Jedzenie zamiast bomb – na pohybel filantropii

Hubert Kostkiewicz
23.11.2003

Państwo w swojej obecnej formie powoli odchodzi w niebyt. Wyrażając się bardziej precyzyjnie: w niebyt odchodzi jego socjalna strona. Ogólnoświatowe tendencje prywatyzowania wszystkiego, co się jeszcze da sprywatyzować i obcinania świadczeń społecznych, zostawiają nas – obywateli – sam na sam ze stroną o wiele mniej przyjemną. Stroną represyjną, która zbyt wiele nam nie oferuje, wciąż jednak wiele wymaga. Kraje rozwinięte powoli odżegnują się od polityki prosocjalnej, co kraje rozwijające się bezkrytycznie podchwytują jako jedynie słuszną drogę. Podstawowe prawo człowieka do jedzenia, bezpłatnej opieki medycznej i dachu nad głową, gwarantowane przez Powszechną Deklarację Praw Człowieka, jest nieustannie łamane przez rządy państw, które tą deklaracje podpisały. Owe prawo staje się przywilejem tych, którym wciąż jeszcze udaje się wytrzymać szaleńcze tempo wyścigu przebiegającego w duchu izolacji i permanentnej konkurencji.

Prospołeczne rozumienie człowieka i jego środowiska staje się synonimem zacofania. Nas, wyrazicieli tych idei, w najlepszym wypadku bierze się za nawiedzonych naiwniaków, których ze współczuciem poklepuje się po plecach, że wciąż nie wyrośli ze swoich infantylnych utopii. Albo traktuje się jak nieudaczników, którzy na powrót chcieliby przytulić się do państwa opiekuńczego. Gdy nie potrafimy siedzieć wystarczająco cicho – przyczepia się etykietki terrorystów i straszy nami grzeczne dzieci.

Na szczęście przy tych nie do końca sprzyjających okolicznościach, wciąż istnieją trędy odnoszące się do bogatej tradycji protestu. I mniejsza o państwo opiekuńcze! Przede wszystkim chodzi o społeczeństwo obywatelskie. Akcja Food Not Bombs (Jedzenie zamiast bomb) jest jego ważnym elementem. To protest przeciwko wydawaniu publicznych pieniędzy na nieustanną rozbudowę arsenałów i pobudzaniu przemysłu zbrojeniowego kolejnymi konfliktami. Jest nieformalnym ruchem na rzecz pokoju i sprawiedliwej dystrybucji podstawowych dóbr materialnych.

W 1980 roku, w Stanach Zjednoczonych z inicjatywy działaczy ruchu antynuklearnego powstała pierwsza grupa FNB. Dzisiaj na całym świecie działają setki takich grup. Każda z nich przygotowuje posiłki z warzyw, by rozdawać je na placach, skwerach, w parkach – każdemu, kto o to poprosi. Nikt z jej członków nie bierze za to wynagrodzenia. Podczas gdy wiele organizacji charytatywnych przypomina zbiurokratyzowane organizmy o przerośniętej strukturze, ogromnym apetycie na dotacje i wybujałej ambicji, Jedzenie zamiast bomb wciąż jest inicjatywą bez formalnych liderów, gdzie o charakterze poszczególnych grup decydują sami wolontariusze.

I rzeczywiście, angażując się w FNB nauczyłem się jak współdziałać w grupie, która tygodniowo zapewnia gorący posiłek kilkudziesięciu osobom. Dzięki codziennemu doświadczeniu zdobyłem wiele praktycznej wiedzy, która pomoże mi tworzyć takie grupy w przyszłości i sprawnie się w nich komunikować. Tego jednak mógłbym nauczyć się właściwie w każdej organizacji charytatywnej, a przecież nie o charytatywność mi chodzi. Przynajmniej nie o charytatywność pojmowaną jako filantropijny akt łaski. Takim aktem gardzę, bo w zasadzie nic on nie zmienia. Z jednej strony litość wynikająca z poczucia wyższości, z drugiej – fałszywa wdzięczność i nieznośna świadomość upodlenia. Obie strony grają swoje stare role.

W czasach, gdy nie wypada się dzielić, natomiast wypada dawać setki dobrych rad i wędki zamiast ryb, taki wspólny posiłek w parku potrafi czynić cuda. Nagle zaciera się bariera pomiędzy „dającymi”, a „biorącymi”, tracą na jaskrawości kontrasty i uprzedzenia do odrzuconych przez społeczeństwo z powodu swojej bezdomności, alkoholizmu czy pospolitej biedy. Przychodzi jeszcze to silne poczucie, że to, co robimy, to nie rzucanie ochłapów po to, by tak naprawdę zrobić dobrze sobie, swojemu ego. To tworzenie struktur, które działają w interesie wspólnoty, struktur, do których każdy może dołączyć, by o nich współdecydować. To bardziej lekcja oddolnej demokracji niż charytatywność rywalizująca o polityczne profity czy przewodnictwo na rynku dusz.

Oczywiście, co kraj to obyczaj, a różne kolektywy FNB mają różne cele i problemy. Na przykład oddział z San Francisco ma za sobą setki brutalnych interwencji policji, aresztowań i swoich więźniów sumienia. Wszystko to przez ich zdecydowany opór wobec uprawianej przez burmistrza polityki „czyszczenia” centrum miasta z bezdomnych. We Wrocławiu policja nie zdecydowała się ukarać nas za rozdawanie jedzenia w parku na placu Staszica, choć była próba interwencji. Chętnych do mandatu jednak nie zabrakło – kiedy posypał się stos dowodów osobistych, funkcjonariusze po cichutku wycofali się. Jeden z członków Rady Osiedla stwierdził natomiast, że Jedzenie zamiast bomb urąga godności ludzkiej, bo „ludzie jedzą z plastikowych tacek, na ławkach w parku”. Nie jest problemem podjęcie polemiki z tym szacownym panem. Nie ma też problemu z odpowiedzią na pytanie: co tak naprawdę urąga godności ludzkiej?

Nie chciałbym pozostawić mylnego wrażenia, że idealizuję projekt Jedzenie zamiast bomb. Uczestnicząc w grupie mam świadomość jej niedoskonałości i błędów, jakie razem popełniamy. Nie uważam też, że forma Food Not Bombs jest jedynie słuszną receptą na aktywność społeczną. Ten artykuł to raczej pochwała metody, jaką stosuje się przy organizacji rozdawania jedzenia, a forma podziękowania wszystkim, którzy nie czują potrzeby, by opowiadać o tym, co robią dla FNB. A jest to proza piątkowego targu na ul. Obornickiej, gdzie co tydzień rolnicy dają nam worki pełne warzyw. Proza sobotniego wieczoru, kiedy to odbywa się wielkie krojenie. Wreszcie proza niedzielnego poranka, gdy wszystko kończy w wielkim garze, gdzie sztuką jest dodać wystarczająco dużo soli.