności i indywidualizmu, a imigranci to grupa rządzona prawami wspólnoty pierwotnej nieznającej wolności osobistej. Rasiści zakładają, że „piąta kolumna” obcej kultury, gardząca kulturą państwa, do którego przybyła, chce je tylko wyzyskać, a później przekształcić siłą większości wedle swoich zwyczajów. Niekiedy straszą w tym kontekście wizją „kalifatu w Europie”. Najważniejsze jest w tym dyskursie odbieranie imigrantom indywidualnych tożsamości i traktowanie ich jako masy, przy jednoczesnym przyszywaniu różnych tożsamości rodowitym mieszkańcom. Rasizm prezentuje siebie często jako obrona pluralizmu stylów życia!

Na ratunek „zagrożonemu porządkowi społecznemu” może przyjść państwo, które jest narzędziem rasizmu administracyjnego. Taka forma dyskryminacji to przypadek nagminny w odniesieniu do Romów w Europie Wschodniej. Z jednej strony panuje stereotyp, że Romowie nie chcą się uczyć, z drugiej strony dzieci romskie często wysyła się do szkół specjalnych na podstawie testów opracowanych w języku, którego albo nie znają w ogóle, albo opanowały słabo. Jak podaje Helsińska Fundacja Praw Człowieka, tylko 42 procent dzieci z domów romskich kończy szkołę podstawową1. Instytucje często zachowują się tak, jakby chciały administracyjnie zmusić Romów do bycia Romami z wyobrażeń rasistów.

Romowie, z racji tego, że w nowożytnej Europie często prowadzili nomadyczny tryb życia, zachowali dużą obojętność wobec państw narodowych. Reprezentanci tych państw zarzucali im, że żyją we wspólnocie konkurencyjnej wobec państwa. Dzisiaj, kiedy państwo narodowe odchodzi do przeszłości, a nomadyczność stała się wyrazem całej ideologii „elastycznego zatrudnienia i kreatywnej klasy średniej”, instytucje państwa podtrzymują wobec Romów zarzuty z poprzedniej epoki i mylnie diagnozują ich funkcjonowanie jako usytuowanie na granicy marginesu społecznego, a w związku z tym jako niemożność przystosowania kulturowego. Tymczasem jest to po prostu kultura dziedzicznej biedy, w którą członkowie tej grupy zostają zepchnięci z powodu rasistowskich stereotypów.

Nomadyczny styl życia często podnosi się jako zarzut wobec grup na najniższym szczeblu drabiny społecznej, ale nie względem osób z klasy wyższej. W przeciwieństwie do tych z „podklasy”, nomadowie z klasy menadżerów wielkich korporacji są pożądani i spotykają się z ułatwieniami administracyjnymi. Kontekst klasowy często nakłada się na dyskryminacje etniczną. Rasiści na ogół uważają, że dana grupa jest albo zbyt dobrze sytuowana i z tego tytułu posiada nieproporcjonalne wpływy, albo odwrotnie – twierdzą, że położenie jakiejś grupy jest zbyt niekorzystne i wobec tego stanowi ona ciężar dla grupy dominującej. Bywa, że argumentacja taka pada na podatny grunt, bowiem tożsamość na ogół konstruuje się w opozycji do innych tożsamości, dlatego więc tak łatwo wzbudzić i wykorzystać afekty rasistowskie. Nadziei można upatrywać w tradycji demokratycznej. Jeśli rasiści próbują wykorzystać demokrację, to czynią to wbrew jej istocie, gdyż oświeceniowo­‑demokratyczne dziedzictwo pozwala nam rozumieć przygodność tożsamości. Istotą demokracji jest budowanie racjonalnego porozumienia. Dlatego to nie imigracja i pluralizm kultur, ale wszelkie ideologie bazujące na rasizmie w polityce populistycznej są prawdziwym zagrożeniem dla tradycji demokratycznych.

Przypisy:

1. Dążenia UE do integracji Romów, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, 13 lipca 2011 [@:] http://www.hfhr.pl/dazenia-ue-do-integracji-romow/ (data dostępu: 9 października 2012).

Tadeusz Koczanowicz – student socjologii na Uniwersytecie Warszawskim, stały współpracownik kwartalnika „Bez Dogmatu”.